adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Wiara

Cierpienie oddane Bogu

Dzisiejszy świat zdaje się krzyczeć z każdej strony, że cierpienie to nasz największy wróg. Za wszelką cenę musimy wyrzucić je ze swojego życia. W tej ucieczce przed cierpieniem doszliśmy już do takiego momentu, gdzie na ulicach miast Europy chce się stawiać maszyny do popełnienia samobójstwa.

Czy jednak rzeczywiście jedyną drogą jest ucieczka przed cierpieniem? Dla chrześcijanina odpowiedź powinna zdecydowanie brzmieć: „Nie!”. Sam Jezus nie tylko nie ucieka przed cierpieniem, ale wręcz mówi: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22, 42).

W rzeczywistości cierpienie jest dla nas ważną lekcją. Nie jest to tylko sygnał ostrzegawczy przed niebezpieczeństwem czy oznaka problemów zdrowotnych. Cierpienie stanowi dla nas także ważną lekcję duchową. Ćwiczy nas w miłości Boga i bliźniego oraz widzeniu swojej słabości i nicości jako stworzenia. Ponadto wypróbowuje naszą wiarę. Łatwo chwalić Boga czy ufać Mu, gdy wszystko jest przyjemne i radosne.

Cierpieć w jedności z Ukrzyżowanym

Aby przeżywać cierpienie w wierze, należy swój wzrok utkwić w Jezusie. On, będąc Bogiem, miał wszelką moc i władzę, by nie cierpieć. A jednak zgodził się, dobrowolnie przyjął na siebie cierpienie. Nie jest to cierpienie masochistyczne, zadane sobie ze względu na przyjemność odczuwaną w cierpieniu. Czyni to dla zbawienia ludzi. A poprzez to wyraża się Jego wielka miłość.

„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13).

Wpatrując się w Jezusa, odkrywamy, że nasze cierpienie może stać się ofiarą miłą Bogu. Warto więc w chwilach ciężkich doświadczeń ofiarowywać nasze fizyczne bądź psychiczne boleści w jakiejś intencji.

„Kiedy ponownie wystawiłam się na wszystkie udręki i bóle, diabeł bardzo mnie pobił. Ofiarowałam te ciosy Bogu i, wewnętrznie, prosiłam o tyle dusz, ile dostałam ciosów. W tym momencie dotarł do mnie jeden z tych przypływów miłości i powiedziałam bardzo głośno: »Tak, tak; pomóż sobie, o Przeciwniku. Chcę od Boga tej łaski: weź tyle dusz z ich rąk, ile ciosów«. W tym momencie on mi powiedział: »Przeklęta jesteś!«, i, z gwizdami i krzykami, odszedł. Zostawił wielki smród. Wszystko na chwałę Boga!” (Dziennik III, s. 24).

Trzeba przy tym pamiętać, że Bóg nigdy nie daje nic ponad miarę naszych sił. Nie oznacza to jednak prostej i lekkiej drogi. Często jest tak, że to nam się tylko zdaje, że nasza granica wytrzymałości jest w danym miejscu. Bóg natomiast widzi, gdzie ona jest naprawdę. Bywa tak, że dopiero z czasem uświadamiamy sobie, że ta granica była o wiele dalej, niż się spodziewaliśmy. Nasz strach przed trudem sprawiał, że wcześniej w rzeczywistości nawet się do tej granicy nie zbliżyliśmy.

„I Pan powiedział mi: »Bądź spokojna, bo będziesz go nosiła [krzyż]. I chcę, żebyś uczestniczyła w bólach, jakie miałem, kiedy poszedłem na Kalwarię«. I, mówiąc to, zdjął Krzyż ze swojego ramienia i położył go na moim; ale ja upadłam na ziemię. A Pan mnie podniósł. Za chwilę On zniknął, a ja znowu upadłam. W tym czasie pojawił się mój Anioł Stróż i podniósł mnie ponownie; i chciał, żebym poszła naprzód, ale nie mogłam zrobić kroku. Upadłam kilka razy, a mój Anioł Stróż udzielił mi pomocy i szybko mnie podnosił. W końcu i on zniknął. O Boże! Z jakim bólem zostałam! Nie mogę tego opisać” (Dziennik I, s. 889-890).

