adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Komunijne show must go on!

magazine cover

After first Communion (Carl Frithjof Smith, 1892)

Maj w Kościele katolickim to niezwykły miesiąc. Po wsiach – przy figurkach, a w kościołach – przy ołtarzach, rozbrzmiewają słowa litanii loretańskiej. Rozkwitająca przyroda zdaje się opowiadać o swoim Stwórcy. W maju obchodzimy też, niezwykle istotne dla wiary, uroczystości Pierwszej Komunii Świętej. Wzbudzają one u mnie jednak ambiwalentne odczucia.

Któż z nas ich nie widział? Rzędy elegancko ubranych chłopców i dziewczynek, siedzących na honorowych miejscach w kościele. Zestresowane dzieci, nieporadnie czytające lekcję i modlitwę wiernych. Szeregi rozczulonych rodziców, obserwujących swoje pociechy. Ozdoby, zdjęcia, kamery, wierszyki, życzenia. Wszystko koniecznie na full wypas, bo tak przecież musi być. I tylko ten „biały opłatek” – znajdujący się tak trochę na uboczu, cierpliwie czekający na swoją kolej, jakby swoją skromną formą nie do końca pasował do tego wszystkiego.

A po komunii jeździliśmy na quadach

Nieco szyderczy wstęp może wydawać się nie na miejscu. W końcu Pierwsza Komunia Święta to wydarzenie szczególne w życiu religijnym młodego człowieka: moment, gdy po raz pierwszy od chrztu, tym razem świadomie, dostępuje zaszczytu sakramentalnej jedności z Bogiem. Jednakże wokół Pierwszej Komunii, podobnie jak wokół wielu innych religijnych uroczystości, wytworzyła się kulturowo-socjologiczna otoczka. I choć sam fakt jej istnienia nie jest niczym złym, to nazbyt często można zaobserwować, jak zaburzoną formę potrafi ona przyjąć.

Najprawdopodobniej najczęstszym problemem uroczystości pierwszokomunijnych jest ich… materialny, areligijny wymiar. Nie chodzi tu oczywiście o sferę liturgiczną, lecz o to, co ma miejsce wokół. Upowszechnienie fotografii wpłynęło na podejście do ubioru dzieci i wystroju kościoła. Kryterium elegancji przestało być wystarczające, a na pierwszy plan zaczęły wysuwać się kwestie pewnego rodzaju show, pełnego ozdób, wrażeń i doświadczeń. Coraz większą popularność zyskuje quasi-ślubna wersja sukni dziewczęcych. Z drugiej strony w cień zaczęły się usuwać poważne i eleganckie garnitury chłopięce, zastępowane przez jednakowe alby lub komże. Quasi-weselne zwyczaje przełożyły się również na organizację rodzinnych obiadów. Te coraz częściej przybierają formę wesel – choć nieco skromniejszych i krótszych, organizowanych jednak w lokalach gastronomicznych z udziałem jak największej liczby gości. Gości, od których konwencja wymaga obdarowania dziecka jakimiś wartościowymi prezentami. A to z kolei może prowadzić do wytworzeniu się w dziecku postawy roszczeniowej, gdzie najważniejsza staje się jego własna osoba.

Zapewne niejeden ksiądz musiał się użerać z nadaktywnymi rodzicami, których pomysły organizacyjne dotyczące wystroju kościoła i innych kwestii trzeba było temperować. Ba! W tym roku – trudnym ze względu na pandemię – zdarzały się naciski na księży, by przełożyli oni termin Pierwszej Komunii. I to bynajmniej nie z powodów dbałości o restrykcje sanitarne lub troski o zdrowie dzieci i osób chcących wziąć udział w uroczystości, co można by jeszcze zrozumieć. Nie. Głównym powodem były… zamknięte lokale gastronomiczne i brak możliwości zorganizowania obiadu dla wystarczającej liczby gości.

