Drukowane modlitewniki zamieniliśmy na pobożne aplikacje, ciężkie brewiarze – na wygodne wersje elektroniczne, a duchowni coraz lepiej radzą sobie w social mediach, spierając się o to, która metoda duszpasterska jest jedynie słuszna.
Internet i sieci społecznościowe, poza kuszącą wizją dostępnej wiary i ewangelizacji bez ograniczeń, mają także tę ciemną stronę.
W polskim Kościele zbieramy dziś żniwo dopaminowego haju. Nietrudno zauważyć, że tzw. internet rzeczy i AI to nie tylko narzędzia, ale również nowy język wyrażania religijności nad Wisłą.
Po zjawisku makdonaldyzacji wiary przeszła ona przez kolejne brutalne sito: chrześcijaństwo w postnowoczesności zderzyło się ze środowiskiem ciągłej konsumpcji, a przez to – z integralną częścią doświadczenia religijnego Zachodu.
Katolicyzm kontra dopamina
Wiara wymaga często cierpliwości, koncentracji i samodyscypliny. W rozwoju duchowym wiele spraw nie przychodzi szybko, wymaga lektury i namysłu. A może jednak nie? Wystarczy wpisać do chatu AI, zainstalować świetnie skrojoną aplikację modlitewną, odsłuchać czytania przepuszczone przez automatycznego lektora?
To potężne ryzyko, prowadzące do nieuniknionej konfrontacji. Social media i infrastruktura internetu są oparte na walce o naszą uwagę i jak najdłuższe jej utrzymanie. A to w konsekwencji bazuje na mechanizmach psychologicznych wyzwalania małych, ale intensywnych dawek dopaminy. Ma być kolorowo, wyraziście, po prostu fajnie. Trudne wywody ojców Kościoła łatwo zastąpić katolickim influencerem (cholera, co za zjawisko). Jak się otępimy – bez obaw – przyjdzie jeszcze sprawniejsza aplikacja i rozwiązanie dające nam szybką odpowiedź sprzedawaną przez ulubionego religijnego mówcę, który utrzyma nas w religijnej bańce. Wszystko dla bezkompromisowej walki o jedyną słuszną prawdę albo dla podbicia algorytmu twórcy (i miesięcznego przychodu). Niepotrzebne skreślić.
Świat wirtualnej religijności, która momentami wypiera klasyczną, rozpędził się w związku z pandemią. Zamiast kontemplacji – grupa religijna na Facebooku. Zamiast lectio divina – ulubiony ksiądz w podcaście biblijnym, a rachunek sumienia w formie wideo loopa. Możliwości, które miały być rozwijające, wyparły sprawdzone metody.
Wiara czasem nie jest trendy
Słuszna walka o to, by mówić o wierze, być z niej dumnym, pokazywać wartość katolickiej rodziny, może łatwo przerodzić się w pokazywanie nierealnego, idealnego życia. Algorytmy promują treści wyraziste: gniew, szok, ale i rozbawienie, a życie duchowe bywa czasem szare, pełne małych potknięć, ale i niewielkich postępów. To oczywiście nieco gorzej sprzedać.
Dopamina, czyli fastfoodowa religia
Religijność stająca się do granic fascynująca, ciekawa, znośna ryzykuje tym, że przemieni się po prostu w gałąź show-biznesu. A tym samym straci swój mandat do podnoszenia tematów granicznych. Jeśli usuniemy z przeżywania religijności punkty trudne, wymagające wysiłku, rezygnacji czy pokuty, stworzymy rodzaj parodii.
SanTO, czyli bot zamiast księdza
Innowacje wchodzą także do sfery opieki duchowej. SanTO, czyli robot rozpoznający mowę i podający odpowiedzi dotyczące życia duchowego, stał się ciekawostką wystawy w Centrum Nauki Kopernik. Towarzyszy zwiedzającym od 2021 roku i dzięki nakarmieniu bazą danych o religii chętnie wchodzi w dialogi dotyczące spraw duchowych, także tych trudnych. To tylko prosty przykład robotyzacji duchowości, szczególnie w świecie Zachodu.
Wydawałoby się, że nieco bardziej odjechanym, ale wartym uwagi przykładem jest foka Paro. Brzmi dziecięco, kojarzy się z zabawką, a to tak naprawdę inteligentny asystent osób z demencją. Niemal trzykilogramowe urządzenie wyglądające jak maskotka dzięki zastosowaniu inteligentnych rozwiązań i czujników reaguje na dotyk, uczy się własnego imienia i symuluje empatię.
