„[…] zarówno wierzący w Boga
będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna,
jak i niepodzielający tej wiary,
a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł […]”
Powyższy cytat z naszej konstytucji jest piękny, ale jak powiedział wieszcz: „I tu jest mały problem. Nie działa” (Kapitan Bomba, odc. 119 Kolorowy alarm).
Wartości, wartości
Wartości różnych grup obywateli są nie tylko różne – są ze sobą sprzeczne. To, co dla jednych jest wartością, dla drugich jest antywartością – i odwrotnie. Są ludzie święcie wierzący w prawo do aborcji i będą się oni ścierać z ludźmi wierzącymi w prawo do życia. Podobny konflikt zachodzi między uważajacymi relacje homoseksualne za nieróżniące się swoją istotą od heteroseksualnych a tymi, którzy uznają wyjątkowość małżeństwa. Tak samo po przeciwnych stronach barykady stoją ideologiczni weganie twierdzący, że człowiek nie stoi wyżej w hierarchii od reszty królestwa zwierząt, oraz ci, którzy uznają prawdę objawioną i sądzą, że człowiek stoi wyżej w hierarchii bytów od reszty stworzenia. I tak dalej, i tak dalej, ale poprzestańmy na tych trzech przykładach.
„Wolnoć Tomku w swoim domku”?
A może da się zderegulować sporne kwestie do postaci, w której każda strona byłaby zadowolona i mogła realizować swoje wartości? Nie da się. Przedstawiłem trzy przykłady kwestii spornych: aborcję, zrównanie par homoseksualnych z małżeństwami i ubój zwierząt.
Zacznijmy od aborcji. Albo mamy prawo negatywne do zabijania, które zakazuje ludziom dobrej woli przeszkodzić w zabójstwie, albo prawo negatywne do życia, czyli zakaz zabijania, którego złamanie jest karane.
Druga kwestia, czyli zrównanie prawne par homoseksualnych z małżeństwami. Jedynym wyjściem, w którym para homoseksualna ma takie same prawa jak małżeństwo i jednocześnie nie ma żadnych praw, które nie powinny jej przysługiwać, jest sytuacja, w której żadne związki nie są odnotowywane przez Urząd Stanu Cywilnego, a adopcje są możliwe wyłącznie, gdy przysposabiającym jest członek rodziny przysposabianego. Nie mogę w tym momencie stwierdzić, że jest to całkowicie niemożliwe do zrealizowania, ale taki system rodziłby absurdy i nie realizowałby ani zapisów obecnej konstytucji chroniących małżeństwo i rodzinę jako dobro (art. 18 i art. 71 Konstytucji), ani katolickiej zasady wyjątkowości małżeństwa pośród innych rodzajów związków i relacji. Czy tęczowa strona sporu również byłaby niezadowolona z tego typu rozwiązania? Argumentem za odpowiedzią twierdzącą jest to, że nie mogliby wymuszać traktowania dwojga homoseksualistów jako związku w rozumieniu cywilnoprawnym.
Ostatnia kwestia – ubój zwierząt. To dobry przykład niemożności deregulacji, bo wzbudza znacznie mniejsze emocje niż aborcja. Wyobraźmy sobie taką sytuację: rolnik chce ubić świnię. Nie jest to zakazane prawnie. Ale z drugiej strony weganom wolno powstrzymać ubój, tak jakby był on poważnym przestępstwem. Dochodzi do biernego oporu z obydwu stron. Załóżmy, że ani rolnik ze „swoimi”, ani ekipa wegan nie zaatakowali drugiej strony i nie przekroczyli określonych prawnie granic obrony koniecznej. Sprawa trafia do sądu. Któraś ze stron musi mieć rację, a zgodnie z zasadą „co nie jest zabronione, jest dozwolone” rację mają obydwie strony. Jedyny wyrok, jaki może zapaść, jest taki, że prawo nie działa, a w każdym pojedynczym przypadku dopina swego ten, kto jest w stanie „wykiwać” drugą stronę złośliwym biernym oporem.
Dzień dobry, sąsiedzie!
Inspiracją dla tytułu stała się tęczowa torba, którą zobaczyłem w oknie sąsiada. Skojarzyłem też, że członkowie mojej dalszej rodziny wzięli udział w Czarnym Proteście. I wtedy uświadomiłem sobie, że ci, którzy chcą wprowadzić w Polsce zasady dosłownie szatańskie (np. prawo do aborcji), to nie są (wyłącznie) „Żydzi, masoni i cykliści” (uwaga na nisko latającą ironię!), krzykliwy margines i pożyteczni idioci. To są nasi sąsiedzi, nasi krewni, słowem: lwia część polskiego społeczeństwa. Jakkolwiek nie dzielić polskiego społeczeństwa na „nas” i „ich”, „oni” to tacy sami obywatele jak „my”.
