adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Między konserwatyzmem a liberalizmem w Kościele

magazine cover

unsplash.com

Dualizm stanowisk w kwestiach filozoficznych i teologicznych w Kościele jest wyraźnie zauważalny. Zjawisko można dostrzec na wielu różnych płaszczyznach światopoglądowych. Budzi to w Kościele rozliczne spory, które – jak się wydaje – nie służą jego jedności. Tylko kto w owych sporach ma tak naprawdę rację? I czy aby nie przyczynia się to do oczyszczania Kościoła z nieścisłości i błędów?

W swoich artykułach wciąż przypominam, że w sprawach filozoficznych kluczowe jest zdefiniowanie pojęć i nakreślenie przestrzeni poglądowej, po której będziemy się poruszać. Nie inaczej będzie i tutaj.

W Kościele obserwujemy dwa ścierające się ze sobą stanowiska – konserwatywne i liberalne. Są to oczywiście nazwy uogólniające, bo w ramach konserwatyzmu można wyróżnić tradycjonalistów umiarkowanych (w duchu teologii papieża Benedykta XVI), tradycjonalistów radykalnych (jak np. lefebryści) oraz reakcjonistów, w kanon których wpisują się sedewakantyści. Podobnie w przypadku liberałów, wśród których nie brak zarówno otwartych na nowości i łagodne zmiany centrystów, stricte liberałów (np. o. Szustak), jak i tych, którzy – słowem, a także czynem – należą do potępionych niegdyś modernistów, nie kryjąc tego.

Nie sposób z pieczołowitą dokładnością wyjaśnić teoretyczne meandry każdego ze stanowisk, toteż pozwolę sobie na pewne uproszczenia. Warto zauważyć, że wśród wspomnianych przekonań maluje się linia oddzielająca tych, którzy chcieliby w Kościele coś zachować, od takich, którzy z radością witaliby zmiany. Toteż skupię się na tych dwóch tendencjach.

Spór o mszę świętą

Od soboru watykańskiego II nie cichną głosy niezadowolenia ze strony sympatyków mszy trydenckiej. Nie powinno to nikogo dziwić. Po pierwsze, wątpliwości wśród tradycjonalistów wzbudza wymiar zmian zaproponowanych przez sobór, zwłaszcza że miał on charakter zaledwie pastoralny. Sugeruje się, że transformacja podówczas obowiązującego rytu mszalnego do postaci Novus Ordo Missae była w rzeczywistości redukcją. I to nie tylko o charakterze estetycznym, ale także w wymiarze ekspresji wiary.

NOM zarzuca się przede wszystkim antropocentryzm. Dla wielu staje się jasne, że nowy ryt mszalny jest wyrazem krytykowanego przez papieża Piusa X modernizmu, którego jednym z elementów było właśnie stawianie w centrum człowieka kosztem Boga.

Poprzez zwrócenie kapłana w stronę wiernych, porzucenie obrządku w języku łacińskim, a także włączenie alternatywnych elementów muzycznych do liturgii Kościół chciał zachęcić wiernych do bardziej aktywnego uczestnictwa w rytuale. Stało się to jednak – według tradycjonalistów – za cenę zubożenia głębi metafizycznej mszy.

Zwolennicy zmian wskazują jednak, że były one potrzebne z powodu transformacji świata. Nie sposób nie dostrzec, że cywilizacja przyspieszyła w wielu różnych aspektach: od ekonomicznego po technologiczny. Poskutkowało to intensyfikacją życia zwykłych ludzi. Wszyscy mają mniej czasu i więcej obowiązków do wykonania. Skrócenie mszy świętej oraz dostosowanie jej językowo tak, by treść była dla wszystkich w pełni zrozumiała, zdawało się zupełnie racjonalnym wyborem.

Spór o filozofię

Kolejnym punktem zapalnym jest spór o niektóre kwestie filozoficzne. Warto zauważyć, że filozofia zawsze pełniła w Kościele bardzo ważną funkcję. Według św. Tomasza z Akwinu stanowiła ona źródło racjonalnego namysłu nad sprawami bożymi. Pozwalała na formułowanie hipotez i teorii, w ramach których możliwe było odpowiadanie na pytania o moralność, istnienie Boga, problem zła, prawo naturalne, a nawet metafizyczną naturę wcielenia Chrystusa.

