Współczesne media nieustannie walczą o naszą uwagę. W gruncie rzeczy to walka o zasięgi, pozycję na rynku, siłę przebicia – a więc o pieniądze. Nic dziwnego, że każdy uczestnik tej gry szuka najskuteczniejszych środków. Jednym z nich jest bez wątpienia granie na emocjach. Tylko czy to rzeczywiście etyczne i moralne?
To jasne, że silne emocje przyciągają i utrzymują uwagę odbiorców. Tak samo jasne jest, że do najsilniejszych emocji, od zarania dziejów, należy strach. Dlatego nie dziwi, że współczesne media tak chętnie nim epatują. To po prostu skuteczna strategia. Wystarczy jednak spojrzeć szerzej, by dostrzec negatywne konsekwencje społeczne takiego podejścia.
Fearmongering, czyli sianie strachu
Współczesne media coraz chętniej korzystają z taktyki określanej w języku angielskim jako fearmongering (dosł. sianie strachu). Polega ona na tworzeniu treści, które mają wzbudzać u odbiorcy niepokój, lęk lub poczucie zagrożenia. Celem nie jest rzetelne przekazanie informacji, lecz wywołanie silnej reakcji emocjonalnej – takiej, która skłoni do kliknięcia, udostępnienia lub dalszego czytania. W dobie mediów cyfrowych, gdzie każde kliknięcie przekłada się na zysk lub zasięg, emocje – zwłaszcza strach – stają się potężną walutą.
Przykłady? Można je znaleźć codziennie. Ot, chociażby w dniu, w którym piszę ten tekst, na stronie głównej Interii znajduję złowrogi nagłówek: „Od kilkunastu lat nie było tak źle. Przygnębiające dane zza oceanu” („Aleja tornad” coraz szersza. Rok może być jednym z najgorszych w historii [w:] interia.pl). Po kliknięciu otwiera się przede mną artykuł pod innym tytułem – co jest kolejną sprytną sztuczką stosowaną przez portale internetowe na każdym kroku. Ale do rzeczy. W artykule czytamy, że w pierwszej połowie 2025 roku w USA zaobserwowano ok. 30% więcej tornad, niż wynosi średnia z ostatnich kilkudziesięciu lat. Pojawia się również cytat amerykańskiego naukowca, według którego obszar zagrożony tornadami od wielu lat się rozszerza. W artykule znalazła się także krytyka władz za politykę klimatyczną. Czy poziom negatywnych emocji w nagłówku jest adekwatny do treści? To już pozostawiam Waszej ocenie.
Drugi przykład – na portalu Fakt (odnośnik do niego znalazłem na głównej stronie Onetu) nagłówek alarmuje: „Więcej osób dostanie wezwanie przed komisję. Na liście nawet kobiety” (Więcej osób osób dostanie wezwanie przed komisję. Na liście nawet kobiety. MON zdradza plany [w:] fakt.pl). Z tekstu dowiemy się, że w 2026 r. wezwania przed komisję wojskową dostaną dziewiętnastoletni mężczyźni oraz osoby, które wcześniej zostały uznane za czasowo niezdolne do służby wojskowej lub nie stawiły się pomimo wezwania – dokładnie tak, jak dzieje się to od wielu lat. Wezwania mają też dotyczyć kobiet posiadających cenne dla wojska kwalifikacje, co również nie jest niczym nowym. Sformułowanie „więcej osób” odnosi się do prognozy MON, według której wezwania ma otrzymać około dwustu trzydziestu pięciu tysięcy osób – w porównaniu do dwustu trzydziestu tysięcy w roku ubiegłym. Nie podano jednak żadnych informacji o źródłach tej prognozy. Artykuł nie informuje nas zatem o żadnej zmianie dotyczącej wezwań przed komisję wojskową, choć nagłówek sugeruje coś przeciwnego.
To zaledwie pojedyncze przykłady z krótkiego okresu, pokazujące jedynie wycinek zjawiska. Nie wspomniałem tu o notorycznym straszeniu np. niesprawdzonymi informacjami czy budzącymi grozę opiniami. Ten mechanizm jest obecny w mediach od dawna, choć w ostatnich latach wyraźnie przybrał na sile, bo wpływ na niego miały m.in. pandemia, konflikty zbrojne czy kryzysy ekonomiczne. Do tej pory wspomniałem oczywiście tylko o popularnych, w miarę poważnych mediach – w tych mniej poważnych bywa jeszcze gorzej.
