adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Czerń, czerwień, głód i ewangelizacja – wywiad z Magdaleną Dul, misjonarką w Etiopii

magazine cover

unsplash.com

Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie
Ono rozproszy złej nocy cienie
Niechaj nadziei skrzydła białe
Z powrotem niosą cię jak ptak

Beata Kozidrak, Rzeka marzeń z filmu W pustyni i w puszczy


Rozmowa z Magdaleną Dul – studentką teologii Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu oraz misjonarką w Etiopii. Dziś porozmawiamy o tym, skąd pomysł, aby wyjechać, czy da się do tego przygotować, jaki jest tamtejszy Kościół i co właściwie robi tam świecki?

KJW: Cześć, Magdo! Powiedz, dlaczego obrałaś taką drogę działalności w Kościele? Jak to się zaczęło?

MD: Kiedy byłam w technikum, na jedną z lekcji religii przyszedł do nas misjonarz z Ukrainy. Opowiadał nam o swojej pracy, o problemach tamtejszych ludzi. Bardzo spodobało mi się to, o czym i w jaki sposób nam opowiedział. Przez głowę przeszła mi myśl, że dobrze byłoby pomagać ludziom w innych krajach, lecz nie było w okolicy żadnych możliwości, aby spełnić to marzenie. Dopiero gdy rozpoczęłam studia we Wrocławiu, poznałam koleżankę, która również myślała o wyjeździe na misje. Razem zaczęłyśmy szukać we Wrocławiu jakiejś organizacji, która wysyła świeckie osoby na misje. W internecie znalazłyśmy Salezjański Wolontariat Misyjny Młodzi Światu. Napisałyśmy maila i umówiłyśmy się na rozmowę. Działamy tam już od czterech lat.

KJW: Dlaczego akurat Etiopia?

MD: W naszym wolontariacie, aby wyjechać na misje, należy przejść dwuletnią formację. Dopiero potem, gdy stwierdzimy, że jesteśmy gotowi pojechać na wolontariat, w listopadzie każdego roku możemy złożyć podanie. Po jego złożeniu mamy rozmowę z księdzem oraz z koordynatorką, którzy pytają nas o nasze preferencje i o to, co możemy robić na takim wyjeździe. Gdzie, na ile oraz z jakimi wolontariuszami zostaniemy wysłani, dowiadujemy się w grudniu, przed Bożym Narodzeniem. Dlaczego przypadła mi Etiopia? Nie mam pojęcia, ale wiem, że Bóg wiedział, co robi.

Fot. archiwum prywatne, Magdalena Dul

KJW: Jakie były Twoje pierwsze odczucia, gdy stanęłaś na Czarnym Lądzie?

MD: Zimno – to poczułam jako pierwsze. Szykując się na wyjazd, pytałam wolontariuszki, która była w Etiopii pięć razy, jakie „ciuchy” powinnyśmy zabrać. Ona bez wahania odpowiedziała, że ciepłe. Byłam bardzo zdziwiona, ale posłuchałam jej i rzeczywiście, jak się później okazało, ciepłe ubrania wiele razy okazały się potrzebne. Kiedy u nas na wakacjach jest gorąco, w Etiopii trwa pora deszczowa. W miejscowości Nekemte, gdzie przez trzy tygodnie prowadziliśmy zajęcia, nie było dnia, w którym nie padałby deszcz. Drogi – asfaltowe, więc gdzież ten pył? Pojawiał się, ale tylko w małych wioskach. Główne drogi są, można powiedzieć, zrobione porządnie. Jest nawet autostrada. Wieżowce – co prawda tylko w mieście, ale nie wyobrażałam sobie ich zobaczyć. Bieda – której nie da się nie zauważyć i opisać słowami…

KJW: Co Cię zaskoczyło w Etiopii? Często, myśląc o Afryce, mamy w głowie obrazy z W pustyni i w puszczy, wypraw Indiany Jonesa. To dobre skojarzenia?

MD: Afryka jest bardzo zróżnicowana, dlatego obrazy występujące w tych filmach to jak najbardziej dobre skojarzenia. Etiopia sama w sobie jest natomiast zaskakująca. Raz jedziemy samochodem przez górzyste tereny, innym razem przez teren zupełnie płaski. W jednym miejscu ziemia jest czarna, a w innym czerwona. W porze deszczowej zieleń występuje w każdym miejscu, w porze suchej jej brakuje. Krajobraz się zmienia, ale nie piękno tego państwa i otwartość jego mieszkańców. W Etiopii jest bardzo dużo grup etnicznych, które znacznie się od siebie różnią, ale ich podejście do życia jest podobne. Ludzie spotykają się ze sobą, spędzają razem czas, cieszą się z najdrobniejszych rzeczy, czego z kolei brakuje mi w Polsce. W Etiopii nawet wybranie się na kawę tylko „na chwilę” trwa ponad godzinę. Ceremonia parzenia kawy jest znacznie dłuższa niż u nas. Najbardziej jednak zaskoczył mnie kalendarz oraz godziny, którymi posługują się Etiopczycy. Przyjeżdżając do Etiopii w 2018 roku, dowiedziałam się, że jestem osiem lat młodsza, ponieważ używają tam kalendarza etiopskiego. Nowy rok zaczyna się u nich 11 września (według naszego kalendarza) i teraz mają rok 2012. Dobę natomiast liczy się od wschodu Słońca, a nie od północy, więc pierwsza godzina dnia zaczyna się o 7:00 czasu wschodnioafrykańskiego.

