adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Po Namyśle: Nawracanie kiedyś było prostsze

magazine cover

unsplash_canva

„Wololo, wololo”. Kiedy byłem dzieckiem, nawracanie było właśnie tak proste. Nie trzeba było wieść żadnych dysput teologicznych, dokonywać apologii własnej religii. Wysyłało się swojego kapłana, a on w kilkanaście sekund, w taki sposób, mamrocząc tylko powyższe słowa, załatwiał sprawę.

Oczywiście nie jest to przedstawienie realnego życia, a jedynie rzeczywistości wirtualnej. Kiedyś w wolnych chwilach lubiłem siąść sobie przed komputerem i zagrać w Age of Empires. To taka gra strategiczna, w której rozwija się swoją cywilizację poprzez wznoszenie budynków, zwiększanie liczebności populacji, dokonywanie odkryć oraz odnoszenie zwycięstw nad przeciwnikami. Można z niej wyciągnąć kilka ciekawych analogii.

„Wololo, wololo”

Wykorzystywanie kapłanów, żeby pokonać wroga, było moją ulubioną strategią. Wysyłałem kapłana łodzią na terytorium przeciwnika i z brzegu nawracałem jego wojowników. Jeśli coś szło nie po mojej myśli i zostałem zaatakowany, zawsze mogłem się schronić w tej łodzi, odpłynąć i spróbować szczęścia w innym miejscu, z bezpiecznej odległości. Mając limit tworzenia wynoszący dwieście jednostek, dzięki nawróceniom mogłem zwiększać mój „naród wybrany” i jego armię nawet do czterystu i więcej jednostek.

Niedawno dowiedziałem się, że ta pozornie bezsensowna zbitka „wololo” wzięła się… z łaciny. Z tym że potocznej, mówionej. Volo (il)lo odczytywane wymową restytuowaną jako „łolo (il)lo” tłumaczyć bowiem można jako „chcę (je)go”. Kiedy uświadomimy sobie, że taki kapłan kierował te słowa do Boga, da się wręcz uznać to za modlitwę wstawienniczą.

Skuteczność nawrócenia można było zaobserwować jako zmianę koloru ubrania nawracanego na nasz. W grze można było dodatkowo „odkryć” życie wieczne, co zwiększało zasięg nawracania, lub przejść na monoteizm, co dawało możliwość nawracania nawet kapłanów innej wiary. Jakże życiowo.

Prawdziwe głoszenie nawrócenia

Dlaczego dzisiaj nie może to być dalej tak samo proste? Prowadzimy natchnione krucjaty w internecie, wynajdujemy coraz to nowe siedliska herezji, zwłaszcza dotyczące samodzielnej interpretacji Biblii, po czym grzęźniemy w bagnie irytacji, kiedy padają kolejne absurdalne argumenty, na które nie byliśmy przygotowani. Co wtedy?

Niewątpliwie apologetyka i jej rozwój są bardzo ważne we współczesnym świecie. Szczególnie młodzieży nie satysfakcjonuje „nie, bo nie”. Ale oprócz tego warto również dawać przykład własnym życiem, zwłaszcza pełniąc dzieła miłosierdzia. Oczywiście nie w sposób ostentacyjny, nie tak, żeby wszyscy nas chwalili. Przykładem może być tu św. Teresa z Kalkuty. Ona głosiła traktaty teologiczne, zajmując się tymi, od których wszyscy się odwrócili. Codziennie zaczynała swoją pracę na nowo. Głosiła Boga czułego, kochającego, wiernego, bliskiego. Obecnego tuż obok, w drugim człowieku.

Zobacz też:   Kościół ma nowego biskupa

Do tego nie możemy zaniedbywać modlitwy. Zwłaszcza uczestnictwa w „źródle i szczycie” naszego życia, jakim jest msza święta. To też jest miejsce, gdzie może dokonać się niejedno nawrócenie. Oczywiście chodzi o porządnie celebrowaną mszę, a nie chałturę dla poklasku tłumu, który trwa tylko do znalezienia lepszej rozrywki. Wiele razy już to pisałem, ale powtórzę: emocje muszą być jednym z elementów świadomej wiary, a nie jej podstawowym paliwem.

„Nie masz wystarczająco wiary, aby przeprowadzić kolejne nawrócenie”

Zawsze odczuwamy radość, kiedy uda nam się kogoś nawrócić. Nieraz nie sposób odeprzeć pokusy myślenia, że to nasza zasługa, a nie Boga. I właśnie wtedy okazuje się, że może jednak mamy za mało wiary, żeby zrobić cokolwiek więcej, żeby uratować kolejną osobę. W grze po prostu wyświetlały się powyższe słowa i trzeba było chwilę poczekać, żeby dalej nawracać. W życiu nie jest to takie łatwe.

Innym razem można było usłyszeć w grze dźwięk rogu myśliwskiego. Był to sygnał, że ktoś nas atakuje. Jeśli za bardzo się wczuło w sytuację w grze, można było zejść na zawał przed komputerem. Ale kto nas może zaatakować? Może to „obcy kapłan”, a my w chwili słabości się poddamy? A może to „zwykli siepacze”, ale my bez obrony po prostu zginiemy? A może to sam szatan, a my jesteśmy zbyt podatni na pokusę? Co zrobić w takiej sytuacji? Może warto wrócić wtedy „w zasięg naszej świątyni”, do „naszych kapłanów”, żeby wśród bliskich poczuć się bezpiecznie?

Tam z kolei można było usłyszeć dźwięk poruszanych wiatrem dzwoneczków. To był dźwięk oznaczający proces leczenia po ranach odniesionych w boju. Zostaliśmy uzdrowieni. Znaleźliśmy kapłana, który „wsparł nas na dalszą walkę”. Po naszemu? Przystąpiliśmy do sakramentu pokuty, przyjęliśmy Ciało Pańskie. Znowu jesteśmy silni. Ale…?

Może zatem na koniec tego Wielkiego Postu jednak przemyślimy, czy dobrze wykorzystaliśmy naszą szansę na nawrócenie siebie i innych. I zastanowimy się, czy może na sam koniec, przed Świętami Wielkiej Nocy, nam samym nie przydałoby się „wololo, wololo”.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.