adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

O Bogu i cierpieniu

magazine cover

unsplash.com

Dla wielu zetknięcie się z cierpieniem w świecie jest dostatecznym dowodem na to, że chrześcijański Bóg nie istnieje. Jak bowiem mógłby istnieć dobry, sprawiedliwy i wszechmocny Stwórca, który jednocześnie pozwala na zło, jakim jest cierpienie? A może po prostu Bóg jest zły i nieczuły? Może Bóg ma tylko jakieś swoje partykularne interesy, a świat jest zaledwie boskim narzędziem zadowalania Stwórcy?

Zło przybiera różne formy. M. A. Krąpiec, odwołując się do koncepcji R. Verneaux, zwraca uwagę, że istnieją następujące manifestacje zła: 1) zło kosmiczne, będące nieustannym procesem przemijania i rozkładu form rzeczy; 2) zło w postaci śmierci, które jest skutkiem postępującego rozkładu form, uszczerbku na zdrowiu (na przykład człowieka) i w efekcie śmierci jego organizmu; 3) zło w postaci bólu, który jest zmysłową odpowiedzią organizmów żywych na zadany im uszczerbek w integralności organizmu; 4) zło w postaci smutku, które Krąpiec określa jako bardziej dotkliwe niż wyżej wymienione przykłady zła. Jego wniosek wypływa z tego, że na ogół smutek bądź cierpienie wewnętrzne są przejawem jakiejś rozpaczy, a więc rozumnego, świadomego przeżywania doznawanej tragedii; 5) zło estetyczne; 6) zło logiczne; 7) zło moralne, będące świadomym wyborem rozumnego i wolnego podmiotu, który poczytuje zło jako należne mu dobro (Krąpiec M. A., Dlaczego Zło, 2005).

W niniejszych rozważaniach odniosę się przede wszystkim do pięciu rodzajów zła wymienionych przez Verneaux. Aby przybliżyć problem cierpienia we wszechświecie, trzeba podjąć temat podstawowej jego natury – przemijalności. To ona bowiem przyczynia się do rozpadu form, a w konsekwencji bólu, śmierci i smutku. Należy też nawiązać do zła moralnego jako szczególnego przypadku zła wynikającego z dobrowolnego wyboru.

Czym jest zło w ogólności?

Wiele dyskusji o cierpieniu kończy się nieporozumieniami z racji błędnej definicji zła. Zazwyczaj gdy rozważamy, czym ono jest, na myśl przychodzi nam jakiś konkret, na przykład czyjeś działanie albo przedmiot bądź okoliczność, z którymi kojarzymy zło. Następuje tu tak zwana reizacja zła, czyli jego uprzedmiotowienie, nadanie mu realności bytowej na swój sposób równoważnej jakiemuś dobru. W pewnym stopniu przywodzi to na myśl koncepcje religii wschodu, w których zło i dobro niejako przeplatają się nawzajem w odwiecznym cyklu wcielania, narodzin, śmierci i ponownego wcielenia.

Bardzo łatwo od tego przejść do oskarżeń wobec Boga. Jeśli bowiem zło ma taką samą naturę jak dobro, a różni się jakością, to wówczas Bóg jest odpowiedzialny za wszelkie zło świata. Wynika ono z konsekwencji aktu stworzenia – skoro Bóg jest stwórcą, który wiedział, co tworzy, to w takim układzie dobrowolnie zaprogramował świat pełen śmierci, zniszczenia i grzechu. Prowadzi to nieuchronnie do przekonania, że główny wysiłek człowieka powinien skupić się na wyrugowaniu z życia tak chorej koncepcji Boga i skupieniu się na minimalizacji cierpienia wszystkich istot żywych.

Ale czy na pewno taka jest rzeczywiście natura zła? Zło kosmiczne, o którym pisze Krąpiec, polega na funkcji przemijalności wszechświata i w konsekwencji następujących przykrych dla istot żyjących wydarzeń. Jaka jest istota tej przemijalności? Pierwsze, co dostrzegamy, to przemijalność form. Rzeczy niszczeją i zmieniają się w coś innego. Najczęściej materia, która je tworzy, wraca do jakiejś pierwotnej postaci, po czym wchodzi w skład czegoś innego o skonsolidowanej formie. A więc przemijalność to utrata formy. Ale rzeczy mogą też tracić jakość. Gdy długo używany telewizor zaczyna smużyć, to wiemy, że jakieś jego funkcje zanikają. Dochodzi do przemijania jakości tej rzeczy. Wyodrębniliśmy więc zło jako brak – może to być brak o charakterze doskonałościowym, gdy ktoś nie ma nogi po wypadku, bądź jakościowym, gdy ktoś cechuje się brakiem cnoty (na przykład odwagi, jest tchórzliwy).

