„„Na obecnym poziomie cywilizacyjnym możliwy jest rozwój zrównoważony, to jest taki rozwój, w którym potrzeby obecnego pokolenia mogą być zaspokojone bez umniejszania szans przyszłych pokoleń na ich zaspokojenie.” Zdanie otwierające raport Światowej Komisji ds. Środowiska i Rozwoju z 1987 r. stało się w latach późniejszych najważniejszym hasłem związanym z koncepcją zrównoważonego rozwoju, intensywnie forsowaną przez największe organizacje międzynarodowe, na czele z ONZ. Czym jednak jest ta koncepcja, i jakie ma znaczenie dla współczesnego świata?
Doktryna zrównoważonego rozwoju (sustainable development) zakłada – w najprostszej wersji – takie gospodarowanie dostępnymi obecnie zasobami, które umożliwia zaspokojenie potrzeb ludzi żyjących współcześnie i nie wiąże się z ryzykiem braku możliwości zaspokojenia potrzeb przyszłych pokoleń. Osiągnięcie takiej sytuacji na całym świecie jest obecnie uznawane za cel najbardziej wpływowych organizacji międzynarodowych, a jego realizacją zajmuje się przede wszystkim United Nations Development Programme, czyli specjalnie powołana agenda ONZ. To właśnie UNDP jest odpowiedzialna za realizację tzw. Agendy 2030 – dokumentu zawierającego 17 celów w ramach zrównoważonego rozwoju oraz 169 konkretniejszych, bardziej mierzalnych zadań, których realizacja jest planowana do roku 2030. W preambule dokumentu, przyjętego rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ we wrześniu 2015 r. czytamy: „Widzimy świat, w którym panuje powszechne poszanowanie praw człowieka i godności ludzkiej, praworządności, sprawiedliwości, równości oraz brak dyskryminacji, niezależnie od rasy, pochodzenia etnicznego i różnorodności kulturowej; i w którym istnieją równe szanse, umożliwiające pełne wykorzystanie potencjału ludzkiego i przyczyniające się do budowania wspólnego dobrobytu”.
Uszczęśliwić na siłę
O co jednak tak naprawdę chodzi, a przede wszystkim – dlaczego zrównoważony rozwój jest często uznawany za ideologię nie do pogodzenia z nauczaniem Kościoła? Pewnych wskazówek może dostarczyć już lektura niektórych spośród siedemnastu celów zawartych w „Agendzie 2030.” Mamy tam piękne i bardzo ogólne hasła, w których uważny czytelnik dostrzeże możliwość różnorakich interpretacji, ale również takie, które po głębszym zastanowieniu same w sobie są groźne. Uwagę mogą zwrócić np. punkty 10. i 12. (Zmniejszenie nierówności w krajach i między krajami, Zapewnienie wzorców zrównoważonej konsumpcji i produkcji), od których wyraźnie czuć powiew nienaturalnego egalitaryzmu. „Równość” co najmniej od czasów rewolucji antyfrancuskiej jest stosowana jako słowo–wytrych przez rozmaitych ideologów i inżynierów społecznych, którym zdrowa hierarchia zwyczajnie przeszkadza; w końcu ludźmi przekonanymi o własnej „równości”, znacznie łatwiej się rządzi. Należy również wspomnieć, że ta nienaturalność z życia społecznego przechodzi do rzeczywistości życia rodzinnego, dając negatywne wzorce relacji pomiędzy małżonkami, a także na linii rodzic–dziecko. W tej sferze niebezpieczny wydaje się również punkt piąty – „Osiąganie równości płci oraz wzmocnienie pozycji kobiet i dziewcząt” – który zdaje się sugerować równanie obu płci niejako „na siłę”, zapominając o tym, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni posiadają odmienne predyspozycje i role w społeczeństwie. Na koniec lektury samych siedemnastu celów zwrócę jeszcze uwagę na ostatni z nich: „Wzmocnienie środków wdrażania i ożywienie globalnego partnerstwa na rzecz zrównoważonego rozwoju.” Czy tylko ja widzę tu ciche przyzwolenie na implementację zrównoważonego rozwoju za wszelką cenę – również pod przymusem? Jak pokazuje historia, takie „uszczęśliwianie na siłę” raczej nie kończy się dobrze.
