adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Pokazywać i pielęgnować to, co Boże

magazine cover

pixabay.com

O roli Kościoła w odzyskaniu niepodległości przez Polskę i trudnościach tamtego okresu, oraz o polityce wśród duchowieństwa – tego sprzed stu lat i tego dzisiejszego.

Jan Buczyński: Księże Biskupie, rok 1918 to czas, gdy Polska wraca na mapę Europy. Jaka była rola Kościoła katolickiego w odzyskaniu niepodległości przez naszą ojczyznę?

Bp Marek Solarczyk: Trzeba mieć świadomość, że jeżeli dotykamy roku 1918, to ostatecznie rzecz biorąc mamy do czynienia z różnymi etapami i w związku z tym różną rolą Kościoła na każdym z nich. Po pierwsze: to wszystko, co było do 1918 roku, a więc najogólniej mówiąc czas zaborów. I tutaj rzecz jest chyba oczywista, że po prostu ludzie Kościoła (w rozumieniu najpierw węższym, czyli duchowni, duchowieństwo, życie konsekrowane) byli tymi, którzy towarzyszyli całej wspólnocie ochrzczonych tak naprawdę na każdym etapie wszystkich przeżyć. To były oczywiście elementy zbrojne, jak powstania, były elementy represji (zaczynając od zsyłek, idąc przez kasaty zakonów, czy likwidacje diecezji), był to czas zwyczajnej, wydawałoby się, normalnej pracy i normalnego życia. To przecież właśnie we wspólnocie Kościoła, choćby w wielu parafiach i klasztorach, dokonywało się podtrzymywanie ducha polskości, patriotyzmu. Nie zapominajmy też o takich postaciach jak chociażby Rafał Kalinowski czy Brat Adam Albert Chmielowski, którzy rozpoczynali pewne swoje dzieła, odczytując nowe etapy. I wreszcie: ludzie Kościoła, nie wyłączając duchownych, byli tak naprawdę inicjatorami i opiekunami wielu pozytywnych dzieł, które chroniły to, co było wartością rodzin, które rozwijały różne aspekty gospodarcze, spółdzielcze, rzemieślnicze, ekonomiczne, kulturalne, oświatowe i inne.

To wszystko pod koniec XIX i na początku XX wieku. A drugi etap?

To oczywiście sam moment przełomu, czyli rzeczywistość lat 1917, 1918 – tak naprawdę aż do roku, powiedzmy, 1922. Bo to jest ten czas, gdy zwyczajna posługa duszpasterska w Kościele była niesamowicie cenna i ważna. Ona budowała to, co jest i zawsze będzie największym bogactwem dla człowieka, ona dawała siłę i nadzieję w trudnych chwilach – i tutaj nie sposób nie odwołać się do ogromnego dzieła duchowego i modlitewnego w okresie przed sierpniem 1920 roku oraz posługi wielu duchownych, i na froncie, i „na tyłach”.

Ale to jest też pewna rola, która dziś może wydawać się zupełnie zaskakująca, czyli ta stricte polityczna, zaczynając od postaci kard. Aleksandra Kakowskiego, właściwie przewodniczącego i członka Rady Regencyjnej, idąc przez bardzo wielu duchownych rzymskokatolickich i grekokatolickich (jeżeli chodzi o społeczność ukraińską – obywateli polskich), którzy byli zaangażowani w działalność polityczną również na poziomie parlamentu czy też Sejmu Ustawodawczego, biorąc pod uwagę okres 1919-1922. Oczywiście to się wiązało z tym, że ci duchowni byli w swoich strukturach terenowych w wielu wypadkach liderami i autorytetami lokalnych społeczności. Duchowni bywali burmistrzami i prezydentami miast, członkami rad miejskich i gminnych itd. Jednocześnie warto zaznaczyć, że z biegiem czasu tej działalności stricte politycznej było mniej, na różnych szczeblach władzy, aż po parlament. To wszystko było dla duchownych, dla ludzi Kościoła (ale nie tylko) naturalną kontynuacją tego poprzedniego etapu z okresu zaborów.

