adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Camino de Santiago – droga inna niż wszystkie

magazine cover

pixabay.com

Mijają właśnie 4 lata, odkąd wyruszyłem z progu własnego domu, by idąc drogami Europy, dotrzeć do hiszpańskiego sanktuarium w Santiago de Compostela, gdzie – jak głosi Tradycja – spoczywają doczesne szczątki św. Jakuba Apostoła. Było to 110 dni zmagań, 3658 km niepewności, miliony myśli i cisza. Cisza drogi, cisza przebywania sam na sam ze sobą, cisza przebywania z Bogiem. Czego ona mnie nauczyła?

Santiago to jedno z miejsc, oprócz Rzymu, Jerozolimy i Trondheim (daw. Nidaros szlakiem św. Olafa), do którego już we wczesnym średniowieczu pielgrzymowały tysiące pątników. Szlaki te tworzyły tzw. Krzyż Europy. Podobnie jest i dziś. Można wręcz powiedzieć, że piesze wędrowanie (gdyż nie każde wejście na pątniczy szlak nazwać można pielgrzymką) przeżywa swoisty renesans. Spośród tych czterech dróg jedynie pielgrzymki do Santiago zachowały swój pieszy charakter, nieporównywalny z żadnym innym doświadczeniem. Każdego dnia Drogi św. Jakuba, którymi opleciona jest cała Europa od Sankt Petersburga po wybrzeża Atlantyku na Wyspach Brytyjskich, przemierzają pielgrzymi, którzy walcząc ze sobą – ze swoim ciałem, wadami charakteru, słabościami, brakiem wiary – chcą coś przekazać temu, który chodził wraz z Chrystusem, Jemu towarzyszył i za Niego oddał życie.

Droga i cel

Trasa ta jest doprawdy niezwykłą drogą. Wychodząc na szlak, szukając pustyni, nie sądziłem, że pełna ona będzie ludzi, tych przypadkowych spotkań, z których każde uczy czegoś innego. I nie ma znaczenia, czy rozmawiasz, czy jedynie gestykulujesz, szukając wspólnego języka z katolikiem, protestantem, prawosławnym, muzułmaninem, ateistą, poszukującym, lesbijką, świętym, grzesznikiem czy kimkolwiek innym (a ich wszystkich spotkasz na tej drodze). Samotność drogi i jej cisza uczą bycia sam na sam ze sobą, uczą całkowitego przyjęcia samego siebie w prawdzie, czyli czegoś, przed czym tak wielu dziś ucieka, bojąc się zmierzyć z tym, co noszą w swoich sercach – z ruinami, które tak bardzo bolą i wołają o miłość, a bywa, że również o sprawiedliwość. To doświadczenie uświadamia, że aby realnie spotkać się z drugim człowiekiem, trzeba wobec niego postąpić dokładnie tak samo, tzn. przyjąć go takim, jakim jest, otworzyć się na niego z tym wszystkim, co ze sobą niesie, bez oceniania i taniego moralizatorstwa. Bez tej podstawowej umiejętności nie istnieje możliwość budowania dialogu. Wtedy zamiast dialogowania bierze się udział w negocjacjach albo w monologu.

A cel? Wielu wciąż go szuka. Jest on na tyle ważny, że nadaje sens drodze. Ukierunkowuje ją, przemienia włóczęgostwo w pielgrzymowanie. Dziś wiem, że im więcej kilometrów, dni i lat pokonuje się w poszukiwaniu celu, nawet bliżej nieokreślonego, lub sensu, który sprawi, że dotychczasowy trud nie okaże się daremny, tym wyraźniejsza świadomość, że można przemaszerować różnymi drogami cały świat, lecz jeśli nie wejdzie się w życiu na drogę miłości, ostatecznie okaże się ono zmarnowane. I za to zmarnowane życie trzeba będzie kiedyś odpowiedzieć.

A co z wolnością?

Dopiero tam, w drodze, poznałem, czym jest. Była tym, co odcisnęło na mnie największe piętno i sprawiło, że wciąż rośnie we mnie tęsknota za drogą. Nie jest to taka wolność, która objawiła się nagle i powiedziała: „rób, co chcesz”. Przeciwnie, kolejne dni i tygodnie marszu stawały się wielką szkołą, w której to ja dojrzewałem do przeżywania własnej wolności. Poznałem ją niejako w trzech wymiarach, poznałem wolność od czasu, przestrzeni i ludzi.

Pokonawszy już lęk przed wyruszeniem w samotną drogę, przed wyrwaniem siebie z dotychczasowego życia i pogodziwszy się z tym, że przede mną nieznane, kiedy to wszystko się już stało, pomimo wyznaczonego celu zaczęły dziać się nietypowe rzeczy. Planując każdego dnia kolejne odcinki, spoglądając na mapę, przestałem sprawdzać odległości w kilometrach, natomiast określałem je w godzinach albo dniach marszu. Coraz mniejsze znaczenie miał także czas. Najpierw w odstawkę poszły dni tygodnia, które zlewały się ze sobą. Nie miało żadnego znaczenia, czy jest poniedziałek, środa lub niedziela. Ale nie tylko to. Także podział czasu na godziny przestał spełniać swoją funkcję. Rytm życia wyznaczały mi jedynie wschody i zachody słońca.

Najtrudniejszą wolnością okazała się jednak ta od ludzi. Samotność i jej cisza, które nieuchronnie prowadziły do konfrontacji z samym sobą, z własną przeszłością i jej mrokami. Przecież przed tym wszyscy właśnie uciekamy. Boimy się tego. To dlatego żyjemy w ciągłym hałasie, zabiegamy o to, by wciąż grała muzyka, łudząc się, że znajdziemy w niej ukojenie, a w rzeczywistości jest to ucieczka. Tymczasem Bóg mówi w ciszy. Dopiero w ciszy samotności okazało się, jak wiele problemów, spraw i wydarzeń znajduje swoje właściwe rozwiązanie poza sferą języka, muzyki czy dźwięku. To cisza pozwala tak naprawdę dogłębnie „wejść w samego siebie” i sięgnąć korzeni, tego, co stanowi moje „ja”. W ciszy odnalazła mnie Osoba, która towarzyszyła mi przez całą dalszą wędrówkę, ucząc mnie o tym, kim jestem. Trudne to były lekcje.

Tego nauczyła mnie droga do Santiago – i wciąż mnie uczy.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.