To temat rzeka. Pełen paradoksów. Świat kompletnie nam obcy, chociaż tak bardzo obecny w pewnych sferach życia codziennego. Daleki Wschód z odmienną mentalnością Chin, Japonii, czy Korei Południowej. Najliczniejszy kontynent na świecie z najmniejszą społecznością chrześcijan. Jednocześnie to miejsce, w którym wielu upatruje szansę na odrodzenie się Kościoła. Z pomocą wobec tak wielkiego zagadnienia przychodzi dwugodzinny film.
Przychodzę z deszczem okazuje się jak port Hong Kongu – stykiem świata zachodniego i azjatyckiego. Film rozgrywa się w dwóch krajach Azji, w którym aktorzy mówią po angielsku, leci muzyka Radiohead, a reżyser jest Francuzem wietnamskiego pochodzenia, choć przede wszystkim to dzieło w którym mentalność azjatycka zostaje zderzona z chrześcijaństwem. Co wynika z tak śmiałego połączenia?
Warto napisać kilka zdań o samym twórcy. Tran Anh Hung urodził się w Wietnamie. W wieku 12 lat po upadku Sajgonu (okres końca Wojny w Wietnamie) wyemigrował z rodziną do Francji. Hung okazał się mocno związany z kulturą Wietnamu, bo jego pierwsze filmy można zaliczyć do “trylogii wietnamskiej”- kręcone w języku rodzinnym, rozgrywające się w kraju, z którego był zmuszony wyjechać. Jego debiut został doceniony na festiwalu w Cannes, a jego drugi film Rykszarz otrzymał Złotego Lwa w Wenecji. Po 9 latach od zakończenia wietnamskiej trylogii zaprezentował światu film odmienny, choć rozgrywający się nadal na ziemi azjatyckiej.
Przychodzę z Deszczem z 2009 r., rozgrywa się na Filipinach i w Hong Kongu, choć film zaczyna się w Stanach Zjednoczonych. Były policjant, a obecnie detektyw Kline dostaje zlecenie od bardzo bogatego przemysłowca, by odnaleźć jego syna Shitao. Ostatni raz był widziany na jednej z filipińskich wysp. Kline znajduje tam trop prowadzący do Hong Kongu.
Mało wiemy o głównym bohaterze, ale co jakiś czas nawiedzają go koszmary, a raczej wspomnienia z przeszłości. Kilka lat wcześniej jako policjant zajmował się sprawą seryjnego mordercy. Teraz mierzy się z demonami przeszłości.
Ten krótki opis fabuły wskazywałby na rasowy kryminał z elementami psychologicznymi, osadzony tylko dla odmiany na kontynencie azjatyckim. Jednak ten orientalny charakter nie pełni funkcji estetycznej. Jest niezbędną częścią opowieści, która porusza problem sensu cierpienia.
Reżyser rozpatruje go z kilku pozycji, ale jedną z nich jest perspektywa duchowa. Ona właściwie łączy wszystkie pozostałe stając się odpowiedzią na problemy bohaterów.
Kline styka się z kilkoma postaciami podczas swojego śledztwa. Każda reprezentuje inne podejście do cierpienia.
Jednym z nich jest gangster Su Dongpo. Przywódca gangu, którego losy nieoczekiwanie łączą się z synem przemysłowca. Ten szef mafii nie jest jednak typem gangstera, jaki znamy z wielu filmów. Choć panuje nad życiem innych, jest obciążony przymusem zadawania cierpienia. Widać to w jednej ze scen egzekucji, gdy każe zasłonić swoją ofiarę brezentem. Bohater nie tyle chce, co musi wykorzystywać przemoc, by utrzymać swoją władzę. Czasem zadaje ją z powodu bezsilności, gdy nie może odnaleźć zaginionej dziewczyny. Su Dongpo pod tym względem okazuje się postacią tragiczną, budzi w widzu litość uświadamiając, że zło i przemoc nie są atrybutami pełnymi połysku. Za nimi kryje się realne cierpienie i niewyobrażalny ciężar.