Było naturalne, ale chyba nie przebiegało bez różnych trudności?

Te dzieła były dokonywane w bardzo trudnej sytuacji, biorąc pod uwagę chociażby dwa czynniki: po pierwsze ogromne zaniedbania w sferze socjalnej, bytowej, zwłaszcza po dużych zniszczeniach wojennych – tutaj troska o człowieka była niezwykle cenna. Pamiętajmy też o tym, że Rzeczpospolita Polska odzyskująca niepodległość tworzyła dopiero swoje struktury. To było państwo, które musiało zadbać też o pewne gwarancje terytorialne, a co najważniejsze: tak naprawdę musiało połączyć trzy organizmy. Bo, czegokolwiek byśmy nie mówili, jeśli chodzi o zabory, to pewna specyfika ludności, pewne doświadczenia i bogactwo kultury tych rejonów, inne systemy prawne, również pewna specyfika, jeżeli chodzi o życie kościelne, różne tradycje – to wszystko było wyzwaniem, zaproszeniem, ale też i pewną okazją, żeby z tej różnorodności zrobić jedność.

Kościół Katolicki musiał zmierzyć się też z obecnością innych wyznań i innych religii w II RP, bo przecież Polska tamtego czasu była wielokulturowa, wielonarodowa i wieloreligijna – dużo bardziej niż dzisiaj. Jak Kościół sobie z tym radził sto lat temu? Przecież takie pojęcia jak „ruch ekumeniczny” czy „dialog międzyreligijny”, które dziś są mocno obecne – wówczas dopiero się wykuwały, przynajmniej oficjalnie. Ale może na poziomie lokalnym, niższym, to już działało?

Przy takiej okazji próbujmy zawsze precyzować rozumienie słowa „Kościół”. Najpierw będzie oczywiście kwestia hierarchii Kościoła, a później szeroko rozumianej wspólnoty. Myślę, że tutaj ostatecznie problem polega na tym, jakie my mamy skojarzenia. Punkt wyjściowy w tamtym momencie był bardzo prosty: ci ludzie żyli między sobą! Oni, w ich mentalności, żyli od zawsze między sobą. Był sąsiad katolik, ale był i prawosławny. Albo był protestant, bo na danym terenie była akurat społeczność niemiecka. Albo był przedstawiciel wspólnoty żydowskiej. Przecież niejednokrotnie w wielu miejscach, bliskich również tutaj Warszawy, mówiło się o wielu miejscowościach, w których był na przykład jeden kościół i dwie synagogi. Ci ludzie byli, mieszkali, żyli ze sobą na co dzień. Pewne reguły, zwyczaje, były jakby naturalne: obok siebie mieszkano, szanowano swoje zwyczaje, tradycje.

Myślę, że jednym z przykładów takiej normalnej i naturalnej koegzystencji jest doświadczenie, które później zostało wypracowane w Wojsku Polskim. Struktury wojska zapewniały żołnierzowi każdego wyznania i każdej religii opiekę duszpasterską. Co więcej: szacunek dla jego tradycji i zwyczajów. Jeżeli to byli Żydzi – to było jedzenie koszerne. Jeżeli to byli przedstawiciele różnych wyznań chrześcijańskich – szanowano właściwe dla nich święta. Pamiętam refleksję jednego z profesorów, specjalisty od wojskowości tego okresu, który z zachwytem mówił, że dowódca jednostki miał obowiązek respektować, a nawet więcej: uczestniczyć w różnych świętach swoich żołnierzy, biorąc pod uwagę ich różnorodność, bo to byli żołnierze Wojska Polskiego, którzy służyli w nim z miłości do ojczyzny – ale jednocześnie oni mieli swoją tożsamość religijną, a w związku z tym wynikające z niej zwyczaje i kulturę. Kiedy patrzymy na mogiły obrońców, chociażby tych z roku 1920, to widzimy na nich i krzyże łacińskie, i krzyże prawosławne, i nagrobki z Gwiazdą Dawida.