Kapłani AI ustawiają ołtarze
Rozwój sieci neuronowych i możliwości obliczeniowych komputerów doprowadził do punktu, w którym AI (sztuczna inteligencja – nazwa nieco myląca, ale o tym kiedy indziej) stała się powszechnie dostępna, wywołując boom. Nagle internet, który dostarczał odpowiedzi, błyskawicznie włączył szósty bieg. Analiza, grafika, tekst, fragment kodu w kilkanaście sekund, i to wszystko dzięki AI. Nie do końca poznaliśmy własny mózg, nie mamy spójnej definicji inteligencji jako takiej, a już dziś usłyszeliśmy, że nadeszła nowa – sztuczna, która, o zgrozo, ma zniszczyć w perspektywie naszą cywilizację i przewyższyć nas we wszystkim. Oczywiście poza trzeźwym namysłem nad tym, że superkomputery i wzrost mocy obliczeniowej baz danych mogą tworzyć rozwiązania poprzednio niemożliwe, trudno nie ulec wrażeniu, że wielu entuzjastów AI oddaje jej cześć niczym Izraelici złotemu cielcowi. Sami nakarmiliśmy silniki AI danymi, by potem obserwować, jak dzieło naszych technologicznych rąk nam zagraża.
Kościół technologii czy technologia dla Kościoła?
Kościół jako organizacja o wysokim wpływie, a wręcz posiadająca ambicje w kierowaniu społecznymi nastrojami, i dziś próbuje chwycić wiatr w żagle, stając się trendsetterem zmian. Pontyfikat Leona XIV to znaczne zwiększenie intensywności namysłu Kościoła nad AI i IoT. Na szczęście Kościół widzi takie zagrożenia jak brak kontroli nad automatycznymi systemami czy ryzyko szerzenia dezinformacji na nieznaną wcześniej skalę.
Nie mniejsze zagrożenie niesie ze sobą bezrefleksyjne wdrażanie technologii. Korzystanie z nowinek dla zasady, a nie na podstawie strategii, celu i ewaluacji, w każdej organizacji – także w Kościele – może skończyć się źle.
Ciężko nie traktować inaczej jak w formie groteski aplikacji modlitewnych, które – podobnie jak inne aplikacje – utrzymują uwagę klienta przez wirtualne punkty za modlitwę lub rozważania (czyt. wyświetlenia reklam i czas spędzony w aplikacji). To wykrzywiony obraz wiary „offline”, w której modlitwa nie stanowi gry z punktami, a bardziej – naukę cierpliwości i słuchania Boga oraz własnego sumienia. Nie inaczej jest z coraz częstszymi reklamami AI-opiekunów duchowych, które docierają do Polski. Takie narzędzia to nic innego jak oparty na subskrypcji dostęp do prostego asystenta AI, który udziela odpowiedzi, sięgając do bazy danych nakarmionej wiedzą religijną. Nietrudno się domyślić, że nawet świetna AI będzie tutaj popełniać duże błędy, omijać osobisty kontekst moralny i po prostu bardziej symulować niż reprezentować duchową głębię. Taka dehumanizacja relacji duchowej może doprowadzić do technologii, w której człowiek tak zachwyci się bardzo zaawansowanym, ale jednak ograniczonym algorytmem, że zacznie stawiać go ponad siebie, a wręcz przypisywać mu boskie właściwości.

Ten tekst to publicystyczna refleksja o charakterze światopoglądowym, nie analiza empiryczna. Autor używa metafory „dopaminowych ateistów” i psychologicznych mechanizmów uwagi, aby stwierdzać, że media cyfrowe i AI wypierają tradycyjne formy religijności, ale:
miesza obserwacje kulturowe z ocenami normatywnymi, nie przedstawiając danych badawczych ani dowodów empirycznych na poparcie kluczowych tez, takich jak „AI prowadzi do duchowego spłycenia” czy „algorytmy zastępują kontemplację” — to argumenty narracyjne, nie weryfikowane faktycznie;
ugrupowuje wiele różnych zjawisk (smartfony, media społecznościowe, aplikacje religijne, sztuczna inteligencja), sugerując, że wszystkie te technologie w podobny sposób deformują przeżywanie wiary, bez rozróżnienia mechanizmów działania ani kontekstu naukowego;
pomija istniejące badania naukowe na temat relacji Internetu/AI z religijnością — na przykład epidemiologiczne prace pokazujące związek korzystania z Internetu z przynależnością religijną albo badania nad wpływem treści cyfrowych na postawy religijne — co powoduje, że teza „technologia wypiera wiarę” nie jest udokumentowana;
operuje pojęciami psychologicznymi (np. dopamina) bez odwołania do rzetelnej literatury naukowej, co podkreśla niską jakość argumentacji eksperckiej;
Podsumowując, tekst ma silny ładunek opiniotwórczy i światopoglądowy, ale brak mu rzetelnych danych, operacjonalizacji pojęć i logicznej weryfikacji hipotez, co znacznie obniża jego wartość jako argumentu w debacie o wpływie technologii na religijność.
Bardzo dziękuję za wartościowy komentarz. Postaram się zwrócić na to uwagę, odnosząc się do tematu AI i nie tylko, w przyszłości. Pozdrawiam, redaktor naczelny i autor tekstu, Bartłomiej Wojnarowski