Nasz zakres wytrzymałości nie jest jednak czymś stałym i niezmiennym. Czasami Bóg stopniowo ćwiczy nas i przygotowuje do jakiegoś rodzaju trudności, znoszenia cierpień.

„W jednej chwili ukazał mi przepaść, której sam widok wzbudzał lęk. I On powiedział mi: »Będziesz mieć również ten ból; i będzie to dla ciebie tak wielkie, że będzie ci się wydawało, że zanurzysz się w głębiny piekła. Zanim przejdziesz przez tę mękę, wzmocnię cię odnowieniem moich świętych ran«” (Dziennik II, s. 141-142).

Małe cierpienia – ważne ćwiczenie codzienności

Cierpienie jest nieodzownym elementem naszej codzienności. Na każdym naszym kroku napotykamy większe lub mniejsze cierpienia, zarówno te fizyczne, jak i psychiczne. Czasami słowo obcej osoby napotkanej w drodze do pracy czy szkoły potrafi nas zranić na długi czas. Kłótnia z najbliższymi i wypowiedziane przez nich w emocjach słowa. Również te fizyczne boleści, jeśli przyjrzymy się uważnie, napotykamy bardzo często. Kto z nas nie chwycił zbyt ciepłego kubka z herbatą albo innego rozgrzanego naczynia. A w lecie przynajmniej kilka razy nie poparzył się pokrzywą lub nie ukłuł kolcem jakiejś rośliny.

Takie fizyczne i psychiczne cierpienia, które napotykamy w swojej codzienności, są dobrym sposobem do ćwiczenia się w oddawaniu Bogu cierpień. Warto spróbować wyćwiczyć w sobie nawyk, by doznawana boleść, niczym okrzyk bólu, wyrażała oddanie Bogu tego cierpienia. Kiedy bowiem przyjdzie coś o wiele poważniejszego, jakaś większa tragedia czy uraz fizyczny, będzie nam o wiele ciężej oddać to Bogu. Dobrze wiemy, że w obliczu cierpienia potrafimy przybrać nawet przeciwną do tego postawę, czyli buntu przeciw Bogu. Jeśli będziemy w małych cierpieniach ćwiczyć się w pobożnej praktyce, wówczas i w tych trudniejszych momentach będzie nam prościej.

Nasuwają mi się tu na myśl słowa ks. Dariusza Oko, który na wykładach często powtarzał nam: „im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi na wojnie”. On oczywiście mówił to w kontekście pracy na wykładach i późniejszego egzaminu. Jednak myślę, że i tu te słowa pokazują trafnie rzeczywistość ćwiczenia się w oddawaniu małych cierpień, by w obliczu tragedii być wyćwiczonym.

Tego typu wezwanie, by trwać w praktyce ofiarowywania wszystkiego Bogu, w tym także napotykanych cierpień, spotykamy również w objawieniach zarówno anioła, jak i później Maryi, w Fatimie.

„Ze wszystkiego, co robicie, czyńcie ofiarę na zadośćuczynienie grzeszników. Ściągajcie w ten sposób pokój na waszą Ojczyznę. Jestem aniołem opiekuńczym, aniołem Portugalii. Przyjmijcie i znoście zwłaszcza to cierpienie, jakie Pan wam ześle” (S. Łucja, 2001, s. 81).

„Potem, aby wzniecić nasz ostygły zapał, powiedziała: »Ofiarujcie się za grzeszników, mówcie Jezusowi wiele razy, a szczególnie kiedy ponosicie jakąś ofiarę: ‘O Jezu, czynię to z miłości do Ciebie, za nawrócenie grzeszników i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi’«” (Kondor L., 2003, s. 90-91).

Po wielu latach, będąc już w zakonie, Łucja wyjaśniła, jak ona rozumie wypowiedziane wtedy wezwanie z Nieba.

