Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj
magazine cover

pixabay.com

Mam taki zwyczaj, że często przy składaniu życzeń – jeśli nie chcę, by były one bardziej osobiste – życzę „wszystkiego dobrego” zamiast „wszystkiego najlepszego”. Jeszcze nikt nie zapytał mnie, dlaczego tak robię. A szkoda, bo mam przygotowaną odpowiedź: „Jak powiedział tytułowy bohater Młodego papieża: »Wirtuozeria jest dla aroganckich«. Tobie wystarczy to, co dobre”.

Ostatnio oglądałem Uspjeh, chorwacki serial nakręcony przez HBO. Zaczyna się on w bardzo ciekawy sposób, od wydarzenia późniejszego niż cała fabuła serii. Jeden z bohaterów występuje w roli mówcy motywacyjnego, opowiada o tytułowym sukcesie. „Chcecie wiedzieć, co to jest sukces?”, pyta, by odpowiedzieć po chwili dosadnie: „Sukces to gówno”. I wyjaśnia, że próbował osiągnąć sukces złymi metodami. Doradza słuchaczom, by nie dążyli do niego za wszelką cenę. Podkreśla, że doznał kiedyś pomocy od trójki ludzi, przez co teraz pomaga swoim słuchaczom. Ciekawe. Swoją mowę o „krokach do sukcesu” zaczyna od stwierdzenia, że sukces nie jest najwyższą wartością. Deprecjonuje go. Serial w swojej ogromnej przewrotności i pomysłowej fabule pokazuje, że mówca ma rację. Pokazuje, jak bardzo tytułowa wartość nie dotyczy bohaterów, w tym wypowiadającego owe pierwsze słowa w serii. Mimo iż mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie, to dzieło Danisa Tanovicia i Marjana Alcevskiego stawia pytania: czy w ogóle możliwe jest osiągnięcie sukcesu? Czy sukces nie pozostaje tylko ułudą? Czy nie jest jak w Komandorze Tarkinie Kazimierza Staszewskiego, że „polityka to tarzanie się w błocie / i każdy się musi ubrudzić”?

Mamy problem z sukcesem. Widać to już w warstwie językowej. Po chorwacku sukces to uspjeh. Odpowiada mu przymiotnik uspješan. Po czesku podobnie – úspěch oraz úspěšný. Po angielsku – success i successful. Po polsku sukces i… no właśnie, co? Udany? Ale czy człowiek może być „udany”? Może jest to „człowiek sukcesu”?

Przede wszystkim mamy społeczny problem z sukcesem. Niepohamowane dążenie do niego, do prestiżu, wyrządza liczne szkody. Znam wiele historii ze środowiska akademickiego, które pokazują, jakie nieprzyjemności potrafią sprawiać sobie ludzie, aby zdobyć uznanie wśród innych, czy pełnić stanowiska kierownicze. Pamiętam człowieka, który straciwszy wysoką pozycję w banku (został „wykoszony” przez młodszą kadrę), stoczył się w wieloletni alkoholizm, który w końcu przywiódł go do zguby. Znam ludzi, którzy z normalnych, uczciwie pracujących czy studiujących osób, stali się uczestnikami wyścigu szczurów przedkładającymi gromadzenie pieniędzy (niekoniecznie w dobry sposób) nad relacje z innymi. Kiedy o tym myślę, przypominają mi się słowa Chrystusa, tak trudne do zaakceptowania, a zarazem do bólu prawdziwe: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!” (Mk 9, 35b).

To jedna strona medalu – na rewersie znajdują się osoby, które nie radzą sobie ze stawianymi im wymaganiami. Ciągle słyszą, że muszą być najlepsze, a gdy nie są w stanie tego osiągnąć, popadają w rozmaite kompleksy, problemy psychiczne. Jest to na przykład powszechne w tak zwanych „dobrych szkołach”, w których kadra nauczycielska, bez zwracania uwagi na przeciążenie uczniów nauką, chce utrzymać dobre miejsce w rankingach. Często kończy się to samobójstwami. Oczywiście każdy przypadek zadania sobie śmierci jest złożony, zwłaszcza w przypadku nastolatków, ale te przesadne wymagania ze strony szkoły odgrywają istotną rolę. Nie udało mi się dotrzeć do żadnych badań na ten temat, ale samobójstwa licealistów, o których słyszałem, zawsze dotyczyły szkół zajmujących wysokie pozycje w zestawieniach. „Bardziej niż samobójstwo boli mnie fala hejtu na naszą szkołę” – powiedział jeden warszawski dyrektor swoim podopiecznym. W takich przypadku cisną się na usta inne słowa naszego Pana: „I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie” (Łk 11, 46).

