adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Być misjonarzem? Dlaczego nie? – wywiad z ks. Tomaszem Kaczorem

magazine cover

pixabay.com

Ksiądz Tomasz Kaczor jest misjonarzem pochodzącym z diecezji tarnowskiej. Od ponad roku pracuje w parafii Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych w Concepción w Boliwii. W rozmowie z Maciejem Kapkiem opowiedział o swoim powołaniu, specyfice pracy misyjnej i codzienności na misjach. Rozmawialiśmy także o misyjności Kościoła, językowych wpadkach, boliwijskiej liturgii i głośnym niedawno pomyśle wyświęcania żonatych mężczyzn.

MK: Jak wyglądała u Księdza droga misyjnego powołania?

TK: Moja historia misyjna, można powiedzieć, zaczęła się w momencie chrztu świętego – ochrzcił mnie ksiądz, który potem dwadzieścia lat pracował na misjach. Zawsze się śmieję, że to z wodą chrztu spłynęło na mnie powołanie misyjne. Pierwszy raz świadomie z misjami zetknąłem się po trzeciej klasie gimnazjum, gdy pojechałem na oazę misyjną. Potem zacząłem jeździć do Szkoły Animacji Misyjnej. Jak już poszedłem do seminarium, włączyłem się w działanie grupy Ogniska Misyjnego. 

W trakcie nauki w seminarium byłem na stażach misyjnych. Zamysłem tych staży jest to, aby klerycy mogli być w misjach, gdzie pracują nasi księża – żeby mogli się ich pracy przyglądać, nabrać jakiegoś doświadczenia, a także, żeby decyzja o wyjeździe na misje w przyszłości była dla nich bardziej świadoma. Pierwszy raz pojechałem w 2011 roku do Ekwadoru i spędziłem tam miesiąc. Drugi mój wyjazd misyjny odbył się w 2015 roku – wtedy już byłem księdzem i pojechałem z klerykami do Peru. Kontynuując hiszpańskojęzyczne doświadczenia, byłem też dwa razy w Hiszpanii – w 2016 i 2017 roku. Tam zastępowałem księdza z diecezji tarnowskiej. 

MK: W Hiszpanii? Brakuje tam księży?

TK: Tak. Tam nasi księża też pracują. Miałem taką historię z księdzem, który tak samo jak ja był wyświęcony w 2015 roku. Zapytał mnie, ile lat trzeba być u nas być księdzem, żeby zostać proboszczem. Odpowiedziałem, że zazwyczaj parafie obejmują księża z około dwudziestoletnim stażem, a on wtedy mi powiedział, że po roku kapłaństwa jest już proboszczem w czterech parafiach. To pokazuje skalę potrzeb – nie tylko daleko, na misjach, ale też w krajach europejskich.

MK: I co było dalej? Po Hiszpanii?

TK: Pracowałem w diecezji, w Zbylitowskiej Górze, potem w Dębicy. Zgłaszałem biskupowi chęć wyjazdu na misje w 2017 roku, ale postanowiono zatrzymać mnie jeszcze na rok w diecezji. Po roku ponowiłem prośbę i uzyskałem zgodę. Od września 2018 przygotowywałem się do wyjazdu w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie.

Na misje wyjechałem w maju zeszłego roku. Obecnie pracuję w parafii Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych w Concepción w Boliwii. W mieście są dwie parafie, nasza i katedralna. Do naszej parafii przynależy około trzydziestu wiosek, do których staramy się jeździć dwa razy w miesiącu. Wiadomo, w ostatnim czasie pandemii nie można było ich odwiedzać. Od połowy marca były zamknięte kościoły. Dopiero na początku lipca mogliśmy je otworzyć, aby ludzie mogli przyjść na mszę świętą w tygodniu – w weekendy nadal nie było takiej możliwości. 