Oczywiste jest, że w tamtym okresie były też obecne przypadki biegunów skrajnych: takich, gdzie była rozwinięta w niesamowity sposób współpraca, jedność, żeby nie powiedzieć wręcz: zażyłość, bawiły się razem dzieci – ale były też przykłady przeciwne, gdzie było niezrozumienie czy wręcz agresja wobec siebie. Ale ostatecznie np. w parlamencie mieli zagwarantowane miejsce przedstawiciele wszystkich społeczności (i rzeczywiście tam byli jako wyraziciele swoich wrażliwości, tożsamości). To później, po latach zaowocowało takimi postawami jak historia łódzkiego duchownego ewangelickiego, który odmówił na początku II wojny światowej podpisania Volkslisty, bo powiedział władzom niemieckim, że jest Polakiem, a nie Niemcem, bo urodził się w Polsce, ona go wychowała, dlatego jest stąd. To pokazuje, że ten proces jedności naprawdę był trwały.

Wspomnieliśmy nazwisko kardynała Kakowskiego. Jako arcybiskup wszedł w skład Rady Regencyjnej – dlaczego? Czy nie było to dla nikogo zaskoczeniem? A może przeciwnie: niektórzy intuicyjnie oczekiwali tam obecności przedstawiciela strony kościelnej, choćby mając na uwadze dziedzictwo Prymasów-Interreksów?

Pamiętajmy, że abp. Kakowskiemu przysługiwał również tytuł Prymasa Królestwa Polskiego – i rzeczywiście on w tamtym momencie naszych dziejów i przeobrażeń politycznych pełnił po prostu funkcję interreksa. Nie zapominajmy też, że tymczasowa Rada Stanu, która została powołana przez władze pruskie i austro-węgierskie, kiedy tereny warszawsko-lubelskie Kongresówki zostały przejęte i odebrane spod panowania i jurysdykcji Rosji carskiej, zakończyła swoją misję i po to, żeby nie zaprzepaścić dotychczasowego, kilkumiesięcznego etapu tworzenia struktury niezależnego aparatu państwa (którego jeszcze nie było!), stworzono właśnie Radę Regencyjną, której przewodniczącym został po prostu Arcybiskup Warszawy. Abp Kakowski to był człowiek, który w Warszawie, nie tylko przez swoją znaczną posturę (śmiech), był kojarzony z gwarantem, że to wszystko, co będzie dalej realizowane, będzie służyło dobru wspólnemu. I tak na to patrzmy, biorąc pod uwagę również te wcześniejsze etapy jego aktywności, zaangażowania – ale ostatecznie rzecz biorąc, tak naprawdę powszechnego zaufania: że skoro jemu to powierzono, to on też przyjął na siebie odpowiedzialność za ten moment dziejów Polski, który się realizował wówczas w Królestwie Polskim, przez Radę Regencyjną.

Jednak dziś coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Co stało się w międzyczasie, spytam używając modnego sloganu: „komu to przeszkadzało?”, że Kościół wprowadził zasadę, żeby duchowni nie uczestniczyli wprost we władzy państwowej i nie zasiadali w partiach politycznych?

„Komu to przeszkadzało?” (śmiech) Myślę, że odpowiedź jest bardzo prosta i zarazem piękna. Trzeba się cofnąć jeszcze wcześniej, bo pewnym symbolicznym momentem jest encyklika Leona XIII Rerum novarum z 1891 roku, która pokazuje, że rozwija się kwestia obywatelska, chociaż akurat ta encyklika odwołuje się do przestrzeni robotniczej, do kwestii społecznej, ale szeroko rozumianej. Przeobrażenia ówczesnego świata przyniosły zupełnie inną konstrukcję życia społecznego. To już nie są tylko władcy, przywódcy, rody możne, arystokracja, szlachta – to po prostu jest człowiek. Człowiek, który jako podmiot w życiu społecznym jest obywatelem, którego trzeba wziąć pod uwagę, ale który też chce mieć wpływ na to, co się dzieje. Jeśli popatrzymy na to z takiej perspektywy, to w 1918 roku mamy prawie 30 lat od ogłoszenia Rerum novarum. U nas, przez czas zaborów, przebiegało to nieco innym rytmem. To jest jeden z elementów, które trzeba wziąć pod uwagę.

