adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Czerń, prostota i dzień gniewu – kilka słów o specyfice dawnej liturgii żałobnej

magazine cover

pexels.com

W listopadzie wielu z nas odwiedzi groby swoich bliskich i będzie uczestniczyć w mszach za zmarłych. W tym czasie warto zastanowić się, jak Kościół przez wieki modlił się za zmarłych w swoich obrzędach i co wnosi tradycja ta dzisiaj do naszej wiary.

Zawsze miałam pewien sentyment do liturgii za zmarłych. Mam na myśli obrzędy sprawowane w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego ze względu na to, że msze requiem zawsze wprawiały mnie w zachwyt nad tradycyjną liturgią. Coś, czego niestety nie doświadczyłem w swojej parafii, przejęło mnie swoją tajemniczością: czarne szaty, niesamowita surowość i prostota, majestatyczna i poważna w formie sekwencja Dies irae, absolucje nad katafalkiem… Wreszcie śpiewane w naszym środowisku gregoriańskie nieszpory za zmarłych według tradycyjnego brewiarza, które co roku w listopadzie przygotowuję ze scholą.

Dlaczego liturgia za zmarłych jest tematem na odrębny tekst? Ponieważ jest inna od tej sprawowanej na co dzień. W cyklu dotyczącym obrzędów Wielkiego Tygodnia pisałem, że w kulcie Bożym akcenty na dane prawdy i treści stawia się na zasadzie maleńkich różnic wprowadzanych do świętych obrzędów. Tak też jest i w tej liturgii, która skupia naszą uwagę na modlitwie za zmarłych.

Na samym początku muszę uprzedzić (aby nie robić tego w każdym akapicie z osobna), że skupię się na liturgii za zmarłych sprawowanej w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Wynika to z faktu, że w nowej formie mszy większość elementów ujednolicono, a wszystkie różnice pomiędzy codzienną liturgią a obrzędami sprawowanymi za zmarłych widać jedynie w starszym rycie. Jednocześnie nie chciałbym budować dychotomii pomiędzy nową i starą formą liturgii przez zestawienie „świętej i godnej” starej mszy z nową, czyli „nudną, złą i nieważną”. Felieton nie ma na celu wywołania w czytelniku takiego przeświadczenia, a zachęca raczej do wejścia w pełną prostoty oraz powagi tajemnicę liturgii za zmarłych, jaką od wieków sprawuje się w Kościele.

Requiem

Dlaczego w ogóle mówimy o mszach requiem? Wszelkie wątpliwości rozwiewają się, gdy tylko przy dźwiękach spokojnej melodii usłyszymy słowa introitu mszy za zmarłych: „Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis” („Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci”).

Czerń

Pierwsza cecha, na którą warto zwrócić uwagę (i prawdopodobnie najbardziej zauważalna), to kolor liturgiczny używany podczas mszy i oficjum za zmarłych. Oczywiście mowa o czarnym, który w starszym rycie jest obowiązkowy (w liturgii odnowionej pozostawiono wybór, czy będzie to czarny, czy fioletowy). Kolor, można byłoby powiedzieć, jest mało istotny. Współcześnie, mam wrażenie, wielu ludzi, a zwłaszcza księży, zwyczajnie boi się tej liturgicznej czerni. Z dwóch względów – po pierwsze czerń kojarzy się im z czasami przedsoborowymi, które obudowane są w ich świadomości pewną, niekoniecznie pozytywną, mitologią. „W końcu przyszła odnowa i nie ma co do tego wracać, to jest relikt przeszłości”. A poza tym czarny kolor wydaje się bardzo pesymistyczny, jeszcze komuś mógłby skojarzyć się z piekłem, czyśćcem czy innymi takimi sprawami o negatywnym wydźwięku (kto to widział, żeby w kościele straszyć ludzi piekłem!). Czy rzeczywiście czerń jako kolor liturgiczny ma negatywny wydźwięk? Czy naprawdę odcina liturgię od chrześcijańskiej nadziei na zbawienie i przekazuje człowiekowi tylko rozpacz piekła? Nic bardziej mylnego.

Antoni Nowowiejski, wielki polski liturgista i błogosławiony, pisze: „W nabożeństwach żałobnych właśnie mają miejsce modły o wybawienie duszy z ciemności wiecznych i ze śmierci moralnej, i stąd podczas nich używamy barwy czarnej. Barwa ta wreszcie wyraża żałobę i smutek obecnych” (Wykład Liturgji Kościoła Katolickiego, t.2, 1902, s. 101).

Właśnie dlatego kolor czarny jest pełen nadziei i do niej też pobudza. W pełni tej właśnie nadziei modlimy się, aby dusze zmarłych wybawić z ciemności i wprowadzić do wiecznego światła, wypowiadając słowa: „A światłość wiekuista niechaj im świeci”. Paradoksalnie, gdyby pogrzeby celebrować w jasnym kolorze, jego symbolika mogłaby nie być tak wymowna. Widząc szaty czarne, dostrzegamy, jak bardzo zmarli potrzebują światła – i jak bardzo musimy się za nich modlić.