Do najdalszej wioski mamy około stu dwudziestu kilometrów, z czego około stu przebiega przez ziemną, leśną drogę. Jeździmy do wiosek z mszą świętą, katechezą. Gdy wypada odpust, zostajemy we wioskach na dwa dni. Naszym głównym zajęciem jest bycie z tymi ludźmi, jeżdżenie z posługą, z sakramentami, sprawowanie mszy świętej w ich wioskach, a także w parafii, gdzie mszę odprawiamy prawie codziennie.

MK: Dlaczego w ogóle misje? Jest tyle różnych możliwości spełniania się duszpastersko, więc dlaczego akurat ta Księdza przyciągnęła?

TK: Dobre pytanie. Często odpowiadam w ten sposób: „Dlaczego nie?”. Tak naprawdę wpłynęło na mnie doświadczenie wcześniejszych wyjazdów, na których mogłem zobaczyć, że rzeczywiście to, co robią misjonarze, jest dobre i potrzebne. Gdy przyjeżdżaliśmy, często mieszkańcy już czekali uśmiechnięci, radośni, widać w nich było ten głód Pana Boga i mszy świętej. Również świadomość tego, że ja zostaję księdzem nie tylko dla siebie i diecezji tarnowskiej, ale jestem księdzem dla całego Kościoła. Obiecałem sobie jako kleryk, że jeśli uda mi się dotrwać do święceń, to w ramach podziękowania Panu Bogu jakąś część swojego życia poświęcę właśnie misjom. Teraz spełniam tę obietnicę.

MK: Jak wygląda typowy dzień na misjach?

TK: Plan dnia nie jest tak ściśle określony jak w seminarium. Każdy dzień jest inny. Powiedzmy, że wyjeżdżamy na wioskę; jeżeli to jest jedna z bliższych, jedziemy na jeden dzień, jeśli jest dalej – jedziemy na dwa. W miarę możliwości odmawiamy rano wspólny brewiarz, jeśli jesteśmy na parafii, żeby też modlitwą budować wspólnotę. Gospodyni nie mamy, więc posiłki sobie sami przygotowujemy, raz jeden, raz drugi – na zmianę. Różne zdolności kulinarne człowiek ma, więc korzystamy czasem z przepisów z internetu albo dzwonimy do mamy, która, jak wiadomo, zawsze najlepiej gotuje i udziela instrukcji na bieżąco. Poza tym, jeśli ma być msza święta w parafii, to jeden z nas jedzie na wioskę, drugi zostaje – i tak się wymieniamy. 

Do tego dochodzą różne bieżące prace prowadzone w parafii. To nowa parafia, więc jest sporo do zrobienia. Budujemy ogrodzenie, powstaje też coś na kształt ogrodu, gdzie przedstawione są różne sceny biblijne w postaci rzeźb czy obrazów. Chcemy to wykorzystać do pracy z ludźmi, którzy nie umieją czytać, pisać lub mają z tym problemy i właśnie w obrazach, rzeźbach pokazać im historię zbawienia.

MK: Mówi Ksiądz o wioskach. W jakich warunkach żyją ci ludzie?

TK: Wszystko to sobie właśnie trzeba rozdzielić. Tak jak mówię, my mieszkamy w mieście i wyjeżdżamy na wioski. W zależności od miejsca są ludzie, którzy mieszkają w mieście w ładnych murowanych domkach z cegły, są ludzie bogatsi, którzy mają na przykład restauracje czy sklepy, ale większość jednak żyje w biedzie. Mieszka w domach bez prądu, bez bieżącej wody, warunki może nie są spartańskie, ale zdecydowanie uboższe. Są to ludzie z jednej strony prości, wielu jest niewykształconych, a jednocześnie są szczerzy i otwarci.