Jeżeli chodzi o rolę duchownych, to zanim sięgniemy do lat 60. XX wieku, przywołajmy jeszcze rok 1917 i ogłoszenie Kodeksu Prawa Kanonicznego, tego pierwszego już spisanego w pełnej wersji dla Kościoła, który już wówczas jasno formułował, że duchowni, jeżeli jest taka potrzeba, mogą się zaangażować w sprawy natury prawnej (jako notariusze, urzędnicy), mogą się też angażować w publiczne życie polityczne (jako parlamentarzyści czy inne osoby działające w systemie władzy państwowej), ale – uwaga! – jednocześnie jasno było przypomniane, że tylko za zgodą odpowiedniej władzy. Stwierdzono więc, kto ma orzekać, czy w przypadku tego konkretnego człowieka, tego czasu, zadań, które stoją przed społecznością, jest on rzeczywiście potrzebny w takiej roli. W Polsce, w parlamencie pierwszej kadencji, wyłonionym w 1922 roku, gdy papieżem był Pius XI (wcześniejszy nuncjusz apostolski w Warszawie, Achille Ratti), przypomniał on o obowiązywaniu tego kanonu – i wówczas, w odróżnieniu od Sejmu Ustawodawczego (1918-1922), w którym na początku było ponad trzydziestu duchownych katolickich, już zdecydowanie mniej duchownych katolickich było zaangażowanych w działalność stricte polityczną, partyjną. Ich biskupi diecezjalni orzekli: nie ma takiej potrzeby, bo są przedstawiciele świeccy, którzy spokojnie to dzieło mogą podjąć.

Kardynałowi Kakowskiemu nikt wówczas nie zarzucał ani „rozpolitykowania”, ani bierności – był człowiekiem, który podjął członkostwo w Radzie Regencyjnej, bo uznał, że wtedy była taka potrzeba. Ale później był po prostu Arcybiskupem Metropolitą Warszawskim. Podobne postawy prezentowali inni kardynałowie polscy, jak kard. Dalbor czy kard. Hlond.

A patrząc na ówczesny Episkopat Polski – czy były w nim jakieś trudności w dojściu do zjednoczenia się z trzech zaborów? Na początku I Wojny Światowej w zaborze rosyjskim modlono się w kościołach za cara – ale w Wielkopolsce biskupi słali listy wiernopoddańcze do cesarza, o treściach zdecydowanie antyrosyjskich. Jak wyglądało zjednoczenie polskich biskupów w jednym organizmie kościelnym i administracyjnym?

Myślę, że o wiele mocniejszym doświadczeniem było to, gdy Polacy, wcieleni do różnych armii zaborczych, musieli stanąć przeciwko sobie na froncie wojennym. Skoro to umiano później przezwyciężyć i spotkać się w jednej armii polskiej, i walczyć wspólnie w obronie wolnej ojczyzny – Episkopat tym bardziej zjednoczył się w jednym ciele. Trzeba tu oczywiście odróżnić lojalną realizację nakazów władzy zaborczej od tego, kim biskupi byli w swojej tożsamości – a byli Polakami.

Jaka jest dziś, po stu latach, rola Kościoła w pielęgnowaniu naszej niepodległości? Czy to w ogóle leży w kręgu jego dzisiejszego zainteresowania, czy jest raczej gdzieś na marginesie, wyparte przez inne obszary?