Trzonem sporu zdaje się być dyskusja pomiędzy zwolennikami tomizmu a stronnikami różnych kierunków postmodernistycznych i inspirowanych naukami przyrodniczymi. Tomizm, przypisywany konserwatystom, był od XIX wieku przyjęty jako swego rodzaju oficjalna wykładnia filozoficzna Kościoła. Stało się tak za sprawą reakcji magisterium na rosnące nastroje pozytywistyczne, których owocami były m.in. scjentyzm (przekonanie, że tylko nauki przyrodnicze są źródłem wiedzy) oraz ateizm. W konsekwencji tomizm został przyjęty jako narzędzie wymierzone przeciwko filozofii idealistycznej (np. Kartezjusza) oraz rozmaitym filozofiom o tendencjach ateistycznych.

Tak przyjęty paradygmat stał się nieodzowną częścią uprawianej w Kościele filozofii. Miał on swoje jasne strony, jednak nie brak było i tych ciemnych. Rozliczne błędy i próby absolutyzacji tomizmu były krytykowane przez samych tomistów (np. E. Gilson w Realizmie tomistycznym).

Krytyka tomizmu i poszukiwanie alternatyw

Z biegiem lat, tj. już w drugiej połowie XX wieku, zaczęto dostrzegać, że dotychczas sprawnie działająca filozofia tomistyczna staje się nieadekwatnym narzędziem teoretycznym. Nie tylko wymagała ona nieustannej apologetyki w starciu z filozofią analityczną, filozofią języka oraz naukami przyrodniczymi. Przede wszystkim tomizm, jako system oparty o przestarzały obraz świata, nie był zdolny, według jego krytyków, do poprowadzenia adekwatnej teologii naturalnej.

I chociaż takie inicjatywy jak szkoła tomizmu w Louvan były próbami uzgodnienia tomizmu z naukami przyrodniczymi, to jednak zaginęły one w gąszczu o wiele bardziej popularnych koncepcji.

Kryzysowi tomizmu nie pomagał fakt, że na soborze watykańskim II duszpasterze wskazali na alternatywy dla dotychczas cenionego paradygmatu. Odwoływano się do fenomenologii, do supranaturalizmu. Starano się pokazać teologiczny wymiar kosmosu. Trudności teologicznych nastręczała również teoria ewolucji, która z końcem XX wieku stała się obowiązująca. Nie dało się już zanegować faktyczności ewolucji gatunków żywych. Można było tylko operować różnymi modelami ich ewoluowania. To zaś spowodowało problem umiejscowienia przestrzennego i czasowego wydarzeń z Księgi Rodzaju. Pod znakiem zapytania stanął dotychczasowy literalny model grzechu pierworodnego. W jego miejsce zaczęto poszukiwać alternatyw pozwalających na ujęcie niniejszej kwestii w zgodnych z nauką ramach czasowych i ewolucyjnych.

Zobacz też:   Nadzieję oddaję ludziom

Nieuchronnie musiało to doprowadzić do sporu, którego echa nie cichną nawet dzisiaj. Zwolennicy filozofii XXI wieku spierają się z konserwatywnymi tomistami o sposób przedstawiania Boga, rolę człowieka w świecie i jego naturę czy o filozoficzne niuanse związane z niektórymi dogmatami wiary katolickiej.

Spory etyczne

W Kościele nie brak też sporów etycznych, które – podobnie jak spory liturgiczne i filozoficzne – rozbijają się o paradygmaty konserwatywny i liberalny. Jedną z kwestii najbardziej zaogniających konflikt jest stosunek Kościoła do osób LGBT.

Wielu twierdzi, że należy zwiększyć rolę mniejszości seksualnych w życiu Kościoła. Niektórzy kapłani w Niemczech błogosławią parom homoseksualnym. Dostrzega się potrzebę bardziej czynnego włączenia tych ludzi do Kościoła i zainteresowania się ich problemami.

Spotyka się to z bardzo ostrą reakcją środowisk tradycyjnych, które wprost oskarżają adwokatów takich przekonań o herezję. Posiłkują się przy tym argumentami biblijnymi oraz filozoficzno-moralnymi. Podkreślają, że stanowisko Pisma Świętego oraz Katechizmu Kościoła katolickiego jest wyraźne i potępia praktyki homoseksualne. Jednocześnie, posiłkując się quasi-tomistycznymi analizami, wskazują na obowiązki moralne człowieka względem swojego ciała.