Ci, którzy są katolikami, chcą nas przyjąć i przyjmują z życzliwością. Czy to w mieście, czy jak jedziemy na wioski, ci ludzie nieraz nawet wcześniej czekają, sprzątają kaplicę, dzieci się zbiegają, bo ksiądz przyjeżdża (pewnie też dlatego, że dostają czasem coś słodkiego). Widać w nich, że czekają z niecierpliwością. Jest taka jedna wioska, w której zawsze, jak przyjedziemy, wszyscy już czekają, ale zanim zacznie się msza, to trzeba przynajmniej pół godziny poświęcić na spowiedź. Wszyscy się praktycznie spowiadają. Ale są też takie wioski, gdzie jak przyjeżdżamy, to nie ma nikogo, bijemy w dzwon, a nikt nie przychodzi. Są też takie miejsca… Ale wioski, w których jest wspólnota, dają radość i satysfakcję z pracy. Tak samo w Polsce można znaleźć ludzi, którzy przyjmą cię życzliwie, i takich, którzy tego nie zrobią. 

MK: Jak wygląda działalność misyjna niezwiązana stricte z ewangelizacją?

TK: Odkąd wyjechałem, były dwie większe akcje, jeśli chodzi o pomoc materialną. Najpierw w związku z pożarami, o których też w Polsce było głośno. Dotknęły także mieszkańców naszych wiosek. Spaliły się pola uprawne, kilka domów. Nasi mieszkańcy nie zginęli, ale stracili swoje plony, zasiewy. Możliwe, że wymknęło się im spod kontroli wypalanie traw i lasów, a pożary dotknęły ludzi, którzy nie byli winni. Zorganizowaliśmy pomoc na Facebooku, pięćset lub sześćset osób udostępniło moją relację i udało nam się zebrać trochę pieniędzy. Dzięki tej pomocy mogliśmy kupić żywność dla ludzi i ich zwierząt. Trzeba było też dowozić wodę, bo ta z rzek była bardzo zanieczyszczona popiołem. Wiele wiosek nie ma studni i nawet żeby gasić pożar, musieli jeździć daleko, do rzeki. 

Druga fala pomocy jest związana z epidemią. W Boliwii wprowadzono bardzo surowe obostrzenia epidemiologiczne. Tylko sklepy spożywcze były otwarte, a dom można było opuścić raz na tydzień – według ostatniej cyfry numeru dowodu osobistego. Wiele osób pracowało na ulicach, targach, zarabiało z dnia na dzień i nagle straciło pracę. Przychodzili do nas, prosząc o pomoc, którą otrzymywali od nas i boliwijskiego Caritasu. Raz w tygodniu przygotowywaliśmy paczki dla trzydziestu rodzin. Były tam podstawowe produkty – ryż, cukier, olej… żeby mogli wyżywić siebie i rodzinę. Teraz Komisja Misyjna Episkopatu Polski przygotowała projekt misyjny związany z epidemią, dzięki któremu uzyskaliśmy dwa tysiące euro, co pozwoliło nam przygotowywać paczki przez kolejne dwa miesiące. 

Trzeba pamiętać, że praca na misjach jest nie tylko duchowa, lecz również materialna. Ktoś kiedyś powiedział, że nic nie da mówienie o Bogu, jeśli ludzie będę mieli puste brzuchy. Trzeba zadbać o ich pierwsze potrzeby, żeby chcieli i mogli słuchać o Bogu. 

MK: Czy są chwile, gdy jest ciężko? Był moment, gdy miał Ksiądz dość?

TK: Nie było momentu, w którym miałem ochotę się pakować i wracać. Są raczej drobne sytuacje, które potrafią zdenerwować, ponieważ mentalność latynoska jest inna niż polska. Na przykład umawiają się na konkretną godzinę, nie przychodzą, my zajmujemy się czymś innym, by się dowiedzieć, że przyszli, gdy minęło półtorej godziny. To jest trudne, bo czasem chcemy coś zaplanować, a takie rzeczy mogą rozbić cały plan. Ale to są różnice, które trzeba po prostu zaakceptować. Nie można wszędzie wprowadzać europejskich norm, także jeśli chodzi o duszpasterstwo. Nie wszystko, co jest dobre w Polsce, tam przejdzie. 

