adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

„Boję się, że jestem powołana do zakonu”

magazine cover

pixabay.com

Spotkałam na swojej drodze wiele kobiet, które przeżywały lęk związany z tym, że są powołane do zakonu, a czuły pragnienie, by żyć w małżeństwie. Warto już na samym początku podkreślić, że ten lęk nie wynika z tego, że Pan Bóg przewidział w swoim scenariuszu taką drogę powołania, a z tego, że w głowie dzieje się coś niedobrego. U podłoża tego typu problemów upatruję kilka przyczyn, które trzeba przepracować, poznając siebie chociażby poprzez spotkanie z psychoterapeutą.

Kilka lat temu natrafiłam na katolickim forum na post młodej kobiety, w którym napisała, że krótko po rozpoczęciu drogi nawrócenia zaczęła odczuwać natrętne myśli o powołaniu do zakonu. Problem ten jeszcze bardziej się pogłębił, gdy wzięła udział w modlitwie wstawienniczej prowadzonej przez osoby świeckie. Wtedy właśnie usłyszała, że Bóg przygotowuje ją do życia w klasztorze. Gdy myślała o zakonie, skutek był odwrotny: oddalała się od Boga, popadała w grzechy ciężkie. Bała się czytać Pismo Święte, modlić, gdyż wtedy lęki się nasilały. Kobieta wyraźnie podkreślała, że jej pragnieniem jest życie w małżeństwie i założenie rodziny.

Myślę, że takich historii jak powyższa jest więcej. Kiedyś i ja zmagałam się z podobnym lękiem. Gdy opowiadałam o tym wierzącym koleżankom, ku mojemu zaskoczeniu okazywało się, że inne napotkane w różnych wspólnotach kobiety mają podobny problem. Pocieszał mnie fakt, że nie tylko ja jedyna zmagam się z czymś takim, że jest nas więcej…

Pamiętam, jak podczas jednej z pielgrzymek na Jasną Górę pewna siostra zakonna opowiadała o swoim powołaniu do zakonu. A było z nią tak, że na jednych rekolekcjach usłyszała świadectwo innej siostry. Gdy tamta opowiadała swoją historię, ta wtedy poczuła lęk i zaczęła mocno się zastanawiać, czy może i ją Bóg zaprasza do tej drogi. Postanowiła pójść do zakonu i jest szczęśliwa na tej drodze życia.

Słysząc historię tej siostry, także poczułam lęk. Spytałam się tego dnia moich dwóch koleżanek, które szły ze mną w pielgrzymce, czy także doświadczyły podobnych uczuć podczas wysłuchanej konferencji. Ku mojemu zaskoczeniu poczuły to samo co ja! Jak się po latach okazało, zaobserwowany lęk nie sprawił, że wybrałyśmy tę drogę. Miałyśmy inne pragnienia wypływające z głębi serca.

W tamtym czasie odbierałam takie świadectwa zbyt osobiście. Dziś, gdy przywołuję te wspomnienia, uświadamiam sobie, że jako młoda studentka miałam niewielką wiedzę o sobie oraz to, że za mocno mnie takie świadectwa dotykały. Byłam święcie przekonana, że skoro takie rzeczy dzieją się w mojej głowie, to muszę iść do zakonu. Bardzo trudnej reakcji doświadczyłam, gdy podczas rozmowy jeden z moich znajomych zapytał mnie, czy myślałam, o zostaniu zakonnicą. Kiedy to usłyszałam, w całym ciele poczułam szok. Było to dla mnie tak wstrząsające przeżycie, że nie potrafiłam zrozumieć, że są to tylko czyjeś sugestie. Czułam, że jestem za słaba, aby wybronić się z podobnych, niekomfortowych pytań, mówiąc, że mam inne pragnienia dotyczące życia w małżeństwie. Na dodatek nie miałam żadnego doświadczenia bycia w związku z chłopakiem, a w naszym społeczeństwie jest takie stereotypowe myślenie, że jak długo nie pojawia się ta pierwsza miłość, to trzeba rozważyć życie w zakonie. Jakby wiek był wiążący do zawarcia sakramentu małżeństwa. To tak samo jak wmawianie komuś, że powinien iść drogą zakonną, bo dużo się modli i codziennie chodzi na mszę świętą. Nonsens.

