adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

Droga na Górę Karmel – Sługa Boży o. Anzelm Gądek OCD

Łaska Boża ciągle i nieustępliwie szuka człowieka, aby zanieść mu słodki dar woli Najwyższego. Pomimo wszelkich ucisków wewnętrznych i zewnętrznych uległość wobec Stwórcy i tajemnicy Jego łaski otwiera człowieka na ogrom Bożych dzieł.

Chociaż czasy rozbiorów, wojen i bezbożnego komunizmu nie należały do najłatwiejszych, znalazła się dusza, która wydawała się nie przejmować światem urządzającym zasadzki na Kościół i głoszących naukę Chrystusa. Mowa o Macieju Gądku, urodzonym w 1884 roku w parafii Niegowić, gdzie później wikariuszem został… sam Karol Wojtyła!

Początki

Mały Maciej miał sposobność, by wychowywać się w pełnej miłości, katolickiej rodzinie. Jego rodzice, Salomea z Kowalskich i Antoni Gądek, byli wyjątkowo zgodną i szczerze kochającą się parą. W atmosferze wzajemnego szacunku, miłości i modlitwy wzrastał Maciek wraz ze swoim rodzeństwem. Sam później mawiał, że główną nauczycielką wiary była jego mama – to ona rozbudziła w nim czułe nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Przyszły Sługa Boży lekko, z humorem i uśmiechem wspominał po latach, że potrafiła go nauczyć więcej niż niejeden profesor. 

Mały Maciej Gądek z przyjacielem – św. Rafałem Kalinowskim (fot. www. zyciezakonne.pl)

W wieku jedenastu lat nasz bohater trafił pod opiekę karmelitów w Wadowicach. Tam dał się poznać jako wybitny uczeń o nienagannym zachowaniu, kończący każdy semestr z wyróżnieniem. Szkoła kierowana przez ojców pomogła również rozwinąć mu skrzydła: tutaj objawił się jego poetycki talent, a także też narodziło się w nim nowe, głębokie nabożeństwo do Dzieciątka Jezus.

Tajemnica Spotkania

Jak to często bywa, świętość rodzi świętość. W historiach wielu osób wyniesionych na ołtarze pojawiają się inni ludzie będący przykładem pobożności, z którymi razem wzbijali się na wyżyny życia duchowego i poznania Chrystusa. Maciej Gądek, uformowany w duchu wiary i głębokiej więzi ze Zbawicielem, doświadczył łaski spotkania i przyjaźni ze świętym, którym był ojciec Rafał od świętego Józefa, znany powszechnie jako święty Rafał Kalinowski.

Maciej nie tylko służył mu do Mszy Świętej – słuchał także wielu opowiadań z czasów powstań, zesłania na Syberię, a nawet pobierał u świętego… korepetycje! To właśnie ojciec Rafał zaszczepił w młodzieńcu potrzebę niesienia Ewangelii na wschód, co później stało się wyraźnym akcentem jego dalszej działalności już jako zakonnika. Do dziś zachowała się obfita korespondencja Macieja ze świętym Rafałem; ich przyjaźń i duchowa więź przetrwały lata. 

Nasz bohater był pod silnym wrażeniem osoby zakonnika-powstańca, która stanowiła dla niego także inspirację. Pod skrzydłami świątobliwego karmelity w młodym chłopaku spod Niegowici dojrzało pragnienie poświęcenia się bez reszty Bogu, oczywiście w Karmelu.

Droga na Górę Karmel

Kiedy Maciej Gądek ukończył siedemnaście lat, poprosił o przyjęcie do zakonu karmelitów bosych. Swoje pragnienie motywował przekonaniem, że wspólnota ta jest jego miejscem i, zgodnie z wolą Bożą, chce w niej dążyć do zbawienia oraz wykorzystać w najpełniejszy sposób dary i talenty, które Pan Bóg w nim zaszczepił. Prośba ta była niezwykle dojrzała i głęboka. W 1901 roku został przyjęty do klasztoru w Czernej, gdzie przyjął imię Anzelma od świętego Andrzeja Corsini. 

Głęboko przekonany o tym, że zakon daje wszystkie potrzebne narzędzia do uświęcenia, brat Anzelm dokładał wszelkich starań, aby nigdy nie marnować danej mu łaski Bożej, wyjątkowej i jedynej każdego dnia. Z pozoru brzmi to pięknie, ale życie bardzo konkretnie weryfikowało te duchowe postanowienia. Kiedy w 1904 roku przyszły Sługa Boży został wysłany na studia teologiczne do Rzymu wraz ze swoim współbratem Julianem, nie znalazł tam ani miejsca na naukę, ani odpowiednich warunków. Złożył nawet zażalenie do prowincjała, które zostało źle przyjęte – Anzelm otrzymał naganę. Wtedy też obiecał nigdy więcej nie przeciwstawiać się decyzjom przełożonych, doszukując się w nich woli samego Boga.

