adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Ministranci, ministrantki – a gdzie w tym wszystkim dzieci?

magazine cover

unsplash.cpm

Co jakiś czas w środowiskach kościelnych, ale także tych luźno związanych z Kościołem, powraca dyskusja o dopuszczeniu dziewczynek do liturgicznej służby ołtarza. Padają różne argumenty za i przeciw. Czy jednak w całej tej przepychance nie zapomniano o dzieciach?

Dla porządku przypomnijmy, że karierę ministranta najczęściej rozpoczynają chłopcy po Pierwszej Komunii Świętej, czyli obecnie od około trzeciej klasy szkoły podstawowej. W całej dyskusji na temat tego, dlaczego tylko chłopcy, a nie także dziewczynki, mam wrażenie, że traktujemy dzieci jako jedną masę. A przecież one różnią się między sobą. W najprostszy sposób obrazuje to anegdota przytoczona przez Beatę Ecler-Nocoń, którą usłyszała od Christiny Hoff Sommers na Trzecim Międzynarodowym Kongresie Edukacji Zróżnicowanej w 2011 roku. Otóż „w szkole jej syna klasa wybrała się na wycieczkę pod namioty na tereny pustynne. Nauczycielka języka ojczystego zaproponowała klasie ćwiczenie z zakresu kreatywnego pisania. Uczniowie mieli o zmierzchu wybrać miejsce ustronne, wejrzeć w siebie, a swoje refleksje zapisać w zeszytach. Dziewczęta zrobiły dokładnie to, o co prosiła je nauczycielka, zaś chłopcy z zeszytów zrobili stos i podpalili go” (Ecler-Nocoń B., Dziewczęta i chłopcy, razem czy osobno?: dwie perspektywy postrzegania edukacji [w:] „Studia z Teorii Wychowania” 2015, t. 6, nr 1, s. 161). Można by rzec, że to, iż się różnimy jako dziewczynki i chłopcy (a później kobiety i mężczyźni), jest oczywiste. Ale co to ma do posługi przy ołtarzu?

Ministrantki byłyby lepsze

„Dziewczynki byłyby lepsze” – takie zdanie padło kiedyś w dyskusji o ministrantkach na jednym ze spotkań zorganizowanych przez środowisko dominikańskie. Wbrew pozorom był to argument użyty przeciw zbyt lekkomyślnemu zapraszaniu dziewczynek w szeregi ministranckie. Dlaczego dziewczynki miałyby się lepiej sprawdzać? Tu należałoby przyjrzeć się bliżej rozwojowi dziecka w tzw. środkowym wieku szkolnym, czyli od 8–9 lat do 11–12, co odpowiada mniej więcej okresowi od czwartej do szóstej klasy szkoły podstawowej. Pierwszy raz w tym okresie zaczynają się zaznaczać różnice w rozwoju fizycznym między chłopcami a dziewczynkami, a także coraz bardziej widoczne stają się różnice indywidualne. 

Ważniejsze jednak są te przejawiające się w sposobie zachowania. U chłopców częściej można zaobserwować współzawodnictwo (w zachowaniu i języku), łatwiej wdają się w bójki. W sytuacji konfliktu, w przeciwieństwie do dziewczyn, które bywają bardziej skłonne do rozwiązywania sporów poprzez delikatną perswazję, racjonalną argumentację czy kompromis, chłopcy częściej używają gróźb i siły fizycznej. U dziewczynek natomiast agresja fizyczna ustępuje agresji społecznej, czyli naruszającej poczucie wartości drugiej osoby lub powodującej wykluczenie z grupy. Między innymi zarówno przez te, jak i inne niewspomniane tu cechy, to dziewczynki są częściej odbierane jako skłonne do współpracy, pomocy i odczuwania empatii (Rękosiewicz M., Jankowski P., Rozwój dziecka. Środkowy wiek szkolny, 2014, s. 13, 18). Dziewczynki, co też pokazują doświadczenia szkolne, często są spokojniejsze, bardziej chętne do nauki i, co potwierdza przykład z początku tekstu, częściej wykonują polecenia. Czy skoro z dziewczynkami łatwiej się współpracuje i bywają one mniej konfliktowe, to czy nie sprawdzałyby się również lepiej przy ołtarzu? Czy księdzu nie byłoby wygodniej nauczyć dziewczynki podawania ampułek niż „użerać się” z „rozbrykanymi” chłopcami?

Heterofilia – czyli co właściwie?

