adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Po Namyśle: „Pozwólcie dorosłym przychodzić do mnie”

magazine cover

unsplash.com

Masz więcej niż szesnaście lat i nadal służysz przy ołtarzu. „Nie złożyłeś jeszcze papierów do najbliższego seminarium? Nie jesteś jeszcze księdzem? Ale chociaż myślałeś o seminarium, prawda? Co? Masz dziewczynę? E, na pewno jeszcze ci się zmieni…”.

Seminaria duchowne powoli zaczynają świecić pustkami. Niektóre już świecą. W parafiach brakuje księży. Gdzieniegdzie ostały się jeszcze wspólnoty ministranckie, choć o wiele mniej liczne niż kilkanaście lat temu. Nadal uważa się je często za „kuźnie powołań”. Tylko niestety często wykuwanie takiego powołania przypomina raczej machanie młotem na oślep przez wysyłanie każdego nastolatka do seminarium niż konkretną pracę.

Wmawianie powołania

Wielu ministrantów, choćby przelotnie, miało kiedyś poważne myśli o kapłaństwie. Zwłaszcza jeśli ich formacja była dobrze prowadzona i wiedzą, komu służą i po co. W pewnym wieku jednak – kiedyś była to końcówka gimnazjum, teraz końcówka podstawówki – ich przemyślenia bywają zakłócane. Ludzie zaczynają nagabywać ich, żeby poszli „na księdza”. Jak wynika z obserwacji, najczęściej są to starsze panie oraz księża.

Wszak dorośli, którzy służą przy ołtarzu, to niestety rzadkość. Gdzieniegdzie jeszcze studenci „obstawiają” msze dla studentów. Można też zostać szafarzem nadzwyczajnym, ale ich mało kto uznaje za ministrantów, większość błędnie robi z nich jakąś kategorię nadministrantów-półksięży. Poza tymi przypadkami służba przy ołtarzu przez nie-księży nieszczególnie kojarzy się z dorosłością.

Osobom, które nakłaniają, zazwyczaj faktycznie zależy, żeby ministrant został kapłanem. I trudno im się dziwić. Dałoby się to nawet zrozumieć, gdyby takie osoby wzięły chłopaka na poważną rozmowę i rzeczywiście pomogły w przełamaniu się albo rozwiały wątpliwości. Ale najczęściej diagnoza stawiana jest tonem wyroczni na podstawie faktu, że widać go przy ołtarzu częściej niż raz w tygodniu i ładnie czyta i/lub śpiewa. Tupet niektórych nie zna granic i potrafią czynić podobne uwagi w obecności dziewczyny ministranta czy nawet narzeczonej! Kilka razy można to obśmiać, ale notoryczne aluzje tego typu leżą daleko poza granicą dobrego smaku.

Wmówione powołanie

Najgorzej, jeśli taki młody chłopak faktycznie da sobie wmówić powołanie do kapłaństwa. W pewnym momencie, na przykład w połowie gimnazjum (tak, wiem, już nie istnieją, chodzi o wiek), zaczyna się prowadzenie życia bardzo uduchowionego. Kiełkuje przekonanie, że „ja na pewno zostanę księdzem”. Faktycznie delikwent zaczyna pojawiać się w kościele częściej niż raz w tygodniu, docelowo – codziennie, co oczywiście samo w sobie nie jest złe, ba, wręcz chwalebne.

Ale zaczyna się dziać coś o wiele gorszego. Porzucanie relacji. No bo przecież z nich trzeba będzie w dużej mierze zrezygnować podczas pobytu w seminarium. A już – broń Panie Boże – żeby nie wejść w relację z jakąś dziewczyną. No bo jeśli się zakocha, to nie zostanie księdzem. A jako że zakochanie w tym wieku to nic nadzwyczajnego, zaczyna się tłamszenie uczuć.

Do tego często dochodzi porzucenie dotychczasowego stylu, chodzenie w garniturach niezależnie od okazji i okoliczności przyrody. Oraz tak zwana „brewiarzowa morda” i wyniosłość. Dość charakterystyczna, wypływająca z przekonania o byciu lepszym z samego faktu święceń. Święceń, które – przypomnijmy – w tym przypadku nawet nie doszły do fazy wejścia na ścieżkę formalnych starań, czyli przyjęcia do seminarium. Szczytowym osiągnięciem staje się zostanie wziętym za księdza na przykład w sklepie.

Seminarium, seminarium i po seminarium

Wreszcie kończy się czas liceum, prosto po maturze do seminarium. A tam… zakończenie na etapie roku propedeutycznego (zerowego). Czy nawet gdzieś tam przed diakonatem. Dramat życiowy, bo przecież nie ma żadnego planu B. Miało się być księdzem i już. A tu nie ma do kogo wracać, no bo przyjaźnie się za bardzo nie ostały, a i z dziewczynami się dziwnie rozmawia. Zresztą eks-klerycy to też temat rzeka.