A co gdy zło pochodzi od człowieka?

W przypadku zła moralnego wynikłego z działania człowieka pojawia się jeszcze jedna wątpliwość dotycząca przytoczonej interpretacji. Otóż czy ludzie tak naprawdę pragną zła? Zwyczajowo nie. Są jednostki, które w osobliwy dla siebie sposób wybierają okropności dla samego faktu ich czynienia. Jednak nawet wówczas uczynki te, choć potworne, wprowadzają w ich serca choćby cień dobra. W końcu to jest to, czego pragnęli. Jawiło im się to jako coś „dobrego”, chociaż w rzeczywistości było skrzywieniem sposobu wartościowania dóbr. Człowiek ze swojej natury potrzebuje jakiegoś dobra danego w postaci konkretu. Dziecko pragnie cukierka, nastolatek nowego komputera, a dorosły na przykład pieniędzy na lepsze życie. Warto zauważyć, jak złożone są te pragnienia. Czy dziecko chce cukierka dla samego tylko cukierka? W rzeczywistości nie, ponieważ ono pragnie go dla przyjemności i radości z jego zjedzenia. Gdy nastolatek chce nowego komputera, to nie tylko po to, by ten przedmiot stał w jego pokoju. Komputer będzie mu potrzebny do nauki, ale też do zabawy i komunikacji z innymi. Można by tak tę sieć dóbr i pragnień rozwijać, rozeznając, dlaczego ktoś czegoś naprawdę chce.

Istotą tego rozważania jest jednak zauważenie, że ludzie, pragnąc dóbr dla siebie, są zdolni czynić zło. Tak jak mąż zdradzający żonę. Pragnąc dobra cielesnego, osiąga jakąś przyjemność i satysfakcję. Czyn ten jednak doprowadza do potrójnego zła: po pierwsze mężczyzna zasiewa w swym sercu nawykową zgodę na zdradę (brak cnoty wstrzęmięźliwości), po drugie doprowadza swą żonę do wielkiego smutku, po trzecie okupuje swoją przyjemność rozkładem relacji małżeńskiej. W takim rozumieniu partykularne „dobro” pożądane przez mężczyznę jest jednocześnie okupione cierpieniem żony, pogorszeniem samokontroli męża oraz rozkładem relacji miłosnej z żoną.

Bóg – stwórca zły czy dobry?

Wdajmy się teraz w małą polemikę z o. Krąpcem na temat jego interpretacji zła kosmicznego. W książce Dlaczego zło? filozof stawia tezę, że sama już tylko utrata formy jednego na rzecz innego jest na swój sposób zła. Szczególnie gdy – jak stwierdza Krąpiec – jeden byt jest wyższego rzędu niż inny. Autor zauważa, że byłoby to zło najmniejszego szczebla, niemniej byłoby ono jakimś złem (Krąpiec M. A., Dlaczego zło?, 2005).

Jednak czy świat rzeczywiście tak działa? Czy wszechświat ma w sobie zawarty jakiś rodzaj wartościowania tego, co jest w nim lepsze, a co gorsze? Bo i w czym gwiazdy ciągu głównego (na przykład Słońce) miałyby być gorsze lub lepsze od niebieskich nadolbrzymów? Lepsze w tym, że stwarzają jakieś prawdopodobieństwo powstania dogodnych warunków dla życia? A może gorsze, bo ich śmierć nie wyrzuca tak dużej ilości materiału potrzebnego do budowy kolejnych gwiazd? Te pytania nie mają sensu w obliczu odkryć astronomicznych. Żaden typ gwiazdy nie jest formalnie lepszy lub gorszy. Ich istnienie we wszechświecie jest komplementarne względem reszty wszechświata. Samo prawo rozpadu, tendencja do entropii w świecie jest komplementarna z całością układu. Gdyby nie ekspansja, rozpad i składanie form, powstawanie nowych bytów dzięki gwałtownemu rozpadowi starych (na przykład supernowa), nie moglibyśmy istnieć.

W takim sensie – odwołując się do interpretacji teologicznej – jest to boski sposób na nieustanne stwarzanie świata i nas w tym świecie. Ale może Bóg stwarza nas przy akompaniamencie zła? W końcu rodzimy się w bólu, chorujemy, głodujemy, pragniemy, ale nigdy nie będziemy nasyceni. Wreszcie umieramy, dla wielu osób jest to śmierć w męczarniach. Możemy zginąć w katastrofie naturalnej, czy też możemy zostać zabici przez nieznaną chorobę. Istnieją zatem takie czynniki w świecie, które powodują nasz rozkład, a więc w efekcie zło cierpienia i śmierci. Do tego problemu należy podejść z innej strony. Patrząc bowiem powierzchownie, bardzo szybko dojdziemy do powyższych wniosków – Bóg jako nieczuły, metakosmiczny byt tworzy wszechświat, w którym piękno i majestat stworzenia osiągane są metodą „po trupach do celu”.

