Jak zwiedzamy obce miasta? Czy spacerujemy po swoim miejscu zamieszkania? Odpowiedź na te pozornie nieistotne pytania może wiele nam powiedzieć o nas samych.
Od zawsze nie znosiłem zorganizowanych wycieczek szkolnych. Nie zrozumcie mnie źle, niekiedy przewodnicy są naprawdę świetnie przygotowani. Potrafią opowiedzieć i zafascynować. W wielu jednak przypadkach, gdy sterują grupą młodych ludzi o niezbyt zbieżnych poglądach, temperamentach i potrzebach, zamienia się to w okropne doświadczenie.
Pokusa galerii
Szkoły dodatkowo zawsze ulegają tej pokusie, którą roboczo możemy nazwać pokusą galerii. Mam zawsze problem z wszelkimi wystawami obrazów i dzieł sztuki w galeriach. Kustosze wystaw chcą po prostu pokazać, jak najwięcej dzieł danego artysty. Zamiast wystawić wszystkie obrazki Hokusaia przedstawiające górę Fuji (nie chce mi się sprawdzać – ale na pewno poniżej pięćdziesięciu sztuk), wystawiają wszystkie jego dzieła, jakie mają (na pewno więcej niż sto sztuk). Człowiek nie jest w stanie przetrawić, obejrzeć bardziej niż pobieżnie tak wielkiej liczby obrazów, nawet jeśli ma do dyspozycji cały dzień. Znacznie lepszą strategią od próby obejrzenia ich wszystkich jest zatrzymywanie się tylko przy tych, które „od pierwszego wejrzenia” zaciekawiły.
Dlatego gdy idę do jakiegoś Muzeum Narodowego lub do dowolnej innej galerii, wybieram jedną wystawę. A często tylko kilka, jeśli nie jeden obraz, z całej tej wystawy, resztę oglądając jedynie pobieżnie.
Przerost ilości nad jakością, czyli polska szkoła
Tymczasem szkoły (i w ogóle różne wycieczki zorganizowane) starają się upchać jak najwięcej treści do odhaczenia, idąc w ilość, a nie w jakość. Stąd też, kiedy wysyła dzieci do bazyliki Mariackiej w Gdańsku (oczywiście tenże kościół jest tylko jednym punktem w programie), dba się o to, by omówiony został każdy szczegół, zamiast opowiedzieć na przykład tylko o dwóch obiektach – głównym ołtarzu i zegarze astronomicznym – i dać dzieciom swobodne pół godziny na „eksplorację na własną rękę”. Przez takie podejście bazylika Mariacka będzie jedynie kolejnym muzeum do „odhaczenia”, bez żadnej refleksji, bez sacrum.
Szkoły planują czas do maksimum, zostawiając jedynie iluzję pewnej swobody w postaci chwili na poszukanie sobie jakiejś atrakcji na rynku w małych grupach. I chwilę oddechu w hotelu. Szkolnictwo niższe uczy więc turystyki. Pamiętam, że śmialiśmy się ze stereotypowych japońskich wycieczek, które robią zdjęcia i pięć minut później są już gdzie indziej. Czymże jednak turystyka szkolna się różni od tego?
Próżniaczy spacerowicz
Podobnie krytycznie można spojrzeć na turystykę all inclusive. Możliwość udania się do całkowicie obcego kraju z pełnym komfortem, niedającym poznać w ogóle innej kultury. Gdańsk zawsze mi się źle kojarzył z wyżej wymienionych względów. Zupełnie inaczej jednak go odebrałem, kiedy mogłem go – dwa razy w krótkim czasie – zwiedzić z perspektywy flanera.
Flaner, z francuskiego flâneur, oznacza dosłownie włóczęgę, spacerowicza, próżniaka. Było to określenie na dziewiętnastowieczną subkulturę ludzi swobodnie spacerujących po ulicach miast, często przesiadujących w szynkach czy kawiarniach i obserwujących życie miejskie z ich perspektyw. Myślę, że to przydatne użyć tego słowa, przeciwstawiając flanera turyście.
Turysta versus flaner
Turysta zatrzymuje się w restauracji, żeby zaspokoić głód. Flaner znajduje kawiarnię na uboczu, żeby zasiąść w niej i kontemplować miasto z jej perspektywy. Dla flanera bary mleczne, kawiarnie, puby, a nawet przydrożne kebaby nie pełnią jedynie funkcji miejsc zaspokojenia potrzeb, ale są elementami zwiedzania miasta. Możliwością poznania życia społecznego obcego miasta, okazją, by obserwować inną kulturę…
Flaner pewnie i zajdzie do bazyliki Mariackiej, ale raczej więcej czasu spędzi w kaplicy adoracji niż przy rzeźbach. A może zatrzyma się przy jednym konkretnym ołtarzu i spędzi przy nim dłuższą chwilę?
Flaner to spacerowicz, więc wiele czasu będzie trawił na bezcelowe piesze wędrówki. Nie muszą być zresztą piesze, może przecież przejechać się rowerem czy innym środkiem transportu. Również w miejscu swego zamieszkania będzie „marnował” czas na spacery.
Kontemplacja versus amerykanizm?
Cenimy konkretne efekty, osiągnięcia, „odhaczone” punkty z listy. Takie podejście zdecydowanie jest wskazane przy obowiązkach domowych, przy robieniu zakupów, jak również w różnych naszych przedsięwzięciach, w których wymagane są dyscyplina i stała praca nad czymś.
Jednak za często przekładamy to na całość naszego życia, na nasze relacje, na nasz plan dnia, jak również na takie dziedziny jak nauka języka – która potrzebuje jednocześnie dyscypliny, ale i swobodnej eksploracji wielkiego nieznanego obszaru, jakim jest obcy język. Tak samo możemy powiedzieć o przełożeniu na naszą codzienną modlitwę.
Gdy wybrano papieża Leona XIV, niektórzy głębiej „siedzący” w historii Kościoła komentatorzy wskazali, że – ironia losu – poprzednik sługi sług Bożych pochodzącego z USA, Włoch Leon XIII potępił m.in. herezję amerykanizmu. W dużym uproszczeniu i skrócie polegała ona na przedkładaniu cnót naturalnych nad cnoty nadprzyrodzone. Mówiąc prosto: Joe, co tam będziesz „kminił” nad tym Najświętszym Sakramentem, idziemy budować katolicyzm w Stanach. Ujmując rzecz ewangelicznie: to całkowita pochwała Marty i usunięcie Marii z kart Ewangelii.
Czy w coś takiego nie popadliśmy? Jeśli tak, to dobrym początkiem przełamania tego będzie poświęcenie jakiegoś czasu na „szwendanie się” bez celu po mieście i obserwowanie go. Zwiedzenie obcego miasta podczas wycieczki czy delegacji, bez patrzenia w rygorystyczne przewodniki. Z czasem przyjdzie kontemplacja.
PS Ten felieton nie był w żaden sposób planowany, jest efektem miłych chwil spędzonych przy komputerze z pyszną kawą.