Nieco większego pola do analizy dostarcza lektura zadań, przyporządkowanych do poszczególnych punktów. Tu szczególną uwagę przyciągają punkty 3.7. (Do 2030 roku zapewnić powszechny dostęp do świadczeń z zakresu zdrowia seksualnego i prokreacyjnego, w tym planowania rodziny, informacji i edukacji, oraz włączyć zdrowie prokreacyjne do krajowych strategii i programów) oraz 5.6. (Zapewnić powszechny dostęp do ochrony zdrowia seksualnego i prokreacyjnego oraz korzystanie z praw prokreacyjnych). „Agenda 2030” nie definiuje zakresu zdrowia prokreacyjnego, które jest w tym punkcie pojęciem kluczowym. Nie jest to jednak dziwne, gdyż jego definicja od ponad 25-ciu lat jest powodem gorących dyskusji, w trakcie których coraz częściej forsuje się zawarcie w nim szerokiego prawa do aborcji oraz antykoncepcji. „Agenda 2030” w punkcie 5.6. powołuje się na „Program działań międzynarodowej konferencji na rzecz ludności i rozwoju, czyli dokument końcowy wspomnianej konferencji, która odbyła się w r. 1994 w Kairze.” Wskutek zdecydowanego stanowiska kilku krajów, a przede wszystkim Stolicy Apostolskiej, w Programie Działań pojawiło się m.in. stwierdzenie, iż aborcja w żadnym wypadku nie może być promowana jako forma planowania rodziny, a sama aborcja nie jest uznawana za jedno z praw reprodukcyjnych. Nie przeszkadza to jednak agendom ONZ we wprowadzaniu aborcji „tylnymi drzwiami” – niechlubną rolę odgrywa tu UNFPA (United Nations Population Fund). W opublikowanym przez tę agendę dokumencie „Operational Guidance for Comprehensive Sexuality Education” znajdziemy m.in. liczne odwołania i zachęty do korzystania ze skandalicznego podręcznika „It’s All One Curriculum: Guidelines and Activities for a Unified Approach to Sexuality, Gender, HIV, and Human Rights Education”, wydanego w 2009 przez Population Council. W „It’s All One Curriculum”, będącym w istocie rozbudowaną instrukcją dot. seksualno-światopoglądowej indoktrynacji dzieci i młodzieży, czytamy m.in. że „Na całym świecie obrońcy praw reprodukcyjnych walczą m.in. o lepszą edukację seksualną, promocję równości genderowej, eliminację praw kryminalizujących stosunki pomiędzy osobami tej samej płci czy zwiększenie dostępności do świadczeń z zakresu zdrowia reprodukcyjnego, takich, jak antykoncepcja czy bezpieczna i legalna aborcja” (s. 111); z kolei na stronie 152. dowiadujemy się, że prawa ograniczające dostęp do aborcji czy antykoncepcji są barierą w podejmowaniu decyzji. W powyższym świetle teza, iż elementem zrównoważonego rozwoju jest w rzeczywistości propagowanie ultralewicowego rozumienia ludzkiej seksualności i moralności, wydaje się być uprawniona.
Niebezpiecznie wygląda również punkt 4.7: Do 2030 roku zapewnić, że wszyscy uczący się przyswoją wiedzę i nabędą umiejętności potrzebne do promowania zrównoważonego rozwoju, w tym między innymi, poprzez edukację na rzecz zrównoważonego rozwoju i zrównoważonego stylu życia, praw człowieka, równości płci, promowania kultury pokoju i niestosowania przemocy, globalnego obywatelstwa oraz docenienia różnorodności kulturowej i wkładu kultury w zrównoważony rozwój. Tłumacząc z politycznego na nasze oznacza to, że dzieci i młodzież mają się nie tylko uczyć założeń zrównoważonego rozwoju, ale efektem tej nauki ma być jego promowanie – a więc, przede wszystkim, przyjęcie. Dokument nie przewiduje możliwości odrzucenia doktryny, co więcej nie widzi w edukacji miejsca na odkrywanie prawdy, porównywanie różnych systemów czy samodzielne myślenie; w zamyśle jego twórców młodzi ludzie z całego świata nie mają być uczeni zrównoważonego rozwoju, ale indoktrynowani. Oczywiście, wśród wielu pięknie brzmiących haseł pojawia się równość płci, będące tłumaczeniem użytego w oryginalnym angielskim tekście sformułowania „gender equality.” Mamy tu więc ukrytą furtkę do narzucania od najmłodszych lat ideologii gender wraz z akceptacją wszelkiej maści dewiacji i całkowitym zerwaniem z tradycyjną moralnością, o propagandzie feministycznej nie wspominając. Obawy związane z użyciem tego wyrażenia potwierdza wydany przez WHO „Standards for Sexuality Education in Europe” – dokument tyle smutny, co przerażający, na którego 15-stej stronie przeczytamy m.in. że „szeroko zakrojone badania pokazały, że (…) nauczanie typu ‘tylko abstynencja’ [do ślubu] nie przyniosły pozytywnych efektów w dziedzinie zachowań seksualnych czy ryzyka nastoletnich ciąż, podczas gdy odmienne podejście [z uwzględnieniem antykoncepcji i metod 'bezpiecznego seksu’] takie efekty przyniosły”. Nic więc dziwnego, że dokument zachęca do uczenia dzieci w wieku 4-6 lat (sic!) o różnych rodzajach rodzin (w tym relacjach między osobami tej samej płci), a dzieci w wieku 6-9 lat m.in. o różnych metodach antykoncepcji czy odczuwaniu przyjemności podczas dotykania własnego ciała (samogwałtu).