Zobacz też:   Dziewica Matką. Matka Dziewicą.

Uważam, że nie da się pominąć problemu „zła kosmicznego” w świecie. Prawo rozkładu jest integralną częścią czasoprzestrzeni, bez której nie bylibyśmy w stanie być tym, kim jesteśmy teraz. Cała komplementarność praw, złożeń i ułożeń bytów w świecie jest niemożliwa do obejścia. Nie dlatego, że Bóg nie może tego zrobić. Stwórcy nic nie ogranicza, toteż jest możliwy lepszy świat (obiecany nam przecież przez Boga!). Nie jest też tak, jak mówił Leibniz w swojej teodycei, że żyjemy w najlepszym świecie. Wykluczałoby to bowiem wszechmoc Boga.

Odpowiedź na ludzką tragedię

Rzeczywistość jest piękna, ale trudna. Jest trudna nie tylko dlatego, że my od niej czegoś wymagamy. Można przestać wymagać czegokolwiek i po prostu egzystować. Marny to żywot, nie zaprzeczam, ale w jakimś stopniu da się tak żyć. Rzecz w tym, że to sama rzeczywistość wymaga od nas akceptacji jej samej, szczególnie jeśli chcemy funkcjonować z rozbudowaną sferą intelektualną. Jesteśmy jej częścią i czy tego chcemy czy nie, wszechświat wiąże nas swoimi prawami, zagwozdkami i konsekwencjami swej natury.

Z jego natury wynika mnóstwo niesamowitych rzeczy. Nawet coś tak nieprzyjemnego jak ból jest w rzeczywistości wspaniałym „wynalazkiem” ewolucyjnym. Bez bólu nie moglibyśmy nie tylko przetrwać, ale i normalnie żyć. Gdyby ból nie był tym, czym jest – bólem, czymś przytłaczającym i negatywnym – nie robilibyśmy wszystkiego, by się przed nim bronić. A co z bólem porodowym? Nie da się go obejść u źródła, można go jedynie zniwelować środkami znieczulającymi albo zabiegiem chirurgicznym (tak zwanym cesarskim cięciem). Z racji tego natomiast, że poznajemy dogłębnie zło cierpienia, jesteśmy wręcz zobligowani do niwelowania go tam, gdzie jest to możliwe.

Nie bez przyczyny przytoczyłem też zło pochodzące z ludzkiej woli. Pojawia się bowiem pytanie o to, co zrobić z cierpieniem zadanym przez drugiego człowieka? Bo o ile zimny i na swój sposób nieczuły wszechświat jesteśmy w stanie zaakceptować, o tyle skutki działania grzechu jednego człowieka wobec innych już nie.

W tej kwestii kontrargumentacja odwołuje się do rozróżnienia, jakie należy poczynić między wszechmocą i dobrocią Boga a Jego szacunkiem dla wolnej woli człowieka. Oczywiście można domagać się od Boga pogromienia złych ludzi. Znajdujemy tego przejaw w licznych psalmach skierowanych przeciwko wrogom. Jednak sprzeciw wobec zła nie może iść w parze z wprowadzaniem innego zła – braku wolnej woli. W takim sensie więc argument ten nie może być użyty przeciwko istnieniu bądź dobroci Boga. Przytacza się bowiem argumenty przemawiające za tym, że Bóg raczej z konieczności i dla wyższego dobra dopuszcza coś, co potępia.

Odpowiedź Boga

Szerszy kontekst całego problemu naświetla też działanie Boga, który nie jest obojętny na krzywdę człowieka. Nie są to tylko tajemnicze uzdrowienia, liczne cuda i pocieszenia, jakie Bóg zsyła ludziom. Największym dowodem na dobroć Boga względem nas jest osoba Jezusa Chrystusa.

Bóg w swoim zamyśle przyszedł na nasz świat, by nie tylko dać nam pocieszenie, ale też odkupienie. Co tak właściwie to oznacza? Zauważmy, że Chrystus nie jest wolny od tragedii egzystencji ludzkiej. Jest bezgrzeszny. Grzech to jedyny dramat ludzki, jaki Go nie dotyka. Najważniejsze jest jednak to, że pozostawił po sobie namacalne znaki w postaci sakramentów oraz ofiarował za nas siebie w śmierci krzyżowej. Dosłownie mówiąc: Bóg umarł za ludzi, doświadczając niewyobrażalnie bolesnych tortur, by otworzyć im drogę do zbawienia. Mało tego, obietnica Zbawiciela pojawiła się w zasadzie od razu po tym, jak pierwsi ludzie zgrzeszyli. Odpowiedzią Boga na zastaną sytuację jest więc obietnica zbawienia, czyli swoistego zakończenia tragedii egzystencji ludzkiej.