„Niekiedy będzie to krzyż naszej codziennej pracy […]. Kiedy indziej będą to przeciwności życiowe, które pojawiają się na każdym kroku, a które trzeba pokonywać z pogodą ducha, cierpliwością i rezygnacją. Kiedy indziej jeszcze będą to upokorzenia pojawiające się zupełnie nieoczekiwanie, które trzeba przyjmować, uznając własną niedoskonałość, a zwłaszcza to, co jest w nas niedoskonałego, i postanawiać się poprawić, z nadzieją, że Bóg zawsze wspiera dusze dobrej woli, aby się podniosły do lepszego życia i doszły do większej doskonałości. »Ze wszystkiego – mówi nam Orędzie – składajcie Bogu ofiarę w akcie zadośćuczynienia za grzechy, jakimi jest On obrażany, prosząc o nawrócenie grzeszników«.

Zobacz też:   [Z archiwum]: Paweł VI - patron Kościoła w kryzysie

Jest to jeszcze jeden motyw, jaki Bóg podaje nam w celu uzasadnienia konieczności naszej ofiary: zadośćuczynienie za grzechy, jakimi jest On obrażany, grzechy własne i bliźniego” (S. Łucja, 2001, s. 95).

Wybrane dusze – życie nie jak z obrazka

Czasami Bóg sam proponuje duszy dodatkowe cierpienia. Przyjęcie tego z pokorą, w jedności z Bogiem, na wzór Jezusa przyjmującego krzyż, wymaga od danej osoby wielkiej dojrzałości w wierze. Nie jest to oczywiście cierpienie dla samego cierpienia. Taki Boży dar, choć na pozór może być niezrozumiały i okrutny, jest wynikiem miłości Dawcy oraz przyjmującej go osoby. To chęć cierpienia dla dobra innych, dla ich zbawienia. Kiedy jakaś dusza ujrzy wspaniałość Boga, a jednocześnie ogrom cierpień, jaki spotyka człowieka w oderwaniu od Boga, miłość rozpala ją do granic.

„Następnego wieczoru, gdy chciałam iść i odpocząć, zdawało mi się, że słyszę głos, który powiedział do mnie: »Twoim odpoczynkiem będzie cierpienie dla zbawienia dusz«. Od razu odpowiedziałam, że nie wiem jak: »Panie, co chcesz bym czyniła?« Chociaż nie miałam nikogo do pomocy, wydawało mi się, że czuję się w tym akcie cała ożywiona i wzmocniona, w pragnieniu doznawania wszelkiego rodzaju udręk. Nic więcej nie mogłam mówić niż: »Więcej krzyży, więcej bóli, więcej udręk, mój Boże. Chodzi o zbawienie dusz; dlatego ześlij na mnie wszelkie możliwe męki. Wiem, że moje cierpienie jest bezwartościowe; ale zjednoczone z Twoim cierpieniem jest bardzo skuteczne; myślę, że utrzymam tyle, ile Ty mówisz, czyli tyle dusz, ile udręk doświadczę. Tak, tak, moje najwyższe Dobro; dusze, proszę Cię o dusze okupione Twoją najcenniejszą krwią«” (Dziennik II, s. 616).

Historia Kościoła zna wiele świętych kobiet i mężczyzn, różnego stanu, w różnym wieku, którzy podjęli się tego typu ekspiacji. Biorąc w ten sposób na swoje barki nie tylko własny krzyż, ale i krzyż innych, aby pomóc tym duszom, które są daleko od Boga.

„Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe” (Ga 6, 2).

Niekiedy cierpienia te są niewidoczne dla ludzkich spojrzeń, ukryte i ciche. Do tego typu cierpień należą chociażby ukryte stygmaty. Dana osoba odczuwa jedynie ból, któremu nie towarzyszą rany. Miało to miejsce na przykład w przypadku św. Faustyny, poprzedziło również widzialne stygmaty u takich świętych jak o. Pio czy Weronika Giuliani.

„W tym momencie poinformował mnie [Jezus], że w Wielki Piątek chce mnie całkowicie przemienić w Siebie wraz z ukrzyżowaniem mnie ze Sobą i chce umieścić wręcz pieczęci swoich ran na moich dłoniach i stopach, abym cała była dla Niego; ale na razie uczyni, że te rany będą ukryte; i że chce mnie ukrzyżować wielokrotnie, zanim nie stanę martwa dla siebie i wszystkiego” (Dziennik I, s. 867).