Zobacz też:   Daj nam, Panie, święty spokój

Nawet jeśli jakimś cudem uda się przeczekać do prezbiteratu, to po święceniach wcale nie jest łatwiej. Bo nie zostaje się po nich nadczłowiekiem, panem i władcą litościwie udzielającym audiencji lub nie, choć wielu trwa w takim przekonaniu. Jest się sługą wszystkich, posyłanym w różne miejsca. A jak tu na przykład prowadzić grupy młodzieżowe, skoro swoje lata młodości spędziło się na separowaniu się oraz tłamszeniu emocji i relacji? Jak prowadzić poradnie życia rodzinnego?

Wmówienie powołania to jedna z najgorszych rzeczy, jakie można zrobić zaangażowanemu w służbę w Kościele chłopakowi. Ale drugą jest odprawienie go z kwitkiem w wieku dorosłym – choć chciałoby się, bo wie już o liturgii więcej od niejednego księdza.

Dorośli przy ołtarzu

Tymczasem służba przy ołtarzu należy przede wszystkim do osób dorosłych! Pośród szczególnych funkcji liturgicznych w pierwszej kolejności Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego wymienia akolitę i lektora, którzy mają swoje własne funkcje we mszy świętej (punkty 98-99 oraz 187-198). Czy muszą to być klerycy? Nie. Niestety w dzisiejszych realiach eklezjalnych to właśnie oni są lektorami i akolitami, z bardzo nielicznymi wyjątkami.

Po soborze watykańskim II, w 1972 roku św. Paweł VI, papież, wydał motu proprio Ministeria quaedam. Na jego mocy święcenia niższe (ostiariat, lektorat, egzorcystat i akolitat) zostały nazwane posługami oraz zredukowano ich liczbę do dwóch – lektoratu i akolitatu. Stwierdzono, że jak najbardziej mogą być udzielane świeckim, którzy nie przygotowują się do kapłaństwa.

Do czasu soboru trydenckiego młodzieńcy, którzy chcieli zostać kapłanami, kształcili się przy parafiach. Powszechniej też udzielano wspomnianych wcześniej święceń niższych. To oni zajmowali się służbą do mszy świętych czy dbaniem o zakrystię. Ale przyszedł sobór trydencki, postanowiono przyłożyć się do kształcenia kapłanów. Kleryków skoszarowano w seminariach, wobec czego parafie stanęły w obliczu braku posługujących. W ich zastępstwie zaczęto dopuszczać chłopców z laikatu i mniej więcej w ten sposób praktyka ta przetrwała do czasów dzisiejszych. Dzieci w zastępstwie kleryków. Dorosłych ludzi.

Prowizorki

Obecnie diecezje, które udzielają posług, można policzyć na palcach jednej ręki. W pozostałych twierdzi się, że nie ma takiej potrzeby. Jest to oczywiście wierutną bzdurą, biorąc pod uwagę zatrważającą nadprodukcję nadzwyczajnych szafarzy komunii świętej. Oraz „lektorów”, czyli ministrantów słowa Bożego, którzy bynajmniej nie są lektorami sensu stricto. Ale wiadomo, że prowizorki są najtrwalsze.

Nawet wśród wytycznych tych kilku pobożniejszych diecezji pojawiają się kwiatki w stylu „kandydat na akolitę musi przez co najmniej trzy lata być nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej”. Jest to wymóg zbliżony do: „kandydat na męża musi mieć co najmniej troje nieślubnych dzieci”, co jest absurdem.

Hierarchiczność Kościoła

Wygląda zatem na to, że w naszej polsko-katolickiej rzeczywistości przyjdzie nam jeszcze poczekać na prawdziwie hierarchiczny porządek w Kościele, w którym najmniej jest biskupów, a później w kolejności coraz więcej prezbiterów, diakonów (żonatych również), a najwięcej akolitów i lektorów. W tym czasie traci się wiele powołań do służby w Kościele wśród dorosłych mężczyzn, którzy w pewnym wieku są zmuszeni do odejścia. Choć nadal mogliby posługiwać, bo do tego nie są wcale potrzebne święcenia czy rezygnacja z założenia rodziny.

Szkoda, że po niemal półwieczu od wspomnianego motu proprio świętego Pawła VI poważne podjęcie posługi przy ołtarzu w wieku dorosłym jest zarezerwowane jedynie dla kandydatów do kapłaństwa.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

4 komentarze

  • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
  • Avatar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.