Jaki jest Bóg?

W świetle niniejszych rozważań klaruje się obraz Boga jako Stwórcy, istoty dobrej, która opiekuje się ludźmi pomimo ich porażek moralnych i trudów wynikających z natury świata. Jednocześnie w tle gdzieś tam wciąż tkwi skaza zła kosmicznego, która naturalnie każe wątpić w dobroć Boga.

Święty Augustyn zwrócił uwagę, na to że nie ma takiego zła, które Bóg w swojej dobroci dopuszcza, a z którego nie wyniknęłoby dobro. Ostatecznie tak jest, bo przecież pomimo cierpienia związanego z rozpadem form, dzięki takiej mechanice świata rodzi się nowe życie, a my sami możemy zmieniać się na lepsze. Stoimy w obliczu nieuchronnego dramatu egzystencjalnego, zdolni do podjęcia opieki nad cierpiącymi. Akty miłosierdzia wobec innych zmieniają nas na lepsze, kształtują dobre nawyki.

Zawsze istnieje wątpliwość, czy Bóg nie mógł ukształtować świata inaczej. Sam Bóg odpowiada nam na to pytanie w Księdze Hioba. Stwierdza bowiem: „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeżeli znasz mądrość” (Hi 38, 4). To są niezaprzeczalnie surowe słowa Stwórcy – „Nie byłeś tam, gdzie Ja byłem, nie widziałeś tego, co Ja i nie robiłeś tego, co ja”.

Tak postawiony problem nasuwają również rozważania świętego Tomasza z Akwinu i tak zwana teologia negatywna. Polegała ona na specyficznym sposobie wyjaśniania Boga poprzez stwierdzanie jaki Bóg nie jest, zamiast orzekania, jaki jest. Ks. prof. Piotr Moskal w jednym z artykułów zwraca uwagę, że nie mamy podstaw do tego, by z negatywnego poznania Boga (eliminacji tego, czym Bóg nie jest) orzekać, co On powinien zrobić. Tym samym z zestawienia zdań „Bóg istnieje” i „zło istnieje” nie możemy automatycznie wysnuć jakichś sensownych wniosków, które pozwolą wykluczyć istnienie Boga. Nie wynika też z tego fakt, że nie będzie istniało zło albo, że Bóg powinien w jakiś sposób każdego uzdrowić (Moskal P. Bóg a problem zła, [w:] Zadania współczesnej metafizyki. Spór o dobro, 2012).

Pismo Święte także porusza problem współistnienia dobrego Boga i cierpienia na świecie (teodycei – od gr. theos, czyli Bóg i dike, czyli sprawiedliwość/prawo). Kwestię tę porusza zwłaszcza Księga Hioba. Nie dla każdego te argumenty będą przekonujące. Dla mnie na swój sposób nie są, dlatego cieszy mnie, że jako człowiek żyję w czasie. Jak długo bowiem będę żył, mam szansę rozważać tę kwestię, zgłębiać ją i w efekcie w końcu będę mógł odpowiedzieć sobie na nurtujące mnie pytania. Ostatecznie nie jest niczym nagannym żyć wiarą i wierzyć pomimo wątpliwości. Dla nas oznacza to upokorzenie dla rozumu, by nie popaść w błąd, że własnymi siłami możemy dotrzeć do Boga. On się nam wymyka sprzed rąk. Czasami wydaje się, że już prawie Go mamy, że teraz odkryjemy coś przełomowego.

Tymczasem rozbijamy się o najprostszą kwestię: obserwujemy świat niczym w krzywym zwierciadle. Pewne elementy pasują do siebie, inne nie. Wszystko, choć tworzy komplementarną całość, sprawia wrażenie sprzecznej, niemożliwej do istnienia. Mamy więc do wyboru następujące warianty: 1) zaufać Bogu, który przedstawia się jako dobry i posyła swego Syna, Jezusa Chrystusa, by współdzielił z nami tragedię człowieczeństwa. Mieć nadzieję i ufać Mu pomimo tego, że są na świecie takie rzeczy, które mówią, by w Niego zwątpić; 2) odrzucić Boga i uznać Go za złego bądź po prostu stwierdzić, że nie ma Go wcale.

Jeśli ktoś z przyczyn osobistych wybrał drugą opcję, pragnę jako wierzący w tę pierwszą, by taka osoba nie ustawała w poszukiwaniach. Amen.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.