Gdy latem 2017 roku powstawał miesięcznik „Adeste”, nie sądziłem, że będę kiedyś pisał tekst do setnego numeru. Bardzo się jednak cieszę, że tak się stało.
Gdybym mógł cofnąć się w czasie i opowiedzieć historię „Adeste” osiem lat młodszej wersji siebie, to na pewno sam siebie bym nieźle zaskoczył. Tak to już jednak bywa z różnymi przedsięwzięciami – lubią zaskakiwać. Podobnie jak Duch Święty, który z pewnością miał w tej naszej działalności sporo do powiedzenia. I wiecie co? Jestem szalenie szczęśliwy i dumny, że mogłem być od początku częścią tej historii.
Pragnę, szukam, wierzę
„Adeste” wystartowało jesienią 2017 roku. Publikacja pierwszego numeru była jednak poprzedzona kilkoma miesiącami poznawania się, prób i ustaleń. A wszystko zaczęło się od katolickich grupek dyskusyjnych na Facebooku. Ktoś rzucił hasło stworzenia medium, ktoś inny pomysł podchwycił i zaczął organizować ludzi, ktoś rozpoczął pracę nad nadaniem całemu projektowi profesjonalnych ram – i tak to się zaczęło.
Początki „Adeste” niezbyt przypominały to, co znamy obecnie. Pierwsze numery ukazywały się w formatach pdf, epub i mobi i można je było pobrać z różowo-pomarańczowej strony, na której poza tym nie znajdowało się właściwie nic. Nie była to nawet strona pod adresem adeste.org, bo nie mieliśmy wówczas wykupionej takiej domeny. Portal internetowy z kafelkami przekierowującymi do poszczególnych tekstów powstał dopiero za drugim podejściem na wiosnę 2018 roku. Obecny wygląd zyskał jednak dopiero w 2020 roku. Wtedy to również ostatecznie zrezygnowaliśmy z wydawania miesięcznika w formacie pdf na rzecz publikacji poszczególnych tekstów w formie wpisów blogowych na stronie.
Równocześnie z kwestiami technicznymi „Adeste” rozwijało się jako organizacja. Już w październiku 2018 roku w Warszawie powołaliśmy Stowarzyszenie Adeste, które stało się wydawcą miesięcznika i portalu „Adeste”. Stowarzyszenie od początku swojego istnienia wspiera rozwój „Adeste” w sensie organizacyjnym, rozwojowym i finansowym. Organizacyjne ramy nadane przez stowarzyszenie pomogły nam przetrwać m.in. trudny czas pandemii, który dla „Adeste” był okresem prężnej działalności i rozwoju.
Ad maiorem Dei gloriam!
Tylko po co właściwie to wszystko? Czego chcemy i jaki mamy cel? Jak już wspominałem, „Adeste” powstało z inicjatywy grupy młodych osób, które poznały się w sieci. Prawdą jest, że założyliśmy miesięcznik, stronę internetową i media społecznościowe oraz że wydaliśmy kilka jego pierwszych numerów, nie znając się osobiście w ogóle – przynajmniej w większości. Oczywiście zrodziło to trochę problemów, ale z Bożą pomocą udało się je wszystkie przezwyciężyć.
„Adeste” od początku, od czasów, gdy nikt jeszcze nawet nie myślał o nazwie „Adeste”, miało być głosem młodzieży katolickiej w Polsce. A właściwie należałoby powiedzieć: wielogłosem – platformą, na której wierzący ludzie mogą wypowiedzieć głośno swoje przemyślenia, troski, może wątpliwości, a także, co najważniejsze, zostać usłyszani. Jednocześnie różne były wizje co do szczegółów tej koncepcji, toteż ostateczny kształt „Adeste” wyklarował się z czasem.
Naszym motorem napędowym były od początku pasja wiary i troska o Kościół. Od zawsze zależało nam także na wysokim poziomie intelektualnym i technicznym, a przede wszystkim na zgodności z doktryną Kościoła. Dlatego w „Adeste” ważną rolę odgrywają osoby z wykształceniem teologicznym. Istotną cechą „Adeste” jest także apolityczność – zarówno w odniesieniu do walki o władzę świecką, jak i wobec polityki wewnątrzkościelnej. Z tego względu, dla zachowania niezależności, nie zdecydowaliśmy się na wystąpienie o mianowanie asystenta kościelnego. Nie chcemy również budować swojej pozycji na kontrze wobec jakichkolwiek środowisk czy innych mediów. I traktujemy te deklaracje poważnie, o czym sam nieraz się przekonałem.
Z pasji do wiary
Warto zadać jeszcze jedno pytanie: czy polski Kościół potrzebuje takich projektów jak „Adeste”? Osobiście nie mam wątpliwości, że tak. Wyjątkowość „Adeste” tkwi w naszej niezależności i oddolności, a siła – w pasji. To dlatego jesteśmy prawdziwym głosem młodego pokolenia polskich katolików. Nie takim, który został starannie wyselekcjonowany i oczyszczony z wszelkich drażliwych kwestii. Za to takim, który nie boi się poruszać trudnych tematów i umie jasno mówić o tym, czego pragniemy i co nas boli.
„Adeste” jest potrzebne Kościołowi również jako medium wnoszące świeżość. Nie krępują nas bowiem ani linia redakcyjna, ani zależności polityczne czy wewnątrzkościelne. Potrafimy pisać o sprawach wiary i Kościoła w sposób klarowny i zrozumiały dla współczesnego młodego człowieka, bez niepotrzebnego infantylizmu, lukrowania i upraszczania rzeczywistości, co w większości mediów katolickich bywa niestety nagminne. Zresztą wiemy, jaki język rozumie młodzież, bo sami się do niej zaliczamy.
Wreszcie, „Adeste” przez lata swojego istnienia pokazuje, jak wiele dobra może przynieść mądre wykorzystywanie technologii. Stworzenie tak dużego medium bez wsparcia instytucjonalnego, pieniędzy i znajomości byłoby zwyczajnie niemożliwe w czasach przed upowszechnieniem internetu i mediów społecznościowych. Nasza praca udowadnia, że rozwój technologiczny otwiera zupełnie nowe możliwości, które da się wykorzystać w słusznej sprawie.
Co dalej?
Co możemy powiedzieć, patrząc wstecz na ostatnie osiem lat? Na pewno to, że było warto. Że nasza praca ma sens, chociaż nie zawsze dostrzegamy to na pierwszy rzut oka. Że ciągle czujemy się potrzebni, bo wciąż mamy coś wartościowego do powiedzenia. Że wizja, którą realizujemy, w dalszym ciągu ma rację bytu.
Czy doczekamy dwusetnego numeru „Adeste”? Tego nie wie nikt, choć z pewnością byłoby to wspaniałe. Tak czy inaczej, trzeba dziękować Bogu za to, co już pozwolił nam stworzyć i osiągnąć. A co da nam w przyszłości – czas pokaże.