Miałem też inną trudną sytuację. W styczniu chorowałem na tropikalną chorobę. Panowała wtedy epidemia wirusa denga. W Boliwii nie ma systemu ubezpieczeń zdrowotnych takiego jak w Polsce. Jeśli ktoś chce się ubezpieczyć, musi zapłacić, a większości ludzi na to nie stać. Ja poszedłem do szpitala, dostałem antybiotyk, łagodnie przeszedłem chorobę. Wkrótce potem miałem dwa pogrzeby – dziewczynek w wieku około dziesięciu, jedenastu lat, które na tę chorobę zmarły. Wtedy uderzyło mnie, że to było coś poważnego. Ja chorowałem, ale łatwo wyzdrowiałem, a ludzie na to umierali. To skłoniło mnie do refleksji – ci ludzie często umierają tylko dlatego, że nie mają pieniędzy.

MK: To może teraz dla równowagi – pozytywne momenty? Co daje Księdzu energię do działania, pokazuje, że warto?

Zobacz też:   Kwadrans dla Chrystusa

TK: Już gdy przyjechałem, ciepło mnie przyjęto. Piękny transparent, baloniki, ciasto. To pokazało, że cieszą się z każdego księdza, który do nich przyjeżdża. Zawsze się raduję, gdy widzę, że ludzie z wiosek czekają na nasze przybycie. Szczególnie ta jedna wioska, w której wszyscy idą do spowiedzi podczas każdej naszej wizyty. Ta wioska jest bardzo daleko, a to uświadamia nam, że warto przebyć tak długą drogę, by być z nimi. Odwdzięczają się czasem, radością, słowem, zawsze przyniosą coś do jedzenia – wiadomo, nic wyszukanego, bo sami nie jedzą wyszukanych rzeczy, tylko po prostu dzielą się tym, co mają. Chcą wspierać swoją parafię. Przynoszą na ofiarę banany, ziarno, jajka, ktoś dał kilka monet, ktoś banknot. Nie było tego dużo, ale to taki wdowi grosz – mimo że sami mają niewiele, coś od siebie dają. To był moment, który mnie dotknął. W Polsce często dajemy na mszy ofiarę od niechcenia, bez refleksji. 

MK: Wspomniał Ksiądz o inkulturacji i o tym, że niektóre rzeczy przebiegają inaczej, że muszą nastąpić jakieś zmiany. Jakie to są zmiany?

TK: Sądzę, że najbardziej widać to w liturgii. W Afryce zapewne jest to jeszcze dalej posunięte, ale i u nas w Boliwii też jest to widoczne. Na całym świecie przepisy liturgiczne dotyczące muzyki mówią o roli organów, a nie gitarek czy bębenków. Ale nie można zabronić ludziom praktykowania ich kultury. W dodatku nie wiem, ile boliwijskich kościołów posiada organy – a co dopiero mówić o wioskach, w których nawet nie ma prądu. Oni chcą swoją muzyką, wystruganymi fujarkami, bębenkami, rytmem ubogacić liturgię. To wynika z ich tradycji, tak chcą upiększyć liturgię. Często klaszczą podczas śpiewu. Uśmiechają się. 

W Polsce trudno w trakcie mszy zobaczyć uśmiech. Nie mówię, że powinno się pozwalać na jakieś kabarety w kościele, ale w ramach tamtejszych nabożeństw można dopuścić elementy, które nie są sprzeczne z przepisami, a mogą jakoś upiększyć tę liturgię. To też nas czegoś uczy, pokazuje, że niektóre elementy można przenieść także do Europy. Nie mówię, żeby wszystko skopiować, ale są rzeczy od nich, które mogą ubogacić nas, jak i rzeczy od nas, które mogą ubogacić ich. Kościół jest bogaty wszystkimi osobami, które do niego należą. Nie tylko Europejczykami. Każda kultura wnosi coś wartościowego. Na początku to może być trudniejsze. Każdy misjonarz przechodzi taki proces – podejście zmienia się z czasem. 

MK: Co Księdza najbardziej zaskoczyło na początku pracy misyjnej?