Na rzecz ludzi, planety i dobrobytu
Szczególnie ważną dla katolika kwestią jest stanowisko w omawianej sprawie papieża Franciszka. Faktem jest, iż Ojciec Święty uczestniczył w sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ we wrześniu 2015 r., podczas której przyjęto Agendę 2030, a sam dokument nazwał „ważnym znakiem nadziei”. Poparcie przynajmniej dla części postulatów zrównoważonego rozwoju pokazują również jego dokumenty – najsłynniejszym tego przykładem jest encyklika Laudato Si, poświęcona problematyce ochrony środowiska. Obok licznych nawiązań i cytatów z dokumentów ONZ – szczególnie Deklaracji z Rio – znajdziemy w niej m.in. stwierdzenie, iż „Naglące wyzwanie ochrony naszego wspólnego domu obejmuje troskę o zjednoczenie całej rodziny ludzkiej w dążeniu do zrównoważonego i zintegrowanego rozwoju, ponieważ wiemy, że wszystko może się zmienić”. Mniej analogii z postulatami zrównoważonego rozwoju możemy dopatrzyć się w wydanej niedawno konstytucji Veritatis Gaudium, poświęconej organizacji pracy uniwersytetów papieskich. Dokument jako pierwszy w historii zezwala na prowadzenie zajęć na uznanych przez Watykan uczelniach przez niekatolików, a nawet niechrześcijan, a także wzywa do utworzenia na nich specjalnych ośrodków zajmujących się badaniem „epokowych problemów dotykających ludzkość dzisiaj”. Warto również wspomnieć o słynnej adhortacji „Amoris Laetitia”, zawierającej obszerny rozdział poświęcony edukacji seksualnej. Papież skrytykował w nim lewicowe rozwiązania w tej materii (m.in. takie, jak w omawianych wyżej dokumentach WHO i Population Council), jednocześnie popierając samą koncepcję wprowadzania obowiązkowej edukacji seksualnej dla młodzieży w szkołach. Stoi to w zgodzie z uwagami wobec „Agendy 2030”, zgłoszonymi przez Stolicę Apostolską na dwa tygodnie przed jej uchwaleniem: „płeć” ma być rozumiana w sposób biologiczny, aborcja nie ma wchodzić w skład „praw reprodukcyjnych”, a edukacja seksualna nie może być prowadzona wbrew woli rodziców i uderzać w ich przekonania religijne. Delegacja Watykanu poparła jednocześnie główny cel Agendy, jakim ma być „zapewnienie wolności i godnego życia każdemu mieszkańcowi naszej planety”.