Żądza sukcesu może doprowadzić do ludzkich tragedii. A przecież nauczyciele mogliby zadowolić się nauczaniem na dobrym poziomie. Pracownicy uniwersytetów pracą naukową i dydaktyczną, dobrą relacją ze studentami. Niebezpieczna jest chora ambicja. Trudne jest odpowiednie wyważenie – by z jednej strony nie popadać w regres, a z drugiej nie stać się zabójczymi perfekcjonistami. Zabójczymi dla siebie i innych. Philip K. Dick napisał kiedyś powieść Słoneczna loteria (ang. Solar Lottery). W książce tej władcą całego skolonizowanego przez ludzi Układu Słonecznego tak zwanym Lotermistrzem zostaje się w drodze losowania. Wielka machina, tytułowa loteria, dokonuje całkowicie bezstronnego wyboru przywódcy. Główny bohater utworu, Reese Verrick, traci władzę na skutek niespodziewanego nowego losowania. Nie potrafi się z tym jednak pogodzić i korzysta z prawnej możliwości dokonania jednego zamachu, który, jeśli się powiedzie, przywróci mu dawną pozycję. Jest na tyle zdeterminowany, że postanawia nie tylko zabić nowego Lotermistrza, ale jeszcze zrobić to w sposób nieuczciwy, wbrew i tak już kuriozalnym zasadom.

No właśnie. Co w przypadku, gdy staniemy na szczycie i czujemy, że osiągnęliśmy to swoimi zdolnościami i pracą? Gdy czujemy, że w każdej chwili możemy z tego wierzchołka spaść? Wielu już nie wytrzymało tego napięcia, stresu. Dotyczy to na przykład ludzi z branży muzycznej. Idole nieraz staczali się po zdobyciu sławy. Ale nie odnosi się to jednak do wszystkich i chciałbym zobrazować ten fakt trzema przykładami. Pierwszy – David Bowie. Po sukcesach w latach 70. popadł w narkomanię. Ale nie poddał się, udał się do Berlina i po nagraniu tam „trylogii berlińskiej” wrócił wyleczony, mocniejszy i nastawiony bardziej na tworzenie dzieł artystycznych niż utrzymywanie się na szczycie. Gdy na początku XXI wieku po raz kolejny zdobył pozycję lidera, nie miał oporów, by całkowicie wycofać się z życia publicznego na dziesięć lat. Nazwał to „ucieczką w stylu Houdiniego”. Wrócił potem, nagrywając jeszcze dwa znakomite albumy. Nie musiał nawet ich promować.

Dwa przykłady z polskiego podwórka – Dawid Podsiadło i Taco Hemingway. Ten pierwszy, czasem nazywany „królem polskiego showbiznesu” po licznych sukcesach w 2016 roku ogłosił zawieszenie kariery. Odciął się od życia w blasku fleszy, a czas poświęcił na podróże, przemyślenia, naukę. Wrócił w 2018 roku z albumem Małomiasteczkowy, który oceniam jako bardzo dobrą płytę z mądrymi tekstami, w których Dawid porusza ważne kwestie. Znów jest na szczycie i może powiedzieć, że wykonał sporo pracy. Wrócił również z większą siłą charakteru. Jak sam mówi, już nie czuje oporów, by odpowiadać proszącym o zdjęcie fanom: „Czy nie byłoby to problemem, gdybyśmy tego nie robili?”. To owoc jednego z jego przemyśleń – nie musi ciągle odwdzięczać się światu za skupioną na nim uwagę. W piosence, Trofea śpiewa: „skrzynka pełna, nie wysyłaj nic / powoli tracę głos / jeszcze kilka przyjemnych płyt / wyjadę w końcu stąd”. Czy to zapowiedź? Subtelny przekaz, że wyda jeszcze kilka genialnych albumów, a potem wyjedzie, wycofa się, by się nie stoczyć? „Anonimu smak poczuję gdy / Za granicę zrobię drobny skok / Jakoś dziwnie tęskno wtedy mi / Kiedy przezroczysty stawiam krok / W kraju nad Wisłą / Każdy mówi mi na »ty« / A moje nazwisko / To czytany głośno szyld” – snuje dalej refleksję. Zdaje się, że nie ma szczegółowego planu. Podsiadło w nowym albumie pokazuje ciekawą mozaikę różnych odczuć w kwestii samotności, związków, wielkiego miasta i sławy. W książeczce z tekstami, pod dedykacją, pisze między innymi takie zdania: „[…] mam dopiero 25 lat. Nie wiem, w którą stronę popchnie mnie życie, ale na ten moment wyrażam ogromną wdzięczność za to, co dostałem. Jestem artystycznie spełniony. Daję Wam płytę, z której jestem bardzo dumny, licząc, że i Wam się spodoba. […] Do następnego! Podsiad”. Większość z nas z pewnością postawiłaby następującą diagnozę: mimo talentu, sławy, pierwszych miejsc na listach pozostał normalny, taki „nasz” Dawid o swojsko brzmiącym nazwisku. I nie ma znaczenia, czy zobaczy się go na ulicy, na koncercie czy w reklamie banku Crédit Agricole.