TK: W Boliwii już nie było zaskoczeń, bo miałem wcześniej epizody z Peru i Ekwadoru. Wówczas zaskoczyła mnie ich ogromna radość w kościele. To, czego brakuje w Polsce. Tu jest powaga, stonowane emocje. Dziś mi tego w Polsce brakuje, bo doświadczyłem ich radości z przeżywania wiary. Było dla mnie zaskoczeniem, że można tak radośnie wiarę, religię przeżywać.

MK: Mówiliśmy o misjonarzach, którzy przyjeżdżają do Boliwii. A co z miejscowymi powołaniami?

TK: Nasz wikariat apostolski obejmuje obszar jednej trzeciej powierzchni Polski. Jedna trzecia Polski i około dwudziestu kilku księży. Pięciu z diecezji tarnowskiej, jeden ze Śląska, jeden ksiądz ze Słowacji, kilkunastu Boliwijczyków, trzech Koreańczyków. Klerycy koreańscy mają tam też praktyki. Miejscowe powołania są, lecz nieliczne. To trudna sprawa także ze względu na poziom edukacji, szczególnie w wiejskich szkołach. Znam dwóch kleryków z naszego wikariatu; nie wiem, czy jest ich więcej. Rok temu były ostatnie święcenia. Jest kilku biskupów Boliwijczyków, więc kler boliwijski istnieje i nie jest na niskim poziomie.

MK: Parę miesięcy temu była gorąca dyskusja związana z synodem amazońskim. Niektórzy uważali, że zezwolenie na wyświęcenia żonatych mężczyzn pomoże zwiększyć liczbę kapłanów w regionie.

TK: Moim zdaniem nic by to nie zmieniło. Już teraz są sytuacje, że księża boliwijscy utrzymują krewnych. Gdyby miał jeszcze żonę i dzieci, byłoby jeszcze ciężej. Kapłan powinien skupić się na kapłaństwie i parafii, a nie żonie. Może byłoby ich więcej, ale wątpię, by angażowali się tak jak celibatariusze, którzy cały czas poświęcają na parafię. Patrzę na sprawę ogólnie, to dla mnie uniwersalne. To moje zdanie, ktoś może się z nim nie zgadzać.

MK: Czy podzieliłby się Ksiądz jakimiś ciekawymi anegdotkami związanymi z misjami?

TK: Najczęściej zdarzają się zabawne historie związane z językiem. Posługujemy się hiszpańskim. Jest tam jeden język rodzimy, bésiro, ale nie mówi nim zbyt wiele osób. W Ekwadorze pomyliłem słowa „brzuch” i „łono” i powiedziałem, że jakaś potrawa nie jest dobra dla mojego łona. Inna historia zdarzyła się w Boliwii, gdzie często święcimy obrazki i figurki. Figurka to estatua, obrazek to imagen. Gdy przynieśli małą figurkę, powiedziałem, że poświęcimy estatuę. A oni się rozglądali, gdzie jest ta estatua, bo dla nich to słowo oznaczało ogromny pomnik. Śmiali się potem z tej pomyłki. Powinien był powiedzieć imagen, tak samo jak na obrazek. W Europie uczymy się oficjalnego europejskiego hiszpańskiego, a język ma swoje dialekty i różni się w zależności od miejsca.

Inny ksiądz chciał poświęcić samochody, vehículos. Tak dokładnie chciał to wymówić, zrobił na tym akcencie taką dużą przerwę, że wyszło, jakby chciał święcić tyłki, czyli culos. Innemu misjonarzowi brakło słowa, więc żeby powiedzieć, że w dachu są dziury, powiedział, że jest tam „muchas otworas”. Kiedyś spytałem siostry z Korei, czy chciałaby się wyspowiadać. Odpowiedziała: „¡Sí, sí, porque soy pescadora!”. Chciała powiedzieć, że jest grzesznicą (pecadora), a powiedziała przez pomyłkę, że jest rybaczką.