Fot. archiwum prywatne, Magdalena Dul

KJW: Kościół w Etiopii, czyli jaki?

MD: W Etiopii największą grupę religijną stanowi chrześcijaństwo, które wyznaje 62,8% społeczeństwa. Katolików jest tylko 0,7%, a najwięcej osób należy do Kościoła etiopskiego (43,50%). W miejscowości Fullasa (diecezja Awasa) posługuje trzech księży diecezjalnych, którzy dojeżdżają do ponad siedemdziesięciu kaplic. Z tego powodu większość mieszkających w okolicznych wioskach ludzi może uczestniczyć we mszy świętej zaledwie raz do roku. Schodzą się oni do kaplicy dwie godziny przed rozpoczęciem Eucharystii, aby razem śpiewać i tańczyć, oczekując na przyjście kapłana. Sama msza trwa ponad cztery godziny. Co niedzielę każdy z księży jeździ do mniej więcej dwóch, trzech parafii. Często bywa tak, że dojazd do kościoła jest utrudniony. Trzeba więc iść wiele kilometrów pieszo.

KJW: Wspomniałaś o tańcu, czym on jest dla tamtejszej ludności?

MD: Etiopczycy tańczą dla Pana Boga, dziękując Mu za wszystko, co mają. Przeżywają Eucharystię, angażując się w pełni. Przy każdej piosence oraz pieśni wykonują gesty, które oznaczają między innymi dziękczynienie oraz błogosławieństwo. Nasza kultura jest dość sztywna, nawet jeśli chodzi o przywitanie z drugim człowiekiem. Tam podaje się rękę i prawym ramieniem dotyka się trzy razy ramienia osoby, z którą się wita.

KJW: Czy taniec w trakcie liturgii jest tożsamy z tym, który się tańczy podczas jakichś zabaw, potupajek?

MD: Absolutnie nie. Tańce się różnią. Na zabawach są tańce bardziej wyzywające, a podczas mszy dostojne, przemyślane.

KJW: Jak wygląda praca świeckiego w takiej placówce? Czy istnieje w tej dziedzinie przestrzeń dla świeckich, czy może lepiej pozostawić to osobom konsekrowanym?

MD: To wszystko zależy, tak naprawdę, od zdolności wolontariusza. Jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia na każdej płaszczyźnie. Jako salezjanie jesteśmy posłani przede wszystkim do dzieci i młodzieży, ale wykonujemy także inne zajęcia. W ciągu dwóch lat udało nam się pomalować wyposażenie na placu zabaw (huśtawki, karuzele, drabinki), stołówkę, która wcześniej była szara i brudna, przedszkole w środku i na zewnątrz, mur, przy którym dzieci spotykają się na modlitwie przed rozpoczęciem zajęć; naprawić kuchenkę, gniazdka elektryczne; wyczyścić komin… Naszym głównym zadaniem było jednak przeprowadzenie obozów wakacyjnych. Uczyliśmy dzieci języka angielskiego, matematyki, prowadziliśmy katechezę i po prostu spędzaliśmy z nimi czas. Na zajęciach pojawiało się bardzo dużo dzieci. Najwięcej było ich w Nekemte. Tam mieliśmy pod opieką ponad dwieście osób. Dlaczego tak licznie przychodzili? Z prostego i przykrego powodu. Rodzice nie mają pieniędzy na posłanie ich do szkół. Szkoły w Etiopii są płatne, a trzeba też zakupić mundurki, książki. Prowadząc zajęcia, mogliśmy dostrzec w tych dzieciach chęć uczenia się, poznawania nowych rzeczy.

Zobacz też:   Japonia – śladami świętych

Myślę, że bardzo ważna jest praca ludzi świeckich, ponieważ mogą działać tam, gdzie osoby duchowne nie są w stanie dotrzeć. Swoją postawą możemy pokazać tamtejszym świeckim, że Bóg mieszka w każdym z nas. Tu przypomina mi się sytuacja, kiedy w Fullasie pod koniec naszego pobytu przedłużyliśmy popołudniowe zajęcia. O godzinie 16:00 zaczynał się różaniec, a ja zupełnie o nim zapomniałam, bawiąc się z dziećmi. Podeszła do mnie dziewczynka, wzięła moją rękę, krzyknęła coś do innych dzieci i zaczęła ze mną iść. Zastanawiałam się, dokąd może mnie prowadzić. Za nami szło kilkoro dzieci, a z nimi chłopiec, który był niegrzeczny i zawsze przeszkadzał na zajęciach. Ku mojemu zaskoczeniu podeszliśmy do drzwi kościoła, przypominając sobie, że właśnie powinien rozpocząć się różaniec. Dzieci weszły do środka, ale nie chciały pozwolić zrobić tego samego chłopcu, ponieważ należał do Kościoła ortodoksyjnego. Poprosiłam, aby nie zabraniały mu wejść. W środku widział, jak każde dziecko po wejściu klęka przed ołtarzem i robi znak krzyża. Chłopczyk spojrzał na mnie. Uklękłam, a on zrobił to samo. Zaczęłam powoli wykonywać znak krzyża, powtarzał po mnie. Został aż do końca.