No to co, że byłyby lepsze – można powiedzieć. W końcu przecież chłopcy też dojrzewają i na etapie podejmowania posługi lektorskiej „szanse” by się wyrównały. I w tym momencie całe na biało wchodzi zjawisko wspomnianej w tytule tego akapitu heterofilii, a właściwie w przypadku dzieci homofilii. Najprościej rzecz ujmując, jest to skłonność dzieci do bawienia się i zawierania przyjaźni tylko z osobami tej samej płci. Jak pokazują badania, bardziej homofilni są chłopcy. Zjawisko to ma już miejsce w przedszkolu, a nasila się w szkole podstawowej do tego stopnia, że wśród piątoklasistów 51,4% uczniów i uczennic nie wskazuje wśród osób przez siebie lubianych przedstawicieli płci przeciwnej; dla szóstoklasistów z kolei wskaźnik ten wynosi 45,1% (Grygiel P. i in., Dynamika heterofilii płciowej a zmiany poczucia integracji rówieśniczej w okresie wczesnej adolescencji [w:] Wspomaganie rozwoju kompetencji diagnostycznych nauczycieli, red. B. Niemierka, M. Szmigel, 2018, s. 212). Co w związku z tym? Całkiem prawdopodobne jest, że po tym, jak dziewczynki okazałyby się lepsze w „ministrantowaniu”, najzwyczajniej w świecie „wygryzłyby” z tego biznesu” chłopców. Oni, nie chcąc rywalizować z dziewczynami i preferując własne towarzystwo, mogliby się szybko wykruszać z szeregów ministrantów.

Zobacz też:   Czy tak wyglądał Bóg?

Księże, bądź autorytetem!

Irena Koźmińska (szefowa Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”), powołując się na książkę Steve Biddulph Wychowywanie chłopców, tłumaczy, że rozwój chłopców podzielony jest na trzy fazy. Do szóstego roku życia trwa „faza matki”, kiedy to właśnie mama jest dla dziecka najważniejsza. Później następuje „faza ojca” (do około czternastego roku życia), kiedy to chłopiec pozostaje pod wrażeniem siły i męskości taty. Po czternastych urodzinach ojcowie tracą w oczach chłopców. W tym momencie, kiedy ojciec przestaje imponować dziecku, niezwykle ważne jest znalezienie dojrzałego mentora spoza rodziny, który mądrze poprowadzi chłopca w dalszym rozwoju. Zadaniem mentora jest wprowadzenie chłopca w świat większych idei i wartości (Chłopcy są jacyś inni [w:] calapolskaczytadzieciom.pl). Dlatego tak istotne jest, żeby ksiądz prowadzący ministrantów odpowiednio wcześnie zaczął budować swoją pozycję wśród podopiecznych, by w momencie kryzysu autorytetu ojcowskiego młody chłopiec miał się do kogo zwrócić.

To co z tymi dziewczynami?

Z pewnością nie chodzi mi o to, by dowieść, że dziewczynki ministrantki to największe zło tego świata, absolutnie w Kościele niedopuszczalne. W niektórych parafiach, szczególnie na zachodzie (a pewnie i za niedługo u nas), ministrantki to jedyna opcja, by w ogóle ktokolwiek przy ołtarzu się pojawił. Jednak by odroczyć to zjawisko, należałoby zostawić chłopcom ich własną przestrzeń w Kościele. Nie oszukujmy się, wszystkie (albo prawie wszystkie) inne grupy duszpasterskie są zdominowane przez płeć piękną. Z drugiej strony mierzi mnie argument, że dla chłopców są ministranci, a dla dziewczyn scholistki. Nie wszystkie dziewczynki chcą śpiewać, lubią śpiewać i mają predyspozycje do śpiewania. Chłopcy w scholi nie budzą zresztą aż takich kontrowersji jak dziewczynki w LSO. Już nie wspominając, że nie w każdej parafii schola jest, a tam, gdzie taka grupa funkcjonuje, niejednokrotnie poziom (szczególnie pod kątem liturgiczności wykonywanych utworów) pozostawia wiele do życzenia. Czy nie można byłoby także uczyć dziewczynki liturgii, tych posług, które są dla nich dostępne? Czy nauka na przykład procesji z darami albo układania i czytania (a może i śpiewania!) modlitwy wiernych nie mogłaby być rozszerzona o katechezę liturgiczną? Może to swego rodzaju remedium na tak małą wiedzę wiernych o tym, co dzieje się podczas mszy świętej.

Zadbajmy o dzieci w Kościele

Zadbajmy o miejsce w Kościele dla chłopców, zadbajmy o miejsce dla dziewczynek. Weźmy pod uwagę różnice między nimi i dostosujmy działania do ich możliwości, a może Bóg da, że ten wysiłek zaowocuje w przyszłości.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.