…a że to katolickie czasopismo, to tak naprawdę ten artykuł będzie o dzieciach w kościele. Jakiś czas temu przez internet przetoczyła się dyskusja o miejscu dzieci w przestrzeni publicznej, o lokalach „bez dzieci”, mrożące krew w żyłach historie o „rozwydrzonych bachorach” uniemożliwiających innym spokojne spędzenie czasu w restauracji, samolocie, kawiarni itp. A jak to wygląda w K/kościele?
Kościół to szczególne miejsce ciszy, skupienia i modlitwy – jeśli przyjmiemy taką definicję, to dolna granica wieku wstępu do kościołów powinna być ustalona na około siódmy rok życia. Nie powinno się ponadto wpuszczać osób z niepełnosprawnościami, szczególnie umysłowymi, co poniektórych nastolatków, a może i niejednemu dorosłemu by się oberwało. Czy to znaczy, że z domu Bożego należy uczynić targowisko? Zdecydowanie nie. Może jednak przyjmijmy, że kościół to nie tylko miejsce ciszy, ale i budowania wspólnoty. Nie tylko przestrzeń na skupienie, ale i na pełne miłości zainteresowanie potrzebami drugiego człowieka. Dom nie tylko modlitwy, ale i miłości Boga i bliźniego w najpełniejszym jej wymiarze. Co to oznacza? Skupienie nie tylko na sobie i swoich potrzebach, ale również podejście z wyrozumiałością do innych, a jeśli możemy – to i zaoferowanie pomocy oraz dobrego słowa.
Czego Pan Jezus nigdy nie powiedział?
„Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie, ale tylko tym grzecznym” – właśnie tak Pan Jezus nie powiedział. Co rusz w internecie i nie tylko ożywa dyskusja o tym, jak dzieci powinny lub nie powinny zachowywać się w kościele. Słychać twierdzenia o nieudolności wychowawczej rodziców, o krzyczących i biegających dzieciach. Przekaz wyłania się taki, że jeśli rodzic nie potrafi sprawić, żeby dziecko siedziało cicho w ławce całą mszę, to powinien coś z tym zrobić. Co? Tu pomysły są różne. Pierwszy to wyjście z dziećmi na zewnątrz. Nieważne, że w Polsce przez dziesięć miesięcy w roku jest zimno. Masz „niegrzeczne” dziecko? Marznij. Inni polecają zostać z dzieckiem w domu. Słusznie, niech rodzina cały dzień żyje w chaosie, bo rodzice muszą chodzić do kościoła na zmianę. Za to dzieci wcale nie uczą się wypełniania obowiązku niedzielnego i, o ironio, zachowania na mszy. Rodzinna niedziela? Nie dla Ciebie, rodzicu małego dziecka. Inna proponowana ewentualność to uczęszczanie na tzw. msze dla dzieci, przez wielu wyśmiewane, ale często będące jedyną szansą na jako takie przeżycie mszy bez potępiających spojrzeń (ale jeśli nie uda Ci się, drogi rodzicu, podporządkować całego planu dnia tej jednej mszy, to cóż, Twoja strata).
Coś o dostępności
Dostępność, czyli dostosowanie obiektów do potrzeb osób ze szczególnymi potrzebami jest coraz powszechniejszym trendem. I bardzo dobrze. Mam jednak wrażenie, że kościoły w tym ogólnym trendzie uczestniczą dość rzadko. Gdy jedna mama pisała o tym, że w kościele przydałaby się przynajmniej toaleta, już nie mówiąc o przewijaku, kąciku do karmienia czy przestrzeni dla dzieci, została powszechnie wyśmiana. Przewijak w kościele? W głowach się tym młodym rodzicom poprzewracało. No tak… zacznijmy od podstaw. Do niektórych kościołów nie da się nawet wejść, bo nie ma podjazdu dla wózków (cóż… osoby z niepełnosprawnościami też lepiej, żeby zostały w domu?) czy tej nieszczęsnej ogólnodostępnej toalety (to by się każdemu czasami przydało, ale szczególnie kobietom w ciąży, osobom starszym czy właśnie małym dzieciom). Czy bez tego rodzice sobie jakoś poradzą? Owszem. Jeśli jednak chcemy ułatwić wiernym chodzenie na nabożeństwa, to może warto się o to postarać. Sama nieraz wybierałam kościół właśnie pod kątem dostępnej infrastruktury i dzięki Bogu mam z czego wybierać, bo mieszkam w dużym mieście. Czasami jednak wybór jest między jednym kompletnie niedostosowanym kościołem a pozostaniem w domu – i niech nikt nie odważy się osądzić rodziców, którzy wybiorą to drugie.