MK: Jakie ma Ksiądz ogólne przemyślenia na temat pracy misyjnej? Co chciałby Ksiądz dodać?

TK: Często spotykam się z komentarzami takimi jak: „Po co wyjeżdżasz, przecież to tutaj trzeba pracować! Jesteś księdzem diecezjalnym!” albo „Wyjeżdża na misje, bo nie chce mu się pracować”. Nie przejmuję się tym, ale jest to nieco przykre, gdy słyszy się coś takiego od innych księży. Księdzem się zostaje dla Kościoła powszechnego, jestem księdzem katolickim, a nie księdzem tarnowskim. Jesteśmy przecież święceni dla całego Kościoła. Pan Jezus powiedział „Idźcie na cały świat”, to też moje hasło prymicyjne. Nie mówił: „Idźcie tylko do Tarnowa, tylko do Nowego Sącza, tylko do Bochni”. 

„Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. W niektórych przypadkach to heroizm. Wspomnijmy chociaż księdza Jana Czubę z naszej diecezji, którego zamordowano w Kongo, czy księdza Mateusza Dziedzica, który był porwany i przetrzymywany ponad miesiąc – a potem wrócił do Afryki i dalej tam działał. Gdy ktoś mówi mi, że misje są jak wyjazd na wakacje, to zapraszam do Boliwii. Zapewnimy utrzymanie, zapewnimy wszystko – zobaczcie, jak to wygląda. Czasem się człowiek zmęczy, podłamie, zdarzają się ciężkie chwile. 

Pamiętajmy, że Kościół nie jest tylko w Tarnowie, a Pan Jezus kazał iść na cały świat. To taka moja końcowa refleksja.

MK: Jak wygląda latynoamerykański synkretyzm, święci ludowi, inne zjawiska? Na ile Ksiądz to widzi w Boliwii?

TK: Oni wyrastają z dawnych obyczajów. Dalej to widać. Niektórzy, będąc katolikami, praktykują zwyczaje, które ciężko uznać za katolickie. Pachamama jest wciąż obecna w Ameryce Południowej. Na przykład w trakcie fiesty, gdy otwierają piwo, ulewają trochę na ziemię – dla Pachamamy. Staramy się ich uświadamiać w tej sprawie, ale dla niektórych to po prostu część kultury, tradycji. Nie każdy może to robić świadomie. Mogą po prostu nie mieć wiedzy, że to nie jest dobre. Ktoś inny za to może rzeczywiście czcić Pachamamę. Gdy znów będziemy mogli działać normalnie, trzeba będzie się w temat zagłębić, poznać źródło problemu i uczyć ich, że jako katolicy nie powinni takich rzeczy praktykować. Możliwe, że to takie rozdwojenie: wiara w Boga, ale na wszelki wypadek też ofiara dla Pachamamy. 

MK: Tematem tego numeru jest misyjność Kościoła. Jak widzi Ksiądz misyjną rolę Kościoła w XXI wieku?

TK: Misje ad gentes to misje do narodów, na tereny, gdzie Pan Jezus jest nieznany lub mało znany. Taka misja kończy się, gdy wspólnota jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Na początku mówiliśmy o Hiszpanii i Francji – to tam przenoszą się powoli misje. Te kraje potrzebują ich od nowa, potrzebują księży z innych części Europy, a także z Azji i Afryki. Odwracają się role. To efekt wielu czynników, ale to pokazuje, że mówiąc o misjach, wkrótce będziemy mówili nie tylko o Ameryce, Azji czy Afryce, lecz całym świecie – niemal każdy kraj będzie tego potrzebował. Może nie w formie pierwszej ewangelizacji, lecz podania im wiary na nowo – by mogli do niej powrócić, odnowić ją.

MK: Bardzo dziękuję za rozmowę!

fbt
O autorze

Amerykanista, student filologii rumuńskiej. Zainteresowany językoznawstwem i kulturą w najszerszym znaczeniu tego słowa. Zajmuje się także tworzeniem kina niezależnego.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.