Ostatnio przetoczyła się przez Polskę ogromna dyskusja dotycząca wychowania: z tego przedmiotu należy się wypisać, a z tamtego nie. Religia w szkole, czy jednak poza nią? Mam, tu lekka ironia, innowacyjny pomysł.
A mianowicie nauczyć dzieci – a może także i nas – czegoś, co jest bardzo ważną umiejętnością w życiu: przegrywać. Mam wrażenie, że w tym przedmiocie wszyscy kulejemy. Cierpi nasze ego, nie dajemy sobie rady, chcemy natychmiastowych efektów, wiele rzeczy traktujemy jak pojedynek i konkurs, w którym wygrany jest tylko jeden.
Co oczywiste, przekłada się to na kolejne pokolenia. Rodzicom bardzo trudno jest nie przenosić swoich przekonań na dzieci. Dlatego tak często zajęcia pozalekcyjne, spotkania młodzieżowe stają się poligonem ego, na którym od najmłodszych lat dzieci popychane są przez swoich rodziców do zwycięstwa za wszelką cenę, bo przecież potomstwo ma dawać powód do dumy.
Dorastając w takim środowisku, młody człowiek ma poważny problem. Gdy spotka nawet proste wyzwanie, może je potraktować jako osobistą porażkę. W świecie, który przypomina pole bitwy, przegrany się nie liczy. A gdy przegrywa, nie należy się nim zajmować.
Dlatego tak bardzo potrzeba nam chrześcijańskiego – to znaczy włączającego – wychowania. W tym systemie nie zostawiamy nikogo z tyłu, nie śmiejemy się z innych, którym nie wychodzi. Tak ukształtowane dzieci stają się potem empatycznymi, bystrymi dorosłymi, którzy potrafią przegrywać.
Przede wszystkim nie traktują życia w matrycy przegrany-wygrany, a jeśli nawet stoją w obliczu obiektywnej życiowej porażki, nie wiążą z nią swoich losów, bo wiedzą, że ich godność nie zależy od statusu czy sytuacji.
Uczmy młodszych i sami wdrażajmy naukę o przegrywaniu. Dzięki temu zbudujemy społeczeństwo odporne na gorsze dni.
Z życzeniami dobrej lektury
Bartłomiej Wojnarowski
redaktor naczelny miesięcznika „Adeste”