Można na to odpowiedzieć wielowątkowo. Po pierwsze, troska szeroko rozumianej wspólnoty Kościoła, pod kierownictwem duszpasterzy, jeżeli chodzi o niepodległość, która tak naprawdę zaczyna się od troski o każdego konkretnego człowieka. Od tego, na ile człowiek sam siebie szanuje, na ile chce rozwinąć pewne wartości i pewne dary, które są w nim – na ile po prostu będzie odpowiedzialnym, dojrzałym, „porządnym” człowiekiem. Jeśli ta troska będzie – a staramy się, żeby była – całe nasze życie duchowe służy między innymi i temu, żeby nasze człowieczeństwo było przeżywane jak najpiękniej, oczywiście z mocnym zaakcentowaniem tego, co leży w mocy Boga i co jest Jego tajemnicą.

Druga rzecz: to jest to wszystko, co służy społeczeństwu państwa polskiego, co służy jego umacnianiu – zaczynając od rodzin, kończąc na pojedynczym człowieku i tym, co nazywa się postawą obywatelską. Jeżeli chronimy i wspieramy rodziny, one będą taką postawę dalej wspierały i realizowały.

Trzecia przestrzeń, jeszcze szersza, jest wprost przypomnieniem etosu obywatelskiego: że ja nie tylko jako człowiek coś przeżywam i troszczę się o moich najbliższych – ale wiem, że jestem uczestnikiem dużej społeczności, która jest wpisana w moje państwo. Jestem obywatelem tego państwa, które jest dla mnie ważne. Niezwykle istotny jest też element tradycji i historii, wpisanej w związku z tym w moje życie, w moją rodzinę. Mam na to wszystko wpływ, a więc nie jestem tylko odbiorcą. Ojciec Święty Franciszek, gdy ostatnio mówi o młodych ludziach, to właśnie jako o tych, którzy mają podjąć tę odpowiedzialność i nieść w sobie pragnienie, chęć, gotowość do kształtowania i wpływania na świat, który ich otacza.

Wśród młodych ludzi można zauważyć tendencję do większego zainteresowania patriotyzmem, historią. W jaki sposób młody człowiek może poradzić sobie z tym swoistym rozdwojeniem chrześcijanina, który wie też o tym, że – jak pisze św. Paweł – „nasza ojczyzna jest w niebie”, że kiedyś nasze ziemskie doświadczenie się skończy i będziemy w innej rzeczywistości, gdzie spotkamy się z ludźmi z innych ojczyzn – razem, w jednej rodzinie?

I wtedy wszystko wyjaśni nam to, co wyraża słowo: miłość. To jest słowo-klucz: i do wspólnoty, i do jednej ojczyzny, i do jednej rodziny. To jest inspiracja, jak to rzeczywiście wtedy będziemy rozumieć…

Kiedy mówimy o większym zainteresowaniu tematyką patriotyczną wśród młodych ludzi, przywołam jeszcze jeden aspekt. To się wyraża w pewnej trosce, żebym ja osobiście znalazł i odkrył moje własne korzenie, korzenie mojej rodziny. Wielokrotnie sam to przeżywałem i odkrywałem w różnych archiwach i w kancelarii katedralnej, gdy poszukując moich korzeni i schodząc coraz dalej do moich przodków, widziałem w sobie pragnienie pewnej troski, że chcę być świadomym tego dziedzictwa i bogactwa, które są we mnie wpisane. I tutaj jest konkretna odpowiedź na pytanie: jak to jest, że jesteśmy tutaj, a ojczyznę mamy w niebie?

Posłużę się pewnym porównaniem. Czasami słyszymy, że ojczyzna to jest matka. Matkę się szanuje, rodziców się szanuje, kocha. Ale oczywiste jest, że przychodzi taki moment, że dziecko idzie dalej. To jest pewien obraz: jesteśmy tutaj, przeżywamy, szanujemy, czerpiemy, jesteśmy ubogacani – ale wiemy, że to wszystko jest tak naprawdę pewnym etapem, który ma nas doprowadzić do czegoś wyższego. Bez tego fundamentu może być o wiele trudniej.