Skąd się to bierze? W tradycji zachodniej Kościół dopuszcza do komunii osoby, które osiągnęły wiek pozwalający w sposób klarowny posługiwać się rozumem, czyli ludzi będących w stanie pojąć, czym jest Eucharystia. Zwykle są to dzieci w okolicach dziesiątego roku życia. Zbiega się to z okresem, w którym w różnych kulturach dokonywano rytualnego wprowadzenia młodych (głównie chłopców) w wiek dorosły. W starożytnym Rzymie było to przywdzianie męskiej togi. W bliższej nam kulturze słowiańskiej – postrzyżyny. Pierwsza Komunia Święta w schrystianizowanym świecie stała się więc idealnym zamiennikiem dla dawnych zwyczajów.

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan…

Łatwo się jednak nam, światłym katolikom, śmiać ze stereotypowych i memicznych Karyn i Sebków, którzy mają problemy z rozróżnieniem kościoła pisanego małą literą od Kościoła pisanego literą wielką. To trochę tak, jakby się nabijać z matematycznego dyletanta, że nie zna podstaw trygonometrii. Nawet jeśli mamy rację, to na dłuższą metę nie jest to ani pożyteczne, ani chrześcijańskie. Gorzej, że winę za tandetę komunijną częściowo ponoszą także te osoby, które w pierwszej kolejności powinny zwracać uwagę na ten najważniejszy, teologiczny i sakramentalny wymiar Pierwszej Komunii Świętej. Kto? Katecheci i księża. 

Dlaczego? Tak naprawdę problem rodzi się już na etapie przekazywania wiary i nauki o religii. Jeśli mamy rodziców, którzy zaniedbali swój rozwój duchowy lub z różnych powodów nie posiadają wystarczającej wiedzy religijnej, to trudno oczekiwać, by takie osoby wytłumaczyły dziecku, o co tak naprawdę chodzi w sakramencie Eucharystii. I tutaj takie zaległości powinny być niwelowane przez katechetów. Sęk w tym, że poziom katechizacji – co chyba nie jest odkryciem – nie należy do najwyższych. Dotyczy to zarówno treści, jak i formy, w jakiej jest ona przekazywana. Problemy pojawiają się także na poziomie samej liturgii. Uroczystość pierwszokomunijna i następujący po niej biały tydzień zbyt często kondensują w sobie wiele (o ile nie wszystkie) aberracji liturgicznych, które mogą się pojawić na tzw. mszach dla dzieci.

Przykład? Próby przesadnej aktywizacji dzieci i rodziców w trakcie liturgii, podejmowane przez księży nieraz na siłę i wbrew samym zainteresowanym. Przesadnej, czyli służącej samej sobie i zmuszającej do działania osoby z różnych powodów niewystarczająco przygotowane do pełnienia danej funkcji lub niechcące jej pełnić. Dotyczy to szczególnie czytań mszalnych. Teksty liturgiczne odczytywane z ambony przez niepotrafiące płynnie składać zdań, a dodatkowo stremowane – czy wręcz wystraszone – dzieci nie służą ani samym wykonawcom, ani ludziom skupionym na przeżywaniu sakramentu. A przecież liturgia powinna być „szczytem, do którego zmierza Kościół, a zarazem źródłem, z którego wypływa cała jego moc” (KKK 1074). Jaki jest więc pożytek z mszy zamienianej w spotkanie modlitewno-artystyczne, w którym pierwsze skrzypce mają grać niekoniecznie predysponowane do tego, Bogu ducha winne dzieci?

Zobacz też:   Pascha nova & vetera: wjazd do Jerozolimy

Nie zapominajmy również o kazaniach – albo homiliach, jak ktoś woli. Te komunijne zwykle kierowane są wprost do dzieci, tak jakby poza nimi nie było nikogo w kościele. Jednak wąska grupa docelowa kazań to nie jest największy problem. Gorzej, że księża nader często popadają w przesadny infantylizm. Mówią do dzieci jak do… dzieci. Brzmi paradoksalnie, ale praktyka pokazuje, że dziesięciolatkowie mają już swój rozum (inaczej nie mogliby przystąpić do komunii) i traktowanie ich jak czterolatków jest dla nich nieco uwłaczające. Dzieci chętnie korzystają z przywilejów swojego młodego wieku, ale jednocześnie chcą i powinny być traktowane odpowiednio poważnie.

