adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Czy katolik może inwestować?

magazine cover

unsplash.com

Z czym kojarzy się inwestycja? Z grupką rozgorączkowanych facetów na Wall Street? Z nerdem przyklejonym godzinami do ekranu komputera i śledzącym wykresy giełdowe? Z budową autostrad, sklepów czy bloków? A może z zabezpieczaniem swojej emerytury lub budową poduszki finansowej na czarną godzinę?

W zasadzie w każdym z tych skojarzeń znaleźlibyśmy jakąś cząstkę słuszności, a jednocześnie wszystkie skupiają się na bardzo wąskich aspektach inwestowania. Czym więc ono jest i na co, jako katolicy, powinniśmy zwrócić uwagę?

Pytanie z tytułu jest nieco prowokacyjne – trzeba bowiem już na samym początku powiedzieć sobie, że inwestowanie samo w sobie jest obojętne moralnie, tzn. nie jest jako takie ani dobre, ani złe. Po co więc taki artykuł? Cóż, inwestowanie wiąże się z wieloma krokami i decyzjami, które mogą już podlegać ocenie moralnej. Temat ten został kilkukrotnie poruszony w dokumentach Kościoła. Zanim jednak je przypomnimy, warto nieco sprecyzować, o czym w ogóle mowa.

Inwestycja, spekulacja…

Słownik języka polskiego PWN definiuje inwestycję jako „przeznaczenie środków finansowych na powiększenie lub odtworzenie zasobów majątkowych”. Definicja ta obejmuje bardzo szeroki zakres działań, jak chociażby zakup różnych aktywów, przedmiotów czy nieruchomości, umieszczanie pieniędzy na rachunkach bankowych czy tzw. inwestowanie w siebie, czyli przeznaczanie środków i czasu na edukację, mającą w przyszłości zaowocować finansowo.

Funkcjonuje jednak również bardziej tradycyjne, nieco węższe rozumienie inwestycji jako budowy za pomocą środków finansowych pewnej struktury mającej przynosić w miarę stały i bezpieczny zysk. Wiadomo – nie ma inwestycji, która nie pociągałaby za sobą żadnego ryzyka. W klasycznym rozumieniu nie powinna ona jednak wiązać się również z gorączkowym śledzeniem wykresów, poświęcaniem godzin na analizę rynku czy wyczekiwaniem na idealny moment wejścia bądź wyjścia. Chodzi o to, żeby zamiast trzymać pieniądze „pod materacem”, włożyć je w jakieś aktywa, aby przynosiły zysk.

Tradycyjne rozumienie inwestycji odróżnia ją od dość powszechnego zachowania, jakim jest spekulacja. Najprościej mówiąc, polega ona na zakupie czegoś w konkretnej cenie z myślą o tym, żeby po jakimś czasie sprzedać drożej. Specyfikę spekulacji bardzo dobrze widać na giełdzie, gdzie bardzo wielu inwestorów kupuje instrumenty finansowe, przewidując ich przyszły wzrost wartości i droższą sprzedaż, podczas gdy tradycyjne podejście do inwestycji kładzie nacisk raczej na osiąganie zysku z wypłacanych regularnie dywidend. Przedmiotów spekulacji jest oczywiście znacznie więcej – od walut i kryptowalut, przez surowce, sztukę, stare samochody, antyki, po przedmioty kolekcjonerskie, kupowane, „bo może kiedyś uda się sprzedać drożej”.

…oszczędzanie

Ale nie zawsze inwestuje się z myślą o adrenalinie i możliwych astronomicznych zyskach. Często lokuje się pieniądze celem ochrony ich wartości i przechowania ich w czasie. Trzeba pamiętać, że pieniądz również podlega prawom rynku, a więc jego wartość może zmieniać się w czasie, zależnie od popytu i podaży.

Współcześnie na całym świecie posługujemy się pieniądzem fiducjarnym, którego nazwa pochodzi od łacińskiego słowa fides oznaczającego wiarę. Nazwa ta podkreśla, że ów pieniądz nie posiada wartości sam w sobie, bo fizycznie ma postać nieszlachetnego metalu, papieru lub zapisu elektronicznego. Źródłem wartości tego pieniądza jest jedynie wiara czy raczej zaufanie wobec emitenta. Wartość owa podlega również normalnym prawom rynku, a więc maleje wraz ze wzrostem podaży, czyli inflacją – a ta, napędzana dodrukiem pieniądza, jest współcześnie po prostu wszechobecna. Skutkiem tego, posiadając przykładowe sto złotych polskich, dolarów amerykańskich, euro czy dowolnej innej waluty fiducjarnej, z roku na rok jesteśmy w stanie kupić za nie odrobinę mniej różnych dóbr.