Słyszeliście, jak ktoś lub coś jest nazywane „zagrożeniem dla demokracji”? Wymienieni w akapicie powyżej nim nie są. Przy założeniu, że demokracja działa, są zagrożeniem poprzez demokrację, mając takie same czynne i bierne prawo wyborcze jak „my”. Obecnie cenzus poglądów jest szczątkowy (np. zakaz propagowania systemów totalitarnych) i dotyczy publicznie prezentowanych poglądów kandydatów, a nie zawartości głów i sumień wyborców. Nie jestem monarchistą, ale muszę dostrzec jedną zaletę monarchii: król może wprowadzać słuszne prawo niezależnie od poparcia społeczeństwa, ergo może „wziąć za mordę” nieprawomyślnie myślących. Choć wykluczenie źle myślących z formalnego, systemowego udziału we władzy jest rozwiązaniem jedynie częściowym, ponieważ mogą oni szkodzić innymi drogami niż udział w podejmowaniu formalnych decyzji.
Dwa narody?
Naród to „ogół mieszkańców pewnego terytorium mówiących jednym językiem, związanych wspólną przeszłością oraz kulturą, mających wspólne interesy polityczne i gospodarcze” (za: Słownik języka polskiego PWN). Czy w obliczu tego konfliktu wartości Polacy są jednym narodem? A może istnieją dwa narody polskie, definiowane przez różne czynniki?
Terytorium? Wnioskując po wynikach wyborów do różnych organów władzy, podział odbywa się na osi wschód–zachód i, co ważniejsze, miasto–wieś. Stety czy niestety, podział ten nie jest na tyle wyraźny, by mówić o terenach zamieszkałych przez jednych czy drugich. Można jedynie mówić o przewadze o ileś punktów procentowych w populacji. A i to tylko o tyle, o ile wyznawane wartości przekładają się na oddanie głosu na tego czy innego kandydata.
Język polski? Jak na razie jest jeden, choć pojawiają się różnice w znaczeniu słów takich jak: „małżeństwo”, „człowiek”, „kobieta”, „mężczyzna”. Jedni ostentacyjnie używają feminatywów, drudzy ostentacyjnie ich nie używają – nie ze względów praktycznych, lecz aby podkreślić swoją przynależność do określonej strony ideologicznej barykady. Nieco rzadszą językową perypetią jest ignorowanie zasady, że forma męska jest domyślna, i używanie albo obydwu form np. „uczniowie i uczennice”, albo form absurdalnie rugujących płeć z języka, np. „osoby uczniowskie”.
Wspólna przeszłość? Obydwie części mają wspólną historię, jednakże różnią się w ocenie jej składowych. Zamiast sięgać po przykłady z historii naszej polityki, weźmy jako przykład Tadeusza Boya-Żeleńskiego – antyklerykała i propagatora aborcji. Jego działalność zasługuje na potępienie, a jednak jego imieniem nazywane są ulice.
Kultura? Jednym z tematów najwyraźniej pokazujących ten podział jest literacka Nagroda Nobla przyznana Oldze Tokarczuk. Jej twórczość jest zaangażowana społecznie po konkretnej stronie sporu światopoglądowego, stąd jedna frakcja poczuła się doceniona wspomnianą nagrodą, a druga – zaatakowana.
Interesy polityczne i gospodarcze? Pominę ten kawałek ze względu na apolityczność.
Polacy jako wspólnota stanowią jak na razie jedność, choć pęknięcia istnieją i są coraz bardziej wyraźne. I mam wrażenie, że podobne zjawisko zachodzi nie tylko w Polsce. Nie mówię tu o animozjach pomiędzy narodami żyjącymi w jednym państwie czy o ruchach separatystycznych, tylko o podziałach wewnątrz społeczeństw. Czasami mam wrażenie, że członkowie różnych narodów wyznający ten sam system wartości byliby w stanie zbudować bardziej stabilne państwo niż członkowie jednego społeczeństwa wyznający sprzeczne wartości.
„Przecież zamiast się dogadać, lepiej porwać się do szabel”
Powyższe słowa zostały wypowiedziane – a właściwie wyśpiewane – przez zespół Pięć Dwa Dębiec ironicznie. Ale czy na pewno fizyczne starcie jest gorszym wyjściem? Przede wszystkim jest na swój sposób intelektualnie uczciwe – nie udajemy, że jesteśmy w stanie pożenić ogień z wodą i zbudować społeczeństwo z grup wzajemnie gardzących wartościami innych. Kwestie życia i śmierci, takie jak aborcja, pozwalają nawet na zabicie przyszłego niedoszłego sprawcy w ramach obrony koniecznej.
Obecny stan rzeczy nie jest jednak na tyle poważny, żeby użycie przemocy w celu powstrzymania tej drugiej strony było dopuszczalne moralnie (vide KKK 2309).
Metanoia
Starogreckie słowo metanoia jest tłumaczone jako „nawrócenie” lub „zmiana myślenia”. Co nie jest oczywiste w tym tłumaczeniu – chodzi o przemianę samego siebie i zmianę swojego myślenia. Metanoia nie oznacza i nie może oznaczać „nawracania kogoś” czy „zmieniania komuś myślenia”.
Pierwsi chrześcijanie „podbili” Imperium Rzymskie metaforycznie – duchowo poprzez nawracanie, a nie dosłownie poprzez czystki światopoglądowe. Jezus nie dość, że wyraźnie odcinał się od bycia Mesjaszem politycznym, to, wzywając do nawrócenia, nie był społecznikiem. To, co nazywamy „społecznym panowaniem Chrystusa”, wynika z metanoi, a nie na odwrót.