Kiedy indziej tego typu udręki mają widzialną formę. Bóg czyni to dla dobra innych. Znaki te nie mają jednak na celu budzić sensacji, ale skłaniać nas do refleksji nad własnym życiem duchowym oraz Boża miłością i ofiara krzyża.

[W tym miejscu zapraszamy do artykułu o stygmatach św. Weroniki Giuliani.]

Droga, nie cel

Przeżywane w zdrowy sposób cierpienie, w złączeniu z Jezusową Męką, stanowi dla chrześcijanina drogę. Cierpienie nie może jednak stać się celem samym w sobie, wówczas bowiem będzie ono cierpiętnictwem lub nawet masochizmem.

Czasami z pozoru może się zdawać, że dany święty szukał cierpienia dla samego cierpienia. Wynika to jednak zazwyczaj z naszego niezrozumienia, z innego etapu drogi duchowej, na której my się w danym momencie znajdujemy. W rzeczywistości pod krzykiem „więcej cierpienia” kryje się coś niezmiernie głębokiego. Szukanie pełnego zjednoczenia z Bogiem. Zjednoczenia z tym, który dla miłości do człowieka, dla zbawienia ludzkości, w pełni dobrowolnie wziął na siebie ogrom cierpienia.

„W tym samym momencie odnowiły się bóle nerwów i ciernie; ale mimo wszystko mówiłam: »Panie, wszystko to jest mało. Więcej boleści, więcej boleści, byle Ciebie nie obrażano. To mi wystarcza. Niech przyjdą na mnie wszelkie udręki i boleści; obyś był tylko kochany, to mi wystarczy. Wszystko dla Twojej chwały: i według Twojej najświętszej woli. Tego chcę; tutaj odnajduję spokój i zadowolenie. Mój Boże, zgadzam się z Tobą, rób ze mną, co chcesz«” (Dziennik I, s. 487-488).

Każdy z nas jest na innym etapie swojej duchowej drogi. Nie możemy więc oceniać kogoś na podstawie tego, jak znosi cierpienie. Dla kogoś to, że się nie zdenerwuje i nie zacznie przeklinać po uderzeniu się w mały palec u stopy, może być na obecnym etapie bardzo trudne do zmiany. Nie mówiąc już o tym, by w tym momencie potrafił ofiarować to Bogu w jakiejś intencji. A dla innej osoby może być to już oczywistość i normalny odruch, by w tej sytuacji złożyć to Panu w jakiejś intencji, natomiast jest mu jeszcze ciężko znieść cierpienie związane ze stratą bliskiej osoby. W swym trudzie buntuje się wobec Boga.

Każdy z nas potrzebuje wzrastać, będąc w danym miejscu, robiąc krok za krokiem na duchowej drodze w swoim tempie. Nie mamy jednak zatrzymywać się na danym etapie. Nasz wzrok w życiu duchowym powinien być utkwiony w Jezusie oraz tych, którzy na drodze wiary są chociaż krok przed nami. Nie oglądajmy się w tył. Ten, kto jest za nami, ma ten etap jeszcze do przejścia. Nie porównujmy się do tych, którzy są na drodzebędącej już za nami. Nie stawajmy też w tym miejscu, w którym obecnie się znajdujemy. Niech nasze oczy będą utkwione w tym, co jest naszym celem, czyli w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. A do tego daleka droga przed każdym z nas.

Źródła cytatów:

Dziennik I: Diario di s. Veronica Giuliani, v. I, Città di Castello, 1969.

Dziennik II: Diario di s. Veronica Giuliani, v. IV, Città di Castello, 1971.

Dziennik III: Diario di s. Veronica Giuliani, v. III, Città di Castello, 1973.
(tłum. własne)

Kondor L. (red.), Wspomnienia Siostry Łucji z Fatimy, Fatima, 2003.

Siostra Łucja, Apele Orędzia Fatimskiego, Zakopane, 2001.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.