Chcąc chronić swoje oszczędności przed inflacją, sporo osób decyduje się na pewne inwestycje, jak np. zakup nieruchomości czy metali szlachetnych. W takim przypadku, dla odróżnienia od tradycyjnej definicji inwestycji, mówi się często właśnie o oszczędzaniu. Główną motywacją nie jest tu osiągnięcie zysku, ale chęć ochrony oszczędności przed skutkami inflacji (a w skrajnych przypadkach hiperinflacji) dla zapewnienia sobie np. dostatniego życia na emeryturze czy zabezpieczenia finansowego dla swoich dzieci.

Zamysł Boży względem człowieka

Co jednak o tym wszystkim mówi Kościół? Jak patrzeć na inwestowanie w świetle Ewangelii? Na początku rozważań na ten temat warto odnieść się do Katechizmu Kościoła katolickiego. Nauczanie dotyczące życia gospodarczego jest wyłożone w podrozdziale IV Działalność gospodarcza i sprawiedliwość społeczna rozdziału poświęconego analizie siódmego przykazania. Pierwszy punkt tego podrozdziału brzmi: „Rozwój działalności gospodarczej i wzrost produkcji mają na celu zaspokojenie potrzeb ludzi. Życie gospodarcze nie powinno zmierzać jedynie do pomnażania dóbr wyprodukowanych i zwiększania zysku czy wpływów; przede wszystkim powinno służyć osobom, całemu człowiekowi i całej wspólnocie ludzkiej. Działalność gospodarcza, prowadzona zgodnie z właściwymi jej metodami, powinna być podejmowana w granicach porządku moralnego, zgodnie ze sprawiedliwością społeczną, by odpowiedzieć na zamysł Boży względem człowieka” (KKK 2426).

Bezpośrednio o inwestycjach wspomina z kolei punkt 2432. Brzmi on: „Odpowiedzialni za przedsiębiorstwa ponoszą wobec społeczeństwa odpowiedzialność gospodarczą i ekologiczną za swoje działania. Są oni obowiązani mieć na względzie dobro osób, a nie tylko wzrost zysków. Te ostatnie są jednak konieczne. Umożliwiają przeprowadzanie inwestycji, które zapewniają przyszłość przedsiębiorstwom. Gwarantują zatrudnienie”. Zauważmy, że Katechizm skupia się tu na jeszcze węższym rozumieniu inwestycji jako opłacaniu konkretnych działań mających na celu rozwój firmy. Niewątpliwie jednak sformułowanie tego punktu wskazuje, że można go odnieść także do inwestycji w szerszym sensie.

Zobacz też:   Camino de Santiago - droga inna niż wszystkie

Katechizm wypowiada się na tematy gospodarcze w odniesieniu do chrześcijańskiej antropologii. Podstawą tego spojrzenia jest więc założenie, że chrześcijanin, poruszając się po rynkach finansowych, powinien po prostu kierować się zasadami wypływającymi z dekalogu – dokładnie tak samo, jak we wszystkich innych obszarach swojego życia. Jest to niby oczywiste, ale jednak często trudno nam przyjąć, że katolicyzm polega na byciu katolikiem zawsze i wszędzie. Nie da się być katolikiem tylko „prywatnie”, tylko w kościele czy podczas spotkań z rodziną. Jeśli jestem katolikiem, przyjmuję pewne zasady, to trzymam się ich także w pracy, szkole, przy urnie wyborczej, a także w firmie, w banku, na giełdzie czy podczas zawierania transakcji handlowych.

Bilans zysków i strat

W przytoczonym fragmencie Katechizmu warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden, istotny z punktu widzenia inwestora aspekt: określenie roli zysku. Zysk jest dobry i potrzebny, ale nie może być jedynym wyznacznikiem branym pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Dlatego św. Jan Paweł II pisał w encyklice Centesimus annus: „Kościół uznaje pozytywną rolę zysku jako wskaźnika dobrego funkcjonowania przedsiębiorstwa”, natomiast w Katechizmie Kościoła katolickiego czytamy: „Teoria, która czyni z zysku wyłączną normę i ostateczny cel działalności gospodarczej, jest moralnie nie do przyjęcia” (KKK 2424). Podejmując decyzje inwestycyjne, kierujemy się przewidywanym zyskiem, co jest naturalne i logiczne. Ważne jednak, abyśmy myśleli także o innych potencjalnych konsekwencjach.