Wobec tak postawionej sprawy buntują się liberałowie, którzy nie chcą, by niniejsza kwestia została zamieciona pod dywan pruderyjności oraz spłycona w ramach uogólnionej niechęci do rozmowy na takie tematy. Podnoszone są głosy, że tak surowe opisanie niniejszego problemu nie pozwala na dostrzeżenie pozytywnego wymiaru nauki Kościoła względem osób LGBT. Przytacza się fragment KKK, który pokazuje, że ostatecznie jesteśmy zaproszeni do szacunku i delikatności wobec takich ludzi. Akcentuje się, że homoseksualizm sam w sobie nie jest grzechem, a dopiero akty homoerotyczne.

Kto ma rację?

Czy ktoś w tym sporze w ogóle ma rację? To nie jest tak, że tylko jedna strona się myli, a druga mówi, jak jest. Człowiek charakteryzuje się tym, że będąc produktem swojego otoczenia i swoich czasów, wykształca przestrzenie poglądowo-poznawcze, które warunkują jego sposób myślenia. Myli się więc jedynie ten, kto uważa, że diagnozy którejkolwiek z grup są zawsze błędne.

Trudno nie dostrzec spostrzeżeń tradycjonalistów, którzy oburzają się na zubożenie estetyczne NOM i rozliczne nadużycia liturgiczne, jakie mają tam niekiedy miejsce. Przecież we mszy świętej chodzi przede wszystkim o Boga. Nie jest tak dlatego, by w jakiś sztuczny sposób umniejszać wartość człowieka, ale byśmy mogli lepiej dotrzeć do Stwórcy poprzez Jego wywyższenie.

Możliwe, że wielu osobom podobają się estetyka NOM, melodyjne pieśni, gitara przy ołtarzu, a nawet piosenki pop. Warto jednak dostrzec, że msza święta – analogicznie do Boga, Stwórcy wszechświata – powinna być dla nas wyzwaniem intelektualnym. Tylko w takiej atmosferze może narodzić się prawdziwa kontemplacja piękna. Nie można jednak odebrać mszy świętej tym, którzy nie mają czasu ani siły uczestniczyć w liturgii mszy trydenckiej. I dla takich ludzi potrzebne jest miejsce w Kościele, toteż w tym aspekcie trudno nie przyznać racji zwolennikom zmian.

Tomizm był, jest i zapewne będzie dziedzictwem filozoficznym Kościoła. Ten krok milowy w uprawianiu filozofii nie powinien zostać zapomniany. Dlatego w słusznej sprawie działają restauratorzy tomizmu, badający i rozwijający tę filozofię. Myśl Tomasza z Akwinu jest bardzo bogata i nawet dzisiaj – pomimo swojego wieku – nadal może stanowić źródło inspiracji filozoficznych. Nie może być jednak miejsca na idealizację filozofii Akwinaty i w konsekwencji odrzucanie teorii ewolucji, istotności nauk przyrodniczych czy wniosków płynących z filozofii współczesnej.

Nie inaczej jest w sporach etycznych. Chęć zachowania ortodoksji, choć istotna i potrzebna, nie może iść w parze z wykluczeniem. Jeśli pragnieniem współczesnego Kościoła jest zachować jedność i prawowierność, to nie może się to odbyć kosztem odepchnięcia kogokolwiek. Byłby to wówczas czysty, wyrachowany pragmatyzm. A nauka Chrystusa nie jest odlana z pragmatyzmu. Jest wyrazem trudnej miłości Stwórcy do stworzenia. Praktykowanie tej miłości przez nas często wiąże się z dostrzeżeniem obecności i ważności tych, na których najmniej staramy się zwracać uwagę.

Gdy ognie ideologii nie gasną, bardzo łatwo przychodzi nam wykluczanie innych z dyskusji. Zmęczenie rozmową staje się bowiem tak trudne do zniesienia, że prostszym dla wielu rozwiązaniem jest po prostu pozbycie się oponenta. Ale nie tego pragnął Chrystus. Nie chciał, by wielcy tego świata dawali odczuć swą władzę mniejszym od siebie. Wiedza jest formą władzy. Jeśli Chrystus chciał jakiejś władzy, to władzy służebnej. Ten, kto jest mocny, służy swą siłą innym. Czasami przychodzi nam w udziale trudna służba wobec tych, którzy kategorycznie się z nami nie zgadzają. I tę gorzką pigułkę należy przełknąć dla większego dobra.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.