Jeśli więc sama liturgia poprzez działania podejmowane przez księży wygląda tak, że w centrum stawia się dzieci, to trudno oczekiwać, by rodzice i dzieci pierwszokomunijnei prezentowali inne podejście do tematu. Tym samym kapłani, zamiast iść pod prąd tendencjom zeświecczającym obrzędy Pierwszej Komunii Świętej, mimowolnie przykładają do nich rękę. Teocentryczny charakter mszy nie sprawi, że dzieci po raz pierwszy przystępujące do komunii staną się mniej ważne. Wręcz przeciwnie. To Bóg zajmujący najważniejsze miejsce podnosi rangę Pierwszej Komunii Świętej.

Kiedyś to… będą czasy?

Czy cała sytuacja może ulec zmianie? Odpowiedź na to zagadnienie będzie silnie związana z poziomem optymizmu odpowiadającego. Pesymista powie, że tak było, jest i będzie. Optymista być może będzie liczyć na poprawę obecnego stanu rzeczy.

A realista? Realista powie, że nie wie, bo wszystko zależy od wielu czynników. Teoretycznie recepta na dobre przeżycie Pierwszej Komunii jest jedna: żywa i prawdziwa wiara. Wiara w Chrystusa realnie obecnego w Najświętszym Sakramencie.

Nie należy się łudzić, że kiedyś to były czasy, w których wszystko było lepsze. Nie. Bywało różnie – lepiej i gorzej. Nie bez powodu Jan Szczepański CssR w artykule Propozycja obrzędów Pierwszej Komunii Świętej dzieci w parafii wspomina, że siedemnastowieczne wkładanie Pierwszej Komunii Świętej w ramy uroczystości parafialnej zamiast rodzinnej było odpowiedzią na nadużycia związane ze świętowaniem tejże komunii w domach. Słuchając opowieści naszych rodziców i dziadków, należy pamiętać, że choć wokół komunii nie robiono tak wystawnych uroczystości, to być może wynikało to z poziomu życia materialnego, gdy ludzie po prostu nie mieli możliwości organizacji czegoś na kształt wesela.

Poza tym religijność Polaków (ale pewnie nie tylko nasza) jest w dużej mierze religijnością powierzchowną, bliższą tzw. katolicyzmowi kulturowemu. I nie chodzi tu o religijność ludową – może i niezbyt zagłębiającą się w wiarę pod kątem intelektualnym, jednak szczerą – lecz o powierzchowne przeżywanie obrzędowości, która potrafi ignorować nawet sakramenty. Ale czy jest to zjawisko nowe? Skądże. Paweł Jasienica w swoim książkowym eseju Polska Piastów przytacza słowa jednego ze średniowiecznych zakonników na temat religijności Polaków. Niejaki brat Rudolf miał napisać: „podobnie po chrzcie dziecka […] rączkę kładą na księgę, aby się dobrze uczyło, a prześcieradłem z ołtarza głaszczą jego twarz, aby było piękne”. Pogańskie akcenty nadal pozostały w kulturze pod postacią przesądów i guseł, które funkcjonują równolegle do uczestnictwa w życiu religijnym.

Żeby jednak nie brzmieć aż tak pesymistycznie, kilka słów pociechy na koniec. Kwestie liturgiczne. W czasach studenckich trafiłem kiedyś przypadkiem na mszę pierwszokomunijną. Dzieci, elegancko ubrane, nie były wyciągane na specjalne miejsca, ale pozostawały w ławkach z rodzicami. W trakcie liturgii nie wtrącano dodatkowych komentarzy o tym, co się ma zaraz dziać i o co w tym wszystkim chodzi (bo na to był czas w trakcie katechezy). Nie było wierszyków ani podziękowań w trakcie mszy. Homilię, poświęconą tajemnicy Eucharystii, skierowano do wszystkich, choć oczywiście pewna jej część odnosiła się wprost do dzieci. A te, gdy przyszło co do czego, jako pierwsze przystąpiły do ołtarza, by spożyć Najświętszy Sakrament.

No i jeszcze krótko o pozytywie dotyczącym sakramentów: pamiętajmy, że te działają niezależnie od nas, choć ich owocność zależy od przyjmującego. Zatem miejmy nadzieję, że ta pierwsza – i oby nie ostatnia – komunia święta nie pozostanie bez wpływu na przystępujące do niej dzieci.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.