Tymczasem Taco w piosence Café Belga wyraża się bardzo ostro: „Przerzucam sobie cash na Paypal / i uciekam, bo mnie ciągle goni świat. / Wypili moją krew na hejnał (nie pierwszy raz) / Poleciałem pisać wersy w Café Belga. / ‘18 mnie wykończy, chyba w ‘19 przerwa, zanim…”. Dla rapera ucieczka do Belgii była ostatnim aktem rozważań na temat sławy i poczucia osaczenia wywołanego przez licznych fanów. Na przykład w Kołach Taco przedstawia ideę „kluczenia w stylu Kendricka” (amerykańskiego rapera, który poruszał też temat bycia kuszonym przez diabła pieniędzmi), czyli gromadzenia pieniędzy przy jednoczesnym zachowaniu szacunku do siebie i wysokiego poziomu artystycznego. „Póki co mi parę marek daje dziwne prezenty / Chyba chcą, bym otagował im te Insty i Fejsy / Parę ładnych piosenkarek chce, bym pisał im teksty / Wolę jednak lecieć sam, kłaść na bitach te wersy” – wyznaje. O ile wówczas Hemingway był po prostu dość znanym raperem, to po współpracy z Quebonafide w 2018 roku stał się powszechnie rozpoznawalną postacią. Życie stało się dla niego szczególnie uciążliwe ze względu na wścibskich, wszędobylskich fanów. Chciał nagrać nową płytę w spokoju i w samotności, udał się więc do Brukseli. Tam powstał album Café Belga. Teraz pracuje nad kolejną płytą, nagrał też utwór Napad na Bankiet z Sokołem i PRO8L3M.

Co łączy te zupełnie różne historie ze świata showbiznesu? Wszyscy trzej ich bohaterowie właściwie podeszli do swojego sukcesu. Nie dali się zniszczyć. Nie pozwolili się zmarnować. Wycofali się w najlepszym momencie. Poświęcili sobie samym sporo czasu, przemyśleli pewne sprawy.

Wielkim zagrożeniem bywa popadnięcie w pychę. Jeżeli pomyślimy o tym z duchowego punktu widzenia, nasuwa się nam jednoznaczne skojarzenie: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!” (Mk 9, 35). A zatem, gdy sami znajdziemy się na szczycie, potrzebujemy świadomości, że następny krok może być tym, który prowadzi w przepaść. Powinniśmy się wycofać na pewien czas, by przeznaczyć go na przemyślenia, obserwację samego siebie i refleksję, w jaki sposób można swój talent – coś, co już się udało – wykorzystać ad maiorem Dei gloriam i w służbie ludziom.

Co więc z tym sukcesem? Czy powinniśmy śmiało mówić o nim bullshit? Sądzę, że nie jest on czymś negatywnym. Wydaje się raczej neutralny. Zależy, jak z niego skorzystamy – czy pogrążymy się w pysze, nałogach, autodestrukcji, czy przemienimy go w służbę innym.

Nie powinniśmy w żadnym wypadku oddawać się żądzy osiągnięcia sukcesu – w końcu jedyny, który naprawdę powinien nas interesować, to osiągnięcie nieba. Właśnie ono stanowi laur zwycięstwa, o którym święty Paweł pisał: „tak biegnijcie, byście go otrzymali” (1 Kor 9, 24b). I oczywiście istnieje druga strona medalu – odrzucenie chorej ambicji nie może oznaczać rezygnacji ze starania, by wszystkie nasze prace zostały wykonane jak najlepiej, a działania wypadły pomyślnie.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.