Surowość i prostota

Liturgia całkowicie skupia się na modlitwie za dusze zmarłych – w tym celu bardzo się ją upraszcza. Wszystkie doksologie „Chwała Ojcu” w tekstach mszalnych zostają pominięte i zastąpione antyfoną-modlitwą za zmarłych (Requiem aeternam – „Wieczny odpoczynek”). U stopni ołtarza nie odmawia się Psalmu 42. W introicie, zamiast wykonać znak krzyża na sobie, celebrans wykonuje go nad mszałem, znacząc niejako krzyżem dusze zmarłych.

W mszy świętej pomija się dodatkowe gesty i obrzędy – pierwsze okadzenie na początku, okadzenie księgi Ewangelii, użycie świec przy jej proklamacji. Nie zachowuje się również niektórych pocałunków i ukłonów. Nie błogosławi się wody podczas offertorium, nie okadza się usługujących oraz ludu (jedyne okadzenie przysługuje celebransowi, który in persona Christi składa ofiarę eucharystyczną) i pomija się pocałunek pokoju. Przez długi czas w czasie mszy za zmarłych nie udzielano nawet Komunii wiernym (na co jednak później zezwoliła Święta Kongregacja Obrzędów, by można było przyjąć Najświętszy Sakrament za duszę zmarłego). Na koniec mszy świętej pomija się nawet błogosławieństwo wiernych – aby skupić się wyłącznie na modlitwie za zmarłych.

W czasie mszy requiem w starym rycie obowiązują również zasady zbliżone do tych obowiązujących przy liturgiach wielkopostnych i adwentowych – nie dekoruje się ołtarza kwiatami oraz nie używa organów. Oznaką swoistej pokuty jest także pominięcie śpiewu Alleluja i zastąpienie go traktusem jak w wielkim poście.

Warto zwrócić jednak uwagę na bardzo wymowny dodatkowy symbol, który ma miejsce w mszach za zmarłych. W czasie Ewangelii oraz Kanonu (modlitwy eucharystycznej) trzyma się zapalone świece. Jest to znak czuwania i modlitwy za dusze zmarłych.

Dies irae

Nie znam osoby, która po usłyszeniu tego śpiewu nie byłaby pod wrażeniem. Ta sekwencja głosząca Dzień Sądu jest wyróżnikiem tradycyjnej liturgii żałobnej. Gregoriański pierwszy ton, pełen powagi i majestatu, kształtuje w umysłach uczestników obraz Boga – miłosiernego, ale i sprawiedliwego Sędziego, przed którym na końcu czasów będziemy musieli zdać sprawę z naszych uczynków. Wielu dzisiaj ma problem z tym utworem i opiewa jego usunięcie w odnowionej liturgii. W końcu przed oczami mamy rzeczywiście straszny obraz – sąd, gniew, możliwość potępienia. Moim zdaniem jednak rola sekwencji Dies irae (łac. Dzień gniewu) w mszy żałobnej jest bardzo istotna. Współcześnie często spotkać się można z pewnym rodzajem „kanonizacji” zmarłych od razu po śmierci. „No, on to już jest z Bozią i patrzy na nas z góry. Dziadku, módl się za nami!”. Tego typu zdania wielokrotnie słyszałem w różnych „mowach” głoszonych przez rodzinę osoby zmarłej, gdy grałem w kościele na pogrzebach.

Zobacz też:   Ja jestem Pawła, a ja Apollosa

Dies irae jednak przypomina i głośno woła, że takie podejście nie jest katolickie. Po to gromadzimy się na mszy za zmarłych, żeby przyznać, że potrzebują naszej modlitwy. Dlaczego? Ponieważ za życia każdy popełnia grzechy, a przed Bogiem nikt nie jest bez winy. Z tego względu nasza modlitwa za zmarłych jest tak istotna. Oprócz tego również nas uczy o tym, abyśmy żyli na tym świecie w miłości do Boga i bliźnich, abyśmy mogli w tym ostatecznym dniu otrzymać od miłosiernego Sędziego największą nagrodę: miejsce w królestwie Bożym.

Myli się ten, który sekwencję Dies irae przeciwstawia chrześcijańskiej nadziei. Gdyby rzeczywiście tak było, to nie śpiewalibyśmy: „Ty, co Marii grzech zmazałeś, Łotra modłów wysłuchałeś i mnie też nadzieję dałeś”.

Absolucja

Dochodzimy do punktu najbardziej zadziwiającego osoby, które pierwszy raz przyszły na tradycyjną mszę za zmarłych. Często zdarza się tak, że po mszy requiem odmawia się specjalne modlitwy za zmarłego nad symbolicznym katafalkiem – jest to absolucja. Nazwa tego obrzędu to spolszczone łacińskie absolutio oznaczające właśnie modlitwę błagalną o odpuszczenie winy i kary doczesnej zmarłemu. 