Zobaczmy, co pisali pierwsi pisarze chrześcijańscy: choćby sławetny List do Diogneta, który daje opis tego, kim jest chrześcijanin w świecie. Pokazuje to swoiste zdziwienie, że jest to człowiek wpisany w konkretne miejsce tu na ziemi, podejmujący wszelkie naturalne i oczekiwane od niego różne obowiązki w świecie – jednocześnie on siłę do tego czerpie właśnie z tego, że potrafi dostrzec, tęsknić, dążyć poprzez to, co przeżywa tutaj, do czegoś, co jest wiecznością!

Co młody katolik ma zrobić, gdy słyszy z różnych stron o „politykujących księżach” – i co ma zrobić, gdy sam z ambony w swoim kościele słyszy treści o zabarwieniu politycznym lub wręcz partyjnym? Czy ksiądz może manifestować swoje poglądy polityczne? Gdzie leży granica?

Trzeba wspomnieć o dwóch założeniach. Po pierwsze, czymś oczywistym i uniwersalnym jest to, że człowiek żyje w świecie wartości i ważne są te z nich, które rzeczywiście powinny być pielęgnowane, wykorzystywane, realizowane. One są w różny sposób przypominane, realizowane, egzekwowane, opisywane – również poprzez pewne formy zaangażowania politycznego. To, co jest oczywiste i to, co jest wpisane w naszą rzeczywistość: że szerokim depozytem Kościoła jest to, co Pan Bóg mu ofiarował, co jest wartością Bożego życia, ale i równocześnie życia, które kształtuje i rozwija tak człowieka, że z perspektywy katolika czy chrześcijanina jest oczywiste, że ja chce rozwinąć moje podobieństwo do Boga, to wszystko, co jest Jego darem dla mnie. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości, że w Kościele to nie może nie być obecne, nie może być zapomniane. W związku z tym przypominanie o wartościach, zasadach, które będą temu służyły – zaczynając od naturalnego prawa jak życie, idąc przez duchowe rzeczy, gdzie ja jako duchowny, dostrzegając pewne zachowania ludzkie, dostrzegam również pewne tajemnice duchowe i mówiąc o nich, akcentuję rzeczywistość duchową – to jest wręcz niemożliwe, żebym ja to zaniedbał!

Przypominanie o wartościach to jedno – ale katolicy świeccy w naturalny sposób mają różne preferencje polityczne, a przychodzą do jednego kościoła, uczestniczą w jednej mszy, którą odprawia jeden kapłan. Czasami się zdarza, że wtrąca on, np. do homilii, wątki typowo polityczne.

Tak, dlatego drugie założenie to jest świadomość, że my, jako ci, którzy przyjęli święcenia kapłańskie i stali się kapłanami Jezusa Chrystusa, za każdym razem, kiedy chociażby sprawujemy Mszę Świętą (to jest najbardziej uniwersalne doświadczenie), wypowiadamy słowa Jezusa: „To jest Ciało Moje, za was wydane” – tam nie ma żadnych dopowiedzeń! Tam jest każdy, po prostu każdy. Zaczynając od tego, kto wypowiada te słowa (kapłana), idąc przez tych, którzy słyszą te słowa, uczestnicząc w liturgii, ale poprzez bogactwo tego sakramentu tak naprawdę każdy jest włączony w tę tajemnicę. O tym nie możemy zapomnieć, że kapłan jest sługą tych Bożych tajemnic – dla każdego. Jestem przekonany, że duchowni, mówiąc te słowa i pamiętając, co niosą, za co odpowiadają i w imię Kogo odpowiadają (w czasie święceń kapłańskich nie ma przecież żadnego uwarunkowania, kiedy mogę to zawiesić), pamiętają też właśnie o tym: że są dla każdego, bez wyjątku.