Czy jednak rzeczywiście jest to główny cel „Agendy”? W preambule dokumentu czytamy, że dokument jest planem działań na rzecz ludzi, naszej planety i dobrobytu. Rzeczywiście, ubóstwo, głód czy pewna niesprawiedliwość społeczna są realnymi i poważnymi problemami i należy dołożyć starań, aby eliminować je w takim stopniu, w jakim jest to możliwe. Pojawiają się jednak dwa pytania: po pierwsze – czy rozwiązaniem wszystkich problemów świata może być 40-stronicowy dokument oraz wynikające z jego postanowień działania polityczne, po drugie – czy analizowane wyżej lewicowe rozwiązania rzeczywiście mają szansę się sprawdzić? Co do pierwszego – poprawa świata na lepszy jest oczywiście wykonalna, ale jakikolwiek postęp w tym kierunku jest możliwy tylko pod warunkiem zmiany nastawienia zwykłych ludzi. „Agenda 2030” postuluje przede wszystkim działania polityczne – wprowadzanie konkretnych praw, budowę instytucji etc., które mają być wspomagane nie powiększaniem świadomości społeczeństw, ale – co wykazaliśmy uprzednio – propagowaniem jedynie słusznej doktryny zrównoważonego rozwoju. Jeśli jednak działania podejmowane przez władze nie będą szły w parze z rozwojem moralno–kulturowym społeczeństw to nie doprowadzą do poprawy sytuacji, ale zaognienia konfliktów, a najczęściej także ograniczania wolności jednostek. Mamy więc jednocześnie odpowiedź na drugie pytanie – system pozbawiony troski o moralność i dążenie do prawdy, a więc pozbawiony odniesień do Boga – będzie zawsze groźną ideologią, prowadzącą do zniewolenia człowieka.
Dodatkowo zauważmy, że wg omawianego wcześniej punktu 4.7. dzieci mają odbierać edukację na rzecz „globalnego obywatelstwa”. Pojęcie to jest kolejnym „wytrychem”, pozwalającym na przemycanie różnego rodzaju postaw kosmopolitycznych i zwalczania tradycyjnego pojęcia narodu. Nieco światła na jego rozumienie rzuca zadanie 10.2: „Do 2030 roku umożliwić i promować uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym wszystkich ludzi, bez względu na wiek, płeć, niepełnosprawność, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, status ekonomiczny bądź inne czynniki”. Nie sposób nie dostrzec tu przede wszystkim furtki dla akceptacji w życiu publicznym miejsca dla osób o dosłownie dowolnych poglądach i systemach wartości. Skutki takiej nieograniczonej tolerancji możemy oglądać już współcześnie – należy do nich przede wszystkim zamieszanie, sprzyjające rozmyciu podstawowych pojęć i wyparciu prawdy przez szalone, a niejednokrotnie i groźne koncepcje. Równie niebezpieczne, co utopijne jest dążenie do równości religii. Zrównanie Prawdy z innymi systemami wierzeń jest obelgą wymierzoną w wiarę katolicką. Dążenie do równości religii jest więc w istocie dążeniem do osłabienia religijności społeczeństw w ogóle, a w szczególności – do osłabienia Kościoła Katolickiego. Dodatkowo warto zauważyć, w jak wielu miejscach „Agenda 2030” postuluje oddanie kompetencji władz państw-sygnatariuszy w ręce agend ONZ, co stanowi naruszenie ich suwerenności. Wpływowy miliarder David Rockefeller już w 1994 r. za największe zagrożenie ludzkości uznał wzrost liczby ludności, wzywając do depopulacji oraz zastąpienia władzy państwowej globalnym rządem i dodając: „pragnę aby narody się zjednoczyły w powstrzymaniu wzrostu populacji ludzkości”. Faktem jest również, iż zrównoważony rozwój zyskuje czynne (i hojne) poparcie takich ludzi, jak np. Rockefellerowie (nota bene założyciele wspomnianej „Population Council”), rodzina Rotschildów czy George Soros. Czy mamy zatem do czynienia z narzędziem służącym interesom najpotężniejszych tego świata, pomagającym im w stawaniu się jeszcze potężniejszymi?
Warto zauważyć, że dążenia do uzyskania za wszelką cenę potęgi na tym świecie są sprzeczne z nauką Kościoła Katolickiego – strażnika prawdy i moralności. Przesłanie o godności każdego człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże skutecznie zapobiega wszelkim formom zniewolenia. Z kolei nauka o istnieniu jednej prawdy i jednej moralności jest nie do pogodzenia z relatywizowaniem pojęć i dostosowywaniem prawa w zależności od aktualnych interesów. Nic zatem dziwnego, że również ideologia zrównoważonego rozwoju jest w wielu punktach wymierzona w Kościół. Przede wszystkim doktryna jest kreowana na nową współczesną religię – obowiązkowy zestaw wierzeń „nowoczesnego” człowieka. Sztucznie tworzone są dogmaty – stwierdzenia takie, jak np. wyższość demokracji nad wszystkimi innymi ustrojami, konieczność wprowadzenia bezwarunkowej równości czy niepohamowanej wolności słowa są przyjmowane za prawdy objawione, a wszelkie próby dyskusji z automatu klasyfikowane jako „zacofane” lub niebezpieczne. Sztucznie tworzona jest również moralność, ponieważ o tym co dobre a co złe mają decydować ideologowie zrównoważonego rozwoju.