Jeszcze inna sytuacja z mojego życia była taka: tuż przed klasą maturalną koleżanka napisała do mnie z pytaniem, czy może i ja myślę o zakonie. Początkowo sama rozważała wybranie tej drogi i nawet była w zakonie, lecz ostatecznie wyszła za mąż. W rozmowie podkreśliła fakt, że Bóg działa przez drugiego człowieka, co jest prawdą. Pomyślałam więc, że powinnam na poważnie rozważyć zakon, bo to pewnie Bóg właśnie w tym momencie zsyła podpowiedź. No cóż, w tamtej chwili jakoś nie poszłam za tym, bo tak samo jak większość moich znajomych, kompletnie nie wiedziałam, co chciałabym robić w życiu. Ale gdy kilka lat później zaczęły się moje stany lękowe z zakonem w tle, ta konkretna sytuacja przypomniała mi się w całych detalach i dolała przysłowiowej oliwy do ognia.

Zobacz też:   Bóg uparcie taki sam, czyli wiara z wiejskiego kościółka

Żyjąc codziennie w stresie i lęku, zwierzałam się zaufanym osobom, a w odpowiedzi często słyszałam, że takie myśli nie pochodzą od Boga, tylko od złego ducha. Pamiętam moje pierwsze rekolekcje ignacjańskie i medytację nad fragmentem z Ewangelii według św. Jana (J 1, 35-42). Jak łatwo się domyślić, po raz kolejny pojawił się lęk związany z powołaniem do zakonu. Wtedy na rekolekcjach dowiedziałam się, że gdy pojawia się lęk, to znaczy, że to nie jest ta droga, którą powinnam kroczyć przez życie. Na początku było to dla mnie uzdrawiające, ale po pewnym czasie, kiedy doznawałam coraz większego „zafiksowania” z powołaniem do zakonu, słowa, że „lęk nie pochodzi od Boga”, przestały na mnie działać. 

I nastał taki moment w moim życiu, że bałam się otwierać Pismo Święte. Jak tylko pojawiło się jakieś podejrzane słowo sugerujące powołanie do zakonu, momentalnie dostawałam ataku paniki. To doprowadzało mnie do płaczu, który z czasem stał się moim codziennym rytuałem. Coraz trudniej przychodziły mi modlitwa, spowiedź i częsta Eucharystia. Tak się bałam. Nie potrafiłam wytrzymać na spotkaniach z ludźmi, cieszyć się jak dawniej. Zaczęłam chudnąć, tracić apetyt. 

Pewnego dnia na rekolekcjach jakaś dziewczyna postanowiła porozmawiać ze mną osobiście, gdy opowiedziałam jej o moim problemie. Wtedy usłyszałam od niej coś naprawdę zaskakującego, ale nie znowu takiego dla mnie nowego, a mianowicie, że powinnam pójść do psychoterapeuty lub psychologa, najlepiej katolickiego. Byłam bardzo jej wdzięczna, choć z drugiej strony nie wierzyłam, że psycholog pomoże mi w duchowym problemie – wtedy myślałam, że to nie tej natury sprawa. Dlatego długi czas odwlekałam wizytę, ten błąd kosztował mnie dwa lata bezsensownego cierpienia. Głównie ze względu na panujące w społeczeństwie myślenie, że do psychologa chodzą ludzie „z wariatkowa” – czyli kompletnie błędny obraz, brak zrozumienia. A tu chodzi o to, by odkryć siebie, swoje mechanizmy i dokopać się do tego, skąd biorą się lęk czy inne trudne uczucia oraz czemu w określonej sytuacji one zachodzą.

Nie wierzyłam, że psychologia pomoże mi przezwyciężyć ten problem. A jednak kiedy zaczęłam mojemu lekarzowi opowiadać o sobie, nagle odkryłam, że ten lęk ma swoje źródło w moich trudnych doświadczeniach z przeszłości. Wszystkie elementy mojej historii powoli układały się w logiczną całość. Zaczęłam doznawać uzdrowienia od chorych myśli o zakonie. Zrozumiałam, jak działa lęk, który jest irracjonalny, bo nierealny, i że nie stanowi on zagrożenia dla naszego życia i innych osób. Jest przeciwstawnym pojęciem do słowa „strach” określającego stan realnego niebezpieczeństwa (jak przebywanie w budynku, w którym wybuchł pożar). 

Przy wyborze powołania Bóg nie działa poprzez lęk, tylko przez pragnienia. Ale jeśli zdarzyłoby się nam, że wybierzemy inną drogę, niż nasz Stwórca nam przewidział, to gwarantuje, że na pewno się On na nas nie obrazi. Nie ma tu żadnej reguły, że jeśli nie wybiorę zakonu, to Bóg nie da mi męża i zmusi mnie do życia w samotności. Okrutna byłaby to wizja. Okrutny byłby to Bóg.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.