To jest moje zwyczajne skojarzenie jako księdza: kiedy jestem wpisany w parafię, idę po ulicy, rozpoznaję ludzi, których widziałem w kościele, spotykam ich w czasie wizyty duszpasterskiej, mam okazję poznać, zobaczyć – i to jest oczywiste – różnorodność w ich drodze życia, w ich drodze wiary, ale również w ich drodze odkrywania tego, co ich otacza. Ja mam być tym, który przede wszystkim będzie chronił to, co jest Boże. Zbytnie zaangażowanie czy – tym bardziej – wykorzystanie świętych czynności do takiego działania, które będzie bardziej wspólne z wykładem, z konferencją, albo wręcz z działaniem stricte politycznym, agitacyjnym, jest po prostu niedopuszczalne. Nie uchodzi! I to jest element pewnego wyzwania, przed którym stoimy.

Przy okazji, skoro rozmawiamy w perspektywie października i listopada: nie sposób nie odwołać się w tym momencie do bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Niektórzy słuchając go, widzieli w tym politykę. Ale ostatecznie rzecz biorąc, on mówił do konkretnego człowieka. Mówił do ludzkiego serca – mówiąc o tym, co Bóg wpisał, co jest wpisane również w tym drugim człowieku. Jego hasło, Pawłowe sformułowanie „zło dobrem zwyciężaj”, swoisty symbol ks. Jerzego, do tego właśnie nawiązuje.

Czy ksiądz może mieć poglądy polityczne? Czy może je wyrażać? W epoce mediów społecznościowych zdaje się, że nie zawsze można dostrzec granicę między poglądami prywatnymi a głoszonymi publicznie. Niektórzy twierdzą, że ksiądz (tak jak każdy obywatel) może promować swoje sympatie polityczne w internecie, trochę tak jak np. na kawie ze znajomymi – inni uważają, że jest to nie na miejscu, obojętnie po której politycznej stronie te sympatie się lokują.

Jestem księdzem ponad 26 lat. Z całą świadomością i z całym przekonaniem mogę powiedzieć: nigdy nie uprawiałem polityki w moich działaniach stricte duszpastersko-religijnych. Jedyny wyjątek to gdy wykładałem kiedyś „współczesną myśl polityczną” na jednej z uczelni na studiach podyplomowych (śmiech). Z drugiej strony, po tylu latach bycia wpisanym w środowisko kapłańskie, mogę też powiedzieć, że ogromna większość kolegów, znajomych księży, tych, których spotykam, naprawdę nie podejmuje tych tematów.

Znowu wrócę w takim razie do konkretnego człowieka, który trafi akurat na duchownego, który w jego odczuciu tę granicę przekroczył – co ma zrobić?

Jeżeli mówimy o młodym człowieku, który ma takie doświadczenie, to myślę, że dobrym rozwiązaniem może być doprowadzenie do tego, żeby w takiej lub innej formie (np. poprzez maila czy osobistą rozmowę) po prostu przyjść i powiedzieć o swoich odczuciach: że jeżeli chodzi o ten moment, to mnie to nie pomogło w moim przeżyciu wiary – z większym zaakcentowaniem właśnie tego, że ja oczekuję od księdza pomocy w moim kontakcie z Panem Bogiem, niczego innego.

Oczywiście ja jako duchowny (tym bardziej jako biskup), gdziekolwiek się wypowiadam, muszę mieć świadomość, że to nie będzie przyjmowane przez innych jako „Marek Solarczyk”, tylko jako „biskup Marek Solarczyk” i ja za to biorę odpowiedzialność. Tym bardziej, gdy to ma zasięg internetu i mediów społecznościowych. Dlatego staram się skupić na tym, co najważniejsze: na pielęgnowaniu tego, co jest Bożą tajemnicą w człowieku, co jest szukaniem Jego obecności, Jego wskazań, Jego działania.

Bp Marek Solarczyk (ur. 1967), biskup pomocniczy warszawsko-praski, doktor historii Kościoła, specjalizujący się w udziale duchownych katolickich w pracach Sejmu RP pierwszej kadencji (1922-1927), przewodniczący Rady ds. Duszpasterstwa Młodzieży KEP, katecheta w Liceum Ogólnokształcącym im. Władysława IV w Warszawie.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Mąż i tata. Nauczyciel religii. Organista i dyrygent. Bloger, webmaster, publicysta. Pochłaniacz kawy, książek i seriali.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.