Jeżeli Pan domu nie zbuduje
Jakie zatem wnioski płyną z tych wszystkich faktów dla zwyczajnego katolika? Myślę, że powinniśmy nie bać się zrównoważonego rozwoju, świadomie oceniać jego założenia oraz ufać Chrystusowi, że zgodnie ze Swoimi słowami przeprowadzi Swój Kościół również przez to zamieszanie i „bramy piekielne Go nie przemogą” (Mt 16,18). Przede wszystkim zaś musimy się gorąco modlić – za Kościół, ale także za przedstawicieli władz poszczególnych państw i organizacji międzynarodowych. Błagajmy Boga o pokorę, wytrwałość w obronie wiary i Kościoła dla papieża, kardynałów i biskupów, a także dla świeckich katolików z całego świata. Nie zapominajmy jednak również o zwierzchnikach państw, wysokich urzędnikach ONZ oraz usilnie starających się na nich wpływać miliarderach. Pamiętajmy, że to również są ludzie, więc jeśli nasza modlitwa wyjedna któremuś z nich łaskę pokory i nawrócenia to będzie to nie tylko korzystne dla świata i Kościoła, ale również jego samego skieruje na drogę wiodącą ku zbawieniu.
Poza tym pamiętajmy o tym, że tak naprawdę mamy już uniwersalne zasady, których przestrzeganie zawsze zmienia świat na lepsze. To mądrość Ewangelii, wyrażona w moralnych nakazach Kościoła Katolickiego oraz katolickiej nauce społecznej. Jak bowiem zauważył w encyklice „Immortale Dei” papież Leon XIII: „Słuszność i rozum zabraniają państwu być ateistycznym lub, co by na jedno wyszło, być odnośnie do wszystkich wyznań, jak to mówią, jednakowo usposobionym i wszystkim, bez różnicy, przyznawać jednakowe prawa. Skoro żyjąc w społeczeństwie konieczną jest rzeczą wyznawać jakąś religię, to trzeba wyznawać tę, która jedynie jest prawdziwa i którą przynajmniej w krajach katolickich rozpoznaje się bez trudu po wybitnych znamionach prawdy. Zwierzchnicy państw tę religię powinni zachowywać i bronić, jeżeli pragną – co zresztą jest ich obowiązkiem – służyć mądrze i pożytecznie sprawom społeczeństwa.” Czy ludzie mogą stworzyć projekt mądrzejszy i bardziej sprawiedliwy, niż zasady nadane przez samego Boga, będącego źródłem wszelkiej Mądrości i Sprawiedliwości? Kiedy myślę o „zrównoważonym rozwoju”, zawsze w pewnym momencie staje mi przed oczami biblijny obraz wieży Babel. Czyż urzędnicy ONZ i popierający ich potentaci nie robią dokładnie tego samego – próbują stworzyć świat na własną modłę, stawiając siebie w miejscu Boga i kreując własne prawa w miejsce Bożych Praw?
Myślę, że najlepszym podsumowaniem powyższych rozważań będzie wyjątek z encykliki „Nostra Charge Apostolique” św. Piusa X: „Należy z całą mocą powtórzyć w tych czasach społecznej i intelektualnej anarchii, gdy każdy sam siebie ustanawia nauczycielem i prawodawcą – społeczeństwo nie będzie zbudowane inaczej niż Bóg to uczynił. Społeczeństwo nie będzie zbudowane, o ile Kościół nie położy fundamentów i nie będzie kierował budową. Nie. Cywilizacji nie trzeba powtórnie odkrywać, nie trzeba budować nowego społeczeństwa na obłokach. To zostało już dokonane. Jest nim chrześcijańska cywilizacja i katolickie społeczeństwo. Należy je tylko ustanawiać i bezustannie przywracać, w oparciu o naturalne i boskie podwaliny, przeciwko wciąż odradzającym się atakom niezdrowych utopii, buntów i bezbożności.”
Jeśli w powyższym tekście znajduje się jakiekolwiek stwierdzenie sprzeczne z nauką Kościoła Katolickiego, natychmiast je odwołuję.