Wspierając Adeste, wspierasz dobre media i dajesz nam szansę na rozwój!

W Wiecznym Mieście, w 1907 roku, przyjął święcenia kapłańskie. Tutaj też otrzymał ostatnią wiadomość od swojego przyjaciela – świętego Rafała Kalinowskiego, który zmarł cztery miesiące po wysłaniu listu.

Po powrocie do Polski ojciec Anzelm od świętego Andrzeja Corsini stał się niejako duchowym następcą świętego Rafała, podejmując pracę duszpasterską we Wadowicach, Czernej i Krakowie. Został wychowawcą młodych zakonników, chętnie słuchanym kaznodzieją i poszukiwanym kierownikiem duchowym. W Krakowie, trwając cały czas przy swoim osobistym nabożeństwie, rozwinął kult Dzieciątka Jezus, co potem okazało się brzemienne w skutkach.

Dzieciątko Jezus pragnie Karmelu

To właśnie przy okazji zakładania Bractwa Dzieciątka Jezus ojciec Anzelm poznał Janinę Kierocińską, która stała się później filarem nowego, Bożego dzieła. Pośród członkiń bractwa nasz zakonnik odnalazł grupę kobiet, które pragnęły żyć duchowością karmelitańską. Formując je i pogłębiając ich życie duchowe, ojciec Anzelm zauważył potrzebę powołania wspólnoty oddanej na służbę Bożą w dopiero co odrodzonej Polsce. Wtedy właśnie narodził się nowy zakon – Zgromadzenie Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus, które zostało zatwierdzone w roku 1921 i miało charakter kontemplacyjno-czynny. 

Co jest zupełnie zrozumiałe, takie dzieło wymaga czasu i poświęcenia dla wzrostu, jednak trudno było pogodzić ojcu Gądkowi formowanie nowej wspólnoty, odzyskiwanie klasztorów po zaborach, odbudowywanie prowincji karmelitów i bycie jej pierwszym prowincjałem z nominacji rzymskiej. Trzeba było odnowić, obsadzić i uposażyć klasztorne zabudowania, na nowo otworzyć karmelicką szkołę, w której przecież sam się uczył i poznał świętego Rafała. Czasy po I wojnie światowej nie należały do najłatwiejszych, ponieważ trud restytucji wspólnoty karmelitańskiej był wielki, ale to nie koniec przeciwności, jakie czekały naszego bohatera. 

Zobacz też:   Reguła św. Benedykta - zapomniane duchowe dziedzictwo zachodniego chrześcijaństwa

Przyszły Sługa Boży nie mógł długo zajmować się dopiero co utworzonym zgromadzeniem, bowiem z polecenia przełożonych udał się z powrotem do Rzymu, gdzie wybrano go na rektora odradzającego się w Wiecznym Mieście kolegium karmelitańskiego. Tam przebywał aż do 1947 roku, przeżywając dramat wojny z dala od cierpiącej ojczyzny. 

Cóż… Codzienność mało kiedy dogania ideały, także te zakonne. Kontemplacyjne życie karmelity było bardzo utrudnione ze względu na obowiązki i trudy dnia powszedniego. Otwieranie uczelni, pełnienie funkcji jej rektora, bycie przełożonym wspólnoty, kierownictwo duchowe, prowadzenie wykładów, posługa kapelańska u sióstr i spowiadanie nie były łatwe do połączenia, szczególnie, że święci, podobnie jak my, mają do dyspozycji tylko dwadzieścia cztery godziny w ciągu doby – tego nie da się zmienić. Czas II wojny światowej nie odebrał wcale obowiązków ojcu Anzelmowi, wręcz przeciwnie – przybyło mu ich jeszcze więcej. Nadarzyła się bowiem okazja do zostania spowiednikiem… polskich dzieci. Było to potomstwo uciekinierów z Polski, którzy w Rzymie szukali schronienia. 

Świadectwem niezwykłej wrażliwości ojca Gądka na ludzkie potrzeby w trudnym czasie okupacji były właśnie spowiedzi. Mimo wielu obowiązków, kiedy spowiadał, dawał każdemu tyle czasu, ile było potrzeba, żeby się otworzyć, wygadać, wypłakać i wyrzucić z siebie gorycz wojennego czasu. Był taki pokorny, spokojny i serdeczny, że jedna z dziewcząt, które się spowiadały u niego, była mocno zdziwiona, że ten dobrotliwy i pokorny zakonnik jest wielkim rektorem rzymskich kolegiów.

