adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Humaniści muszą skisnąć

magazine cover

unsplash.com

Napisałem taki krótki artykulik w formie świadectwa. W przełomowych momentach pracy (w tym przypadku jest to jubileusz pięćdziesiątego numeru miesięcznika) warto podjąć refleksję nad tym, co było, i nad tym, co możliwe, że będzie w przyszłości. Nigdy zresztą nie przypuszczałem, że zostanę publicystą. Jednak gdy już to nastąpiło, poczułem, że to dla mnie właściwe miejsce, chociaż system edukacji, w jakim się wychowałem, niezbyt na to wskazywał.

Prawdę mówiąc, nigdy nie lubiłem czytać. Wprawdzie pisanie sprawiało mi jeszcze jakąś przyjemność, jednak przez długi czas również i ono było dla mnie przykrym obowiązkiem.

Niewykluczone, że cegiełkę niechęci do humanistyki dołożyły realia polskiej szkoły. Skonfrontowanie się z nieatrakcyjnym treściowo kanonem lektur i absurdalnymi wymaganiami maturalnymi było po ludzku frustrujące. Jako licealista zetknąłem się z dysonansem poznawczym. Z jednej strony miałem poczucie, że wcale nie piszę aż tak źle. Z drugiej – stykałem się z nieustanną krytyką. Moje prace były bowiem „niematuralne”.

Niczego specjalnego nie oczekiwałbym od siebie sprzed dziesięciu lat. Byłem w drugiej liceum i nie posiadałem doświadczenia pracy edytora, redaktora i publicysty. Warsztat językowy zawsze przychodzi z czasem. Żeby dobrze pisać, człowiek musi po prostu czytać dobre teksty i samemu coś tworzyć.

Niemniej realia polskiej szkoły były o tyle dotkliwe dla kreatywności, że skutecznie mnie zniechęcały. Teraz, jako pedagog, dostrzegam rozliczne błędy, jakie podówczas kultywowano w mojej szkole. Najgorsze w moim odczuciu było zamknięcie wyobraźni w skończonych ramach „jedynej, słusznej interpretacji”. Doprowadziło to – przynajmniej u mnie – do jednego: taśmowego produkowania słabych, nieciekawych i płaskich prac.

Oczywiście nie każdy podda się niechęci. Z teraźniejszej perspektywy wiem, że po części była to moja osobista tendencja do obrażania się na trudną rzeczywistość. Ale konia z rzędem temu, kto byłby w stanie przekonać ówczesnego mnie.

Poszedł na humana, bo nie umiał matmy

Mimo wszystko, gdy nabierze się dystansu do siebie, jesteśmy w stanie powiedzieć takie słowa. Zostałem humanistą, bo nie umiem matematyki. Jako dziecko pragnąłem być fizykiem. Zresztą skończyłem studia z pedagogiki i filozofii, które starałem się pokierować w taki sposób, by choć odrobinę móc dotknąć tam czegoś naukowo-przyrodniczego. Finalnie przynajmniej zajmuję się filozofią przyrody, więc w pewnej części dostałem to, czego pragnąłem.

Czasami jednak naprawdę mam ochotę cofnąć czas i powiedzieć wszystkim w liceum: „Niech ci humaniści już skisną”. Nie powinienem psuć własnego gniazda, bo sam (podobno) jestem humanistą, jednak, w świetle faktów dotyczących niektórych przestrzeni edukacji, nie mogę nie powiedzieć: „Hej, zaraz, panowie i panie, tak być nie powinno!”. Bo jak można nie chcieć zwalić pionków i wywrócić planszy, gdy współczesna edukacja ugruntowuje większość społeczeństwa w absurdalnym dualizmie? Mianowicie że albo jest się humanistą i w konsekwencji lubi się język polski, albo jest się ścisłowcem i cyferki działają na ciebie jak kocimiętka na mruczka pani Teresy spod trójki.

Zobacz też:   Wiara w powstańczym piekle

Czy tzw. ścisłowiec nie musi umieć pisać, a tzw. humanista nie potrzebuje umieć liczyć? Odnoszę wrażenie, że współczesny system edukacji jest w jakiejś części oderwany od realnie uprawianej nauki. Bo potem wielkim zdziwieniem napawa matematyków i fizyków fakt, że napisanie pracy magisterskiej wymaga jakiegoś warsztatu pisarskiego, a historia ludzkiej naukowości to de facto historia filozofii – czyli niestety, czy to się komuś podoba, czy nie – setki tysięcy zapisanych kartek. I analogicznie: wzięci humaniści otrzymują zimny prysznic, gdy okazuje się, że żeby być dobrym psychologiem, socjologiem, dziennikarzem, politologiem czy pedagogiem, trzeba też umieć liczyć. Niestety, ale statystyka „sama się nie zrobi”.

Co mnie przekonało?

Mam wrażenie, że to nie taka czy inna popularność moich tekstów przełożyła się na chęć pozostania w „Adeste”. Artykuły są o tyle popularne, o ile dotykają nośnego tematu i są sensownie promowane, a przy tym reprezentują jakąś akceptowalną wśród czytelników jakość.

Moja przygoda z „Adeste” trwa i trwać będzie z jednej prostej przyczyny – ludzie. To moi współpracownicy, którzy bez wahania powiedzą mi, kiedy coś jest źle, ale też z radością pochwalą. Dla mnie jest w tym jakaś iskra Boża, że pomimo różnych stylów i podejść nie mamy problemu z tym, by współpracować.

Jednocześnie moje artykuły – szczególnie te teologiczne i metafizyczne – są inspirowane modlitwą. To nie tak, że pytam Boga, o czym mam pisać. Trwanie w pasywnej medytacji pozwala mi znaleźć właściwą drogę, naprowadza moje myśli na tematy, o których warto pisać. Czasami od razu wiem, że mało kto przeczyta dany artykuł, ale to nic. Wiem, że w niektórych sytuacjach trzeba po prostu pisać i nie pozwolić, by ogień inspiracji się wypalił. Niekiedy wystarczy strona powstała w wyniku takiego natchnienia. Potem dopiszę resztę „o własnych siłach”. Ale chcę, by chociaż ten początek powstał w wyniku „iskry”.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.