Moralność straszenia
Jak to wszystko ma się do katolickiej moralności? Warto przede wszystkim patrzeć na treści medialne przez pryzmat ósmego przykazania. Katechizm Kościoła katolickiego jasno uczy, że: „Ósme przykazanie zabrania fałszowania prawdy w relacjach z drugim człowiekiem”, a wykroczenia przeciw niemu „są poważną niewiernością Bogu i w tym sensie podważają podstawy Przymierza” (KKK 2464).
Kościół wypowiada się również bezpośrednio na temat środków masowego przekazu. Ważnym dokumentem poruszającym tę tematykę był dekret Soboru Watykańskiego II Inter Mirifica o środkach społecznego przekazu, w którym czytamy m.in.: „ukazywanie, również za pośrednictwem środków społecznego przekazu, zła moralnego w opowiadaniu, w opisie lub obrazie może niewątpliwie służyć głębszemu poznaniu i odkrywaniu człowieka oraz ukazywaniu i podkreślaniu wzniosłości prawdy i dobra, gdy zastosuje się odpowiednie dramatyczne środki wyrazu. Jednakże, aby środki te nie przynosiły duszom raczej szkody niż pożytku, winny być całkowicie podporządkowane zasadom moralnym, zwłaszcza jeżeli chodzi o sprawy, które wymagają należnego poszanowania, albo o takie, które budzą niskie instynkty w człowieku zranionym grzechem pierworodnym” (Inter mirifica, 7).
Więcej konkretnych wskazań zawiera instrukcja duszpasterska Communio et progressio o środkach społecznego przekazu, opublikowana w Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 1971 r. Czytamy w niej: „Nie wystarczają zatem dobre chęci i prawość woli, by tym samym przekazywanie nosiło cechy przekazu uczciwego. Ponadto, należy przekazywać fakty zgodne z prawdą, to znaczy dawać ich prawdziwy obraz, zgodny z wewnętrzną prawdą przedstawianych wydarzeń. Zasługa i wartość moralna jakiegoś przekazu nie zależy od samego tylko tematu czy od doktryny, jaką temat ten zakłada, ale także od rodzaju przekazu, od sposobu przedstawienia, mówienia i przekazywania, dalej, od okoliczności towarzyszących i wreszcie, od odbiorców, do których dany rodzaj przekazu jest skierowany” (Communio et progressio, 17).
Rozbrojenie komunikacji
Kolejni papieże wypowiadają się jeszcze bardziej bezpośrednio na temat rzetelności mediów. Jednym z najświeższych przykładów jest ostatnie orędzie papieża Franciszka na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, opublikowane w styczniu 2025 r. Niedawno zmarły papież zwracał w nim uwagę na potrzebę łagodności i nadziei w przekazie medialnym. Tym pozytywnym aspektom przeciwstawił często spotykane we współczesnych mediach dezinformację i polaryzację.
W papieskim orędziu czytamy m.in.: „Dzisiaj nazbyt często przekaz nie rodzi nadziei, lecz lęk i rozpacz, uprzedzenia i niechęć, fanatyzm, czy wręcz nienawiść. Nazbyt często upraszcza on rzeczywistość, aby wywołać reakcje instynktowne. Używa słów jak miecza. Posługuje się nawet informacjami fałszywymi lub sztucznie zniekształconymi, aby narzucać wiadomości mające na celu pobudzenie emocji, sprowokowanie, zranienie. Już wielokrotnie podkreśliłem potrzebę »rozbrojenia« komunikacji, oczyszczenia jej z agresji” (orędzie na LIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, 24 I 2025).
Problem, o którym piszę, został oczywiście dostrzeżony w Watykanie już dużo wcześniej. Święty Jan Paweł II zdefiniował go w analogicznym orędziu już dwadzieścia lat temu, mówiąc: „Zamiast budować jedność i zrozumienie, media mogą być wykorzystywane do demonizowania innych grup społecznych, etnicznych i religijnych, podsycając strach i nienawiść. Osoby odpowiedzialne za styl i treść przekazu mają poważny obowiązek zapewnienia, że tak się nie stanie” (orędzie na XXXIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, 24 I 2005).
Powyższe wypowiedzi nie pozostawiają wątpliwości, że medialne straszenie – czy, jak kto woli, fearmongering – jest głęboko nieetyczne i niemoralne. Takie praktyki nie tylko godzą w prawdę, ale też wprowadzają zamęt w społeczeństwie i mogą spowodować trudne do przewidzenia skutki. Kościół wielokrotnie podkreślał, że media powinny służyć dobru wspólnemu – rozprzestrzenianiu prawdy, pokoju i nadziei, a nie manipulacji i strachu. Dlatego dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy mediów tworzonych w sposób odpowiedzialny, uczciwy i etyczny.