Jakiego rodzaju mogą to być konsekwencje? Oczywiście nie sposób wskazać tu wszystkich możliwości. Warto jednak na wstępie zapytać o odpowiedzialne przeznaczanie środków na inwestycje. Każda inwestycja wiąże się z ryzykiem poniesienia straty, więc niezwykle ważne jest, aby mieć tego świadomość i pamiętać o pewnej finansowej poduszce bezpieczeństwa, szczególnie jeśli mamy na utrzymaniu rodzinę.

Oczywiście zarządzanie majątkiem wiąże się także z kwestią pomocy innym. Jest to temat bardzo emocjonujący, przez co nie zawsze potrafimy podejść do niego w sposób zdroworozsądkowy. Zapominamy więc o wielu ważnych kwestiach. Po pierwsze – nigdy nie znamy pełni motywów skłaniających innych ludzi do podejmowania decyzji finansowych, więc ich ocenianie zawsze jest w pewien sposób niesprawiedliwe. Po drugie – nawet gdybyśmy wiedzieli o kimś wszystko i byli w stanie w pełni ocenić, dlaczego przeznaczył na pomoc charytatywną tyle, ile przeznaczył, i tak nie mielibyśmy prawa domagać się od niego większej wpłaty, ponieważ jest to jego własność prywatna. Po trzecie – żeby przekazać komuś środki w ramach pomocy, trzeba je najpierw zarobić, ponieważ rozdawanie nie swoich pieniędzy w żadnym wypadku nie jest dobroczynnością. Po czwarte – zasada pomocniczości wskazuje, że powinniśmy troszczyć się najpierw o swoją rodzinę, następnie społeczności lokalne, a dopiero na końcu o całe społeczeństwo, dlatego wpłacenie datku na ogólnopolską akcję charytatywną, jakkolwiek oczywiście jest dobre i chwalebne, nie zwalnia nas z obowiązku wspierania swoich najbliższych.

Wystąpić w dobrych zawodach

Po piąte wreszcie – środki zainwestowane również mogą być narzędziem czynienia dobra. Inwestując, możemy przyczynić się do zwiększenia liczby miejsc pracy, pojawienia się na rynku nowych, konkurencyjnych produktów, a nawet po prostu pomnożyć swoje pieniądze i mieć w efekcie więcej środków na pomaganie innym. Ten medal ma jednak również drugą stronę – zainwestowane środki mogą przecież także być narzędziem czynienia zła. Może tak być np. w przypadku zakupu akcji firmy sprzedającej środki antykoncepcyjne czy propagującej aborcję. W takiej sytuacji perspektywa osiągnięcia zysku i przeznaczenia go na czynienie dobra nie przekreśla grzechu, jakim jest finansowe wsparcie zła, ponieważ „nigdy nie jest dopuszczalne czynienie zła, by wynikło z niego dobro” (KKK 1789).

Mam świadomość, że ten artykuł nie jest w stanie wyczerpać moralnych zagadnień związanych z inwestowaniem, nie taka jednak jest jego rola. Mam jednak nadzieję, że udało mi się wskazać, że inwestowanie – podobnie jak wiele innych obszarów ludzkiej aktywności – jest dla ludzi i Kościół bynajmniej nie uważa go za coś złego. Jest wręcz przeciwnie. Co ciekawe, w oficjalnych dokumentach Kościoła nie znajdziemy nawet przejawów różnicowania różnych form lokowania środków – inwestycji, oszczędzania czy spekulacji. Osiągając zysk w sposób uczciwy, nie wspierając zła i nie naruszając cudzej wolności, poszerzamy swoje możliwości czynienia dobra i mądrze wykorzystujemy zdolności, którymi obdarzył nas Bóg.

Kościół katolicki pochwala przedsiębiorczość, mądre gospodarowanie posiadanymi środkami, rozwój własnych zdolności i wykorzystywanie zysków do czynienia dobra. To od nas zależy, czy nasze decyzje inwestycyjne będzie można przyporządkować do tych kategorii i czy dążąc do celów finansowych, nie stracimy z oczu naszego najważniejszego celu – zbawienia. Ale jeśli hierarchia celów i wartości pozostanie słuszna, to możemy mieć pewność, że i podejmowane na jej podstawie decyzje będą słuszne.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.