Z ziemi włoskiej do Polski

Nadszedł jednak czas, żeby wrócić do polskiego domu. W 1947 roku ojciec Anzelm zastał w ojczyźnie komunizm i wiążące się z narzuconym ustrojem utrudnianie życia jemu samemu i zgromadzeniu, które założył. Jak widać, przeszkód zdecydowanie nie zabrakło. Jedno zmieniło się na lepsze – mógł zająć się w końcu powołaną przez siebie wspólnotą. Opracował jej konstytucje, zajmował się też formacją, którą opierał, a jakżeby inaczej, na dziecięctwie duchowym. I chociaż wszyscy wiedzieli, że to on założył zakon, powtarzał, że założycielem zgromadzenia jest nie kto inny jak samo Dzieciątko Jezus. W swoich listach do sióstr rozwijał pięknie teologię krzyża i kontemplację Chrystusa, który jest głównym dawcą miłości. Im bardziej trwał na modlitwie, medytacji i przygotowaniu ścieżki formacyjnej, tym gorliwiej i płomienniej mówił o największej z cnót Boskich. 

Pomagał w fundowaniu nowych klasztorów, wiedząc, że władza komunistyczna bacznie się mu przygląda. Rzeczą oczywistą wydawało się, że niemożliwa będzie zgoda na budowę nowych domów zakonnych, dlatego przez pośredników i za radą ojca Anzelma siostry wykupywały budynki mieszkalne i tam zakładały klasztory, zarówno w miastach, jak i na wsiach. Nie zawsze się to udawało, czasem komunistyczni partyjniacy wyrzucali siostry, ale prędzej czy później zakonnice i tak znajdowały nowe miejsce, ufne w opiekę Dzieciątka Jezus i świętego Józefa. 

Posługa kapłańska w domu generalnym sióstr karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosonowcu – zdjęcie z archiwum Postulacji w Łodzi

W roku 1957 ojciec Gądek obchodził złoty jubileusz pięćdziesięciolecia kapłaństwa. Wielka sprawa! Jak jednak zorganizować taką uroczystość, kiedy nie można było niczego dostać (a jeszcze trudniej przychodziło to zakonnikom)? Jak zaprosić gości, którzy są ważni dla jubilata, zwłaszcza tych, których poznał w czasie długiego pobytu w Rzymie? Dla Bożej Opatrzności nie ma żadnych barier! Uroczystości urządzono w Czernej, gdzie został pochowany przyjaciel Sługi Bożego, święty Rafał Kalinowski. Udało się przyjechać nawet samemu generałowi zakonu! 

Szczyt Góry Karmel

Ojciec Anzelm od świętego Andrzeja Corsini w roku 1960 zamieszkał klasztor przy ul. Liściastej w Łodzi. Tuż obok znajdował się konwent Karmelitanek Dzieciątka Jezus. Niestrudzony zakonnik pomagał w rozbudowie klasztoru i prowadził szeroką korespondencję duchową, samemu wzrastając w łasce; nadal formował siostry, oddawał się spowiadaniu, wygłaszał też rekolekcje ascetyczne.

Nie był już młody, ale przyzwyczajenie do pracy i młodzieńcze ideały, które doprowadziły go do zakonu, nie wygasły. Póki miał siły, służył drugiemu człowiekowi, a przede wszystkim Bogu.  Czasem siostry prosiły go, by opowiedział, jak wyglądały początki, jak to się stało, że założył ich zgromadzenie. Zdarzyło mu się powiedzieć: „Siostry, widziałem was już jako dziecko!” Czy to były przebłyski jego życia mistycznego? Nie wiadomo. 

Lata upływały mu na pogłębianiu duchowości. W 1969 roku, już po soborze, którego obrady skwapliwie śledził, ojciec Anzelm nadal był kierownikiem dusz i wygłaszał konferencje. 15 października, w uroczystość świętej Teresy od Jezusa, odnowicielki Karmelu, świątobliwy zakonnik miał mieć konferencję u sióstr. Po rekreacji z braćmi, około godziny trzynastej udał się do swojej celi na wypoczynek, gdzie chciał trochę odpocząć przed wyjściem. Swoim zwyczajem zamknął drzwi celi, a kluczyk odwiesił na klamkę.

Kiedy jednak wybiła godzina piętnasta, a Sługa Boży nie zjawił się na umówionym wykładzie, zmartwione zakonnice zadzwoniły do klasztoru karmelitów. Tam bracia, właśnie przez zamknięte drzwi, zorientowali się, że ojciec Anzelm jest w celi. Wyważyli je i zobaczyli, siedzi martwy na swoim fotelu. Umarł w ciszy i pełen pokoju, w godzinie miłosierdzia. Odszedł tak, jak żył – między obowiązkami i wspólnotą, będąc zatopionym w Bogu. Został pochowany w Łodzi, trzymając w rękach Dzieciątko Jezus. 

Sława jego świętości była bardzo mocna. Każda siostra chciała mieć pamiątkę po założycielu, którego rzeczy były starannie przechowywane i otaczane wielkim szacunkiem. Każdy, kto spotkał ojca Anzelma, był przekonany o jego świętości. W roku 2002 udało się otworzyć proces beatyfikacyjny, który znajduje się obecnie na etapie rzymskim.

Grób ojca Anzelma w kruchcie kościoła karmelitów bosych w Łodzi






Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.