Fot. archiwum prywatne, Magdalena Dul

KJW: Jakie są potrzeby misji w Afryce? Z jakimi problemami musi się mierzyć wolontariusz misyjny?

MD: Jest wiele potrzeb. Największym jednak problemem jest głód i brak dostępu do czystej wody. Codziennie widzieliśmy, słyszeliśmy i czuliśmy biedę. Dzieci przychodziły głodne na nasze zajęcia. W Etiopii rodzice często dają swoim pociechom ziarenka kawy, które te wkładają pod język i trzymają przez cały dzień, aby mieć energię. Dzieci noszą podarte i brudne ubrania, używane do momentu, aż koszulka czy spodnie dosłownie rozpadają się na ich ciele. Zapada w pamięć widok dzieci, które chodzą z wielkimi wiadrami po wodę zbieraną z kałuż.

Szykując się na wyjazd, wolontariusz powinien być świadomy tego, że na misjach wszystko może się zdarzyć. Nie jesteśmy w stanie przygotować się na każdą ewentualność. Na pewno dokuczyć mogą problemy żołądkowe, szczególnie gdy zostaniemy poczęstowani przysmakami przez ludzi, których odwiedzamy. Nie chcąc robić przykrości, gryziemy kęs, pijemy łyk. Czasami na naszej drodze mogą pojawić się osoby wrogo nastawione, dlatego dobrze jest wychodzić „na miasto” z miejscowymi. W naszym przypadku to była młodzież, alumni czy siostry, u których mieszkaliśmy.

KJW: Czy przed wyjazdem w jakiś sposób oswaja się was z widokiem tak strasznej biedy? Czy w ogóle da się przygotować na takie doświadczenie? 

Nie da się przygotować na widok, zapach biedy. Oczywiście, podczas wolontariatu słyszymy o tym, co możemy zobaczyć na miejscu, co może nas spotkać. Najwięcej dają nam rozmowy z wolontariuszami, którzy byli tam przed nami, ale i tak nie gwarantuje to stuprocentowego przygotowania. Byłam na misjach dwa razy i gdy po pierwszym wyjeździe myślałam, że nic mnie nie zaskoczy, po drugim już wiem, że zawsze może stać się coś niespodziewanego.

KJW: Zapach biedy? Pewnie nie do opisania.

MD: Oj, nie.

KJW: Jak z tym żyć po powrocie do Polski, gdzie jest dostępne na wyciągnięcie ręki wszystko to, czego oni nie mają, a czego najbardziej potrzebują – dostęp do bieżącej wody, jedzenia?

MD: Po przyjeździe ciężko jest wrócić do normalności. Kiedy wróciłam pierwszy raz, zobaczyłam przez okno, jak sąsiad podlewał trawnik. Pierwszą reakcją był smutek, że dzieci w Etiopii nie mają czystej wody do picia, do umycia się czy wyprania ubrań. To, czego doświadczyłam w Etiopii, zostanie ze mną do końca życia. Patrzy się na otaczający świat zupełnie inaczej.

KJW: Jak zostać wolontariuszem misyjnym? Jakie trzeba mieć predyspozycje?

MD: Każdy może zostać wolontariuszem. Warunkiem jest ukończenie osiemnastu lat. Jak już wspominałam, należy również przejść dwuletnią formację. Polega ona na uczęszczaniu na cotygodniowe spotkania, angażowaniu się w Niedziele Misyjne czy inne organizowane inicjatywy. Potem w listopadzie należy złożyć podanie na wyjazd krótko- bądź długoterminowy. O długości wyjazdu decyduje sam wolontariusz. Później odbywa się rozmowę z księdzem, z koordynatorką, a także z psychologiem. Pisze się również test z języka angielskiego. Przed świętami Bożego Narodzenia dowiadujemy się, kto z kim jedzie, na ile i do jakiego kraju.

KJW: Jak nasi czytelnicy mogą pomóc misjom?

MD: Przede wszystkim ważna jest modlitwa za misjonarzy, którzy całe swoje życie poświęcają misjom, za wolontariuszy misyjnych, aby byli gotowi na każde poświęcenie, za dzieci i młodzież, które cierpią głód i nie mają dostępu do edukacji. Nasza organizacja prowadzi Adopcję Miłości z myślą o dzieciach, które pragną się uczyć i zmienić swoje życie. Serdecznie zachęcam państwa do przystąpienia do tego programu. Państwa pomoc zapewni dzieciom codzienny posiłek oraz możliwość nauki w szkole. Miesięczny koszt adopcji jednego dziecka to 100 złotych. Zapraszam rownież do odwiedzenia naszej strony internetowej: https://wroclaw-swm.pl/.

KJW: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Fot. archiwum prywatne, Magdalena Dul

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.