Z boku wygląda to, mówiąc prosto, jak coś, co nazywamy „ostatnim pożegnaniem” w czasie pogrzebu (odmawia się nawet w większości te same modlitwy). Często używa się do tego pustej trumny (niegdyś w kościołach była trumna przeznaczona tylko do absolucji nad symbolicznym katafalkiem). Nad nią odmawia się przepisane modlitwy, okadza się ją, kropi wodą święconą. Współcześnie jest wielu krytyków tej praktyki – w końcu trumna jest pusta i, jak mogłoby się wydawać, taki obrzęd nie ma większego sensu. Stanowi ona jednak symbol, który w liturgii katolickiej od wieków jest jednym z podstawowych środków wyrazu. Symbole uczą, podnoszą nasze myśli ku Bogu oraz pomagają naszej modlitwie.

Ważnym punktem absolucji sprawowanej po mszy świętej jest responsorium Libera me. Czytając tekst śpiewu, możemy zauważyć, że utrzymany jest on w narracji pierwszoosobowej tak, jakby zmarły modlił się: „Wybaw mnie, Panie…”. Tutaj modlitwa za zmarłych nabiera szczególnego znaczenia – oni sami za siebie modlić się już nie mogą, więc my to robimy. Można tu zauważyć pewną analogię: jak na chrzcie rodzice wyrażają za dziecko wolę przyjęcia sakramentu, wyznają wiarę i wyrzekają się Szatana, tak i tutaj my, modląc się słowami zmarłego – niejako w jego zastępstwie, bo on sam nie może już sobie pomóc – prosimy Boga, aby oczyścił duszę zmarłego i wprowadził ją do Królestwa Bożego.

Oficjum

Ostatnią częścią, którą warto omówić, jest brewiarzowa modlitwa za zmarłych. Jak wspominałem wcześniej, mam do tej modlitwy ogromny sentyment, ponieważ rokrocznie śpiewamy ją w naszym warszawskim środowisku tradycji i gromadzi się na jej odprawianiu bardzo wiele osób.

W tradycyjnym brewiarzu modlitwa za zmarłych jest obecna w bardzo szczególny sposób – tworząc tzw. Officium defunctorum. W swojej strukturze przypomina starożytne obchody wigilijne: zawiera jedynie pierwsze nieszpory, matutinum (odpowiednik dzisiejszej godziny czytań) oraz laudes (odpowiednik dzisiejszej jutrzni). Od zawsze stanowił dodatek do celebrowanych godzin brewiarzowych. Warto zaznaczyć, że w historii był czas, gdy odmawianie oficjum za zmarłych po zwykłych godzinach kanonicznych przepisane było w niektóre dni na zasadzie obowiązku, później – jako zalecenie.

Nieszpory za zmarłych, odmawiane po zwykłych nieszporach, stanowiły wigilię przed obrzędami pogrzebowymi lub publiczną mszą za zmarłych. Matutinum i laudes odmawiało się przed mszą i pogrzebem (oraz przed mszą z egzekwiami) już w VIII wieku. Struktura Officium defunctorum świadczy o zachowaniu starożytnej jego formy. Brak w nim obecnego w normalnym rytmie brewiarza wezwania Deus in adiutorium („Boże, wejrzyj…”). Godziny kanoniczne rozpoczynają się znakiem krzyża czynionym przy pierwszej antyfonie. Brakuje w nich także hymnu. Przed lekcjami w matutinum pomija się stosowane zazwyczaj błogosławieństwa lektorów. W psalmach i kantykach pomija się śpiew doksologii Gloria Patri („Chwała Ojcu”) i tak, jak w mszy, zastępuje się ją antyfoną za zmarłych (Requiem aeternam – „Wieczny odpoczynek”).

W liturgii rzymskiej zachowało się tylko jedno równie starożytne oficjum – są to godziny kanoniczne Triduum Paschalnego, gdzie struktura godzin również nie uległa zmianie.

Co dawna liturgia żałobna może dzisiaj wnieść do naszej wiary i pobożności? Przede wszystkim uczy modlitwy za zmarłych, której, mam wrażenie, obecnie zaczyna brakować. Dzięki niej uczestniczymy w modlitwie, która nastawiona jest tylko i wyłącznie na błaganie o życie wieczne dla zmarłych. Msza żałobna w starszej formie rytu rzymskiego to właśnie lekcja pokory – uczestnictwo w niej pomaga modlić się za zmarłych, nie skupiając się jednocześnie na sobie. Msza requiem jest także przypomnieniem o prawdach wiary w odniesieniu do rzeczy ostatecznych – które niestety zanikają w mentalności wiernych i są przez nich wręcz wypierane. Liturgia ta stanowi również przypomnienie właściwego rozumienia katolickiej eschatologii: które nie jest stereotypowym „straszeniem piekłem”, ale właśnie osadzoną w prawdziwej chrześcijańskiej nadziei świadomością rzeczy ostatecznych. W końcu – msza za zmarłych to piękny przykład różnorodności w liturgii Kościoła. Z całego serca zachęcam do odkrycia tego wielkiego skarbu.

[Bardzo dziękuję mojemu przyjacielowi, Jakubowi Klameckiemu za udzielone rady oraz ogromną pomoc w dostępie do źródeł w czasie awarii e-zasobów Biblioteki Narodowej].

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.