Ach te spojrzenia, te komentarze…
Nie tak dawno temu po internecie krążył filmik, na którym dziecko, biegnąc, wpadło na figurę Chrystusa, przez co figura spadła i się rozbiła. Czy tego dziecka w ogóle nie powinno tam być? Owszem. To jednak nie był według mnie największy problem. Wypadki się zdarzają, a dzieci potrafią bardzo szybko znaleźć się tam, gdzie nie powinny, i to pomimo czujności opiekuna. Najbardziej zasmuciły mnie komentarze pod tym filmikiem, szczególnie księży. „Dobrze, że to nie ja odprawiałem, bo nie wiem, co bym zrobił” – to znaczy co? Sugerujesz, drogi księże, że Twoje zachowanie odbiegałoby diametralnie od przykazania miłości? Inny ksiądz pisał, że jak dzieci się dobrze wychowuje i pilnuje, to takie rzeczy się nie dzieją. Otóż nie. Według tabeli umiejętności z zakresu funkcjonowania społeczno-emocjonalnego dziecka do lat sześciu dopiero dziecko w wieku trzech, czterech lat zaczyna rozumieć zasady i ich przestrzegać, a dopiero cztero-, pięcioletnie potrafi dostosować się do zasad w grupie. Jeżeli więc widzisz nieposłusznego dwu-, trzylatka, to nie wina nieudolnych rodziców, a normalny etap rozwoju. Obarczanie winą rodziców to tylko kolejna cegiełka dokładana do wypalenia rodzicielskiego, rezygnacji młodych rodziców z życia publicznego (w tym chodzenia do kościoła) i w dalszej perspektywie zmniejszenia dzietności – bo jest heroizmem decydowanie się na kolejne dziecko, gdy zewsząd płynie tylko krytyka, a brak za to jakiegokolwiek wsparcia – i to również ze społeczności, z której takiego wsparcia można by się spodziewać.
Trochę prywaty
Sama jestem matką dwójki małych dzieci. Chodzę z nimi wszędzie – jeździmy komunikacją publiczną, odwiedzamy muzea, kawiarnie, parki, urzędy, uniwersytety; ogółem można stwierdzić, że mam duże doświadczenie w przebywaniu z dziećmi w przestrzeni publicznej. I wiecie co? Nigdzie nie spotkały mnie przykre komentarze na temat zachowania moich dzieci, poza kościołem. I to nie raz, i też nie dwa. I niestety wiem, że nie jestem w tym doświadczeniu sama. Moje dzieci zachowują się… jak dzieci, czyli dla niektórych już nieakceptowalnie. Doszłam do tego etapu, na którym wspólne wyjście do kościoła było dla mnie dużym stresem, odbijającym się później na dzieciach, gdy tylko te zaczynały się zachowywać „nie tak, jak trzeba”.
Z zazdrością patrzyłam na rodziców tych „grzecznych” dzieci (tak, istnieją spokojniejsze „egzemplarze”, ale to nie znaczy, że każde dziecko tak potrafi) i żaliłam się Panu Bogu, że ja nie chcę się złościć na te moje „niegrzeczne” i nie chcę, żeby msza kojarzyła się im ze strachem, zakazami i niezadowoleniem rodzica oraz wszystkich innych. I oczywiście, te negatywne komentarze nie płyną od większości; większość przynajmniej stara się nie zwracać uwagi. I to już jest coś. A jeśli by zamiast negatywnej myśli czy komentarza na temat tego nieznośnego dziecka i jego rodziców popłynęła z naszego serca modlitwa: „Boże, wspomóż tych rodziców, bo na pewno jest im ciężko”, to już byłoby super. A jeszcze lepiej, gdybyśmy mogli zaoferować uśmiech, rozproszenie płaczącego dziecka, pomoc we wniesieniu wózka itp., ale jeśli nie, to modlitwa wystarczy. Myślę, że pomoże i rodzicom, i dzieciom, i pozostałym wiernym.
Nie będzie dzieci, nie będzie problemu
Liczba chrztów cały czas spada. To poniekąd oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę również nieustająco malejącą liczbę urodzeń. Jednakże dane nie napawają optymizmem. W 2023 roku udzielono o 28,3% chrztów mniej niż w roku 2019. Równocześnie społeczeństwo coraz szybciej się starzeje. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat kościoły mogą stać się kółkami emerytów. Problem „nieznośnych” dzieci sam się rozwiąże. Czy jednak o to nam naprawdę chodzi? Jeżeli rodziny z dziećmi będą nadal zniechęcane nieprzychylnymi komentarzami, jeżeli wyrzucimy je poza mury kościelne, to może się okazać, że te dzieci już nie wrócą. Nie pójdą do pierwszej komunii, nie przyjdą po bierzmowanie, a ślub wezmą jedynie cywilny, o ile w ogóle. I wizje kółek emeryckich ziszczą się jeszcze szybciej, niż prognozy demograficzne zakładają. Niech więc słowa Chrystusa: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże” (Mt 10, 13-16) będą wyrzutem sumienia i motywacją do realizowania służby braciom, również tym najmniejszym.