Warto zauważyć, że film gangsterski jest mocno obecny w kinie z Hong Kongu (tak samo w Japonii, w której rozpowszechniły się opowieści o Yakuzie). Filmy te często mocno epatują cierpieniem, choć najbardziej brutalne okazują się pewne gatunki horrorów. Boddy horror, kino eksploatacji typu gore pojawia się w kinie z Hong Kongu czy Japonii dosyć często. To kino oparte na przemocy ekstremalnej, przyjmującej formę skrajnie brutalną. Jak zauważył krytyk filmowy, Jerzy Płażewski, bardzo szczegółowe ukazywanie przemocy ma coś z perwersyjnej przyjemności. Nie warto szczegółowo opisywać te gatunki, ale ukazują one jedno – z jakiegoś powodu w niektórych krajach Dalekiego Wschodu motyw przemocy jest silnie obecny. Jak zauważył Krzysztof Gonerski – autor książki Strach ma skośne oczy (poświęconej azjatyckiemu kinu grozy) przedstawianie scen okrucieństw jest częścią kultury m.in. w Japonii, co uobecniało się już w drzeworytach epoki Edo, a potem Meji. Jak jest w przypadku Chin? Być może pewną wskazówką staje się tu filozoficzna koncepcja wywodząca się z taoizmu, pojęcie yin i yang. Dwie skrajne siły, które nie są przeciwstawne, a które raczej się uzupełniają, są od siebie uzależnione.
W książce Ruth Benedict Chryzantema i miecz, można dostrzec podobne podejście Japończyków do pojęcia zła i dobra: „wśród „kręgów”, na które Japończycy dzielą życie, nie ma „kręgu zła”. Nie znaczy to, że nie potrafią oni określić, co jest dobrym, a co złym postępowaniem. Chodzi o to, że z ich perspektywy życie ludzkie nie stanowi sceny walki dobra ze złem; egzystencja
człowieka jest dramatem bezustannego dążenia do równowagi między sprzecznymi wymaganiami poszczególnych „kręgów” i między wykluczającymi się nawzajem sposobami postępowania, przy założeniu, że każdy krąg i każdy sposób jest sam w sobie dobry.
Czy w jakiś sposób właśnie ten brak rozdziału dobra i zła (które wpływa także na odmienne podejście do seksualności czy przemocy) nie rzutuje właśnie na brak granicy w przedstawieniu tematu cierpienia? Być może to pewne uproszczenie, ale sam Gonerski zauważył, że najbrutalniejsze filmy w historii dało nam właśnie kino z Azji.
Wątek Su Dongpo nieoczekiwanie okazuje się bliski postaci seryjnego mordercy Hasforda, z którym zmierzył się główny bohater. Jak sam on określa, cierpienie ludzkości to jedna z najpiękniejszych rzeczy na tym świecie (to istotny element fabuły, więc poniższą część można traktować jako spoiler).
Hasford nie tylko zabijał swoje ofiary. Robił z ich ciał specyficzne rzeźby, wychwytując w nich moment agonii, rozdzierający krzyk, intensywność cierpienia. Swoją „sztukę” porównuje nawet do męki Chrystusa. To porównanie okazuje się jednak nie zrozumieniem sensu Pasji, a nawet formą bluźnierstwa, bo artysta uznaje, że osiągnął to czego w męce Chrystusa według niego brakowało – „pełnię agonii”. Seryjny morderca nie widzi nic poza cierpieniem. Ono do niczego nie prowadzi. Jest jedynie doznaniem ekstremalnym, wspólnym ludzkiemu gatunkowi, które jest paradoksalnie najmocniejszym odczuciem istnienia. W ten sposób Hasford upodabnia się do zachwytu nad cierpieniem serwowanym przez kino grozy, ale przedstawia także jako biały człowiek, myślenie sztuki współczesnej Zachodu, która od przekazywania sensów przesunęła się w kierunku tworzenia wrażeń i wzbudzania silnych doznań. Cierpienie widziane oczami nowoczesnej sztuki staje się często jedynie elementem estetycznym i szokującym, w ten sposób stając się rodzajem samo destrukcji (same rzeźby z filmu nawiązują do malarstwa Francisa Bacona).
Ten obraz cierpienia dopełnia główny bohater Kline, bo on w obsesji znalezienia seryjnego mordercy za bardzo wczuł się w jego sposób myślenia, zachwycił się złem. Uznał wręcz przemoc i cierpienie jakie zadawał Hasford za piękne. Po latach, gdy bohater zdaje się być już osobą zrównoważoną, te wizje cierpienia ofiar go nie opuszczają. Jego poszukiwanie syna przemysłowca okazuje się tak naprawdę próbą zrozumienia sensu. Próbą wyzwolenia się spod niewyobrażalnego cierpienia.
Shitao okazuje się tu kluczem i odpowiedzią na wcześniejszy sposób postrzegania cierpienia przez innych bohaterów. Skrywając się w Hong Kongu, okazuje się ulicznym uzdrowicielem. Do jego szałasu na opuszczonym lotnisku ściągają rzesze biednych i chorych. Shitao dosłownie przyjmuje ich fizyczne cierpienie na siebie. To pierwszy trop, który pozwala rozpatrywać go jako Chrystusa.
Gdy Kline nawiązuje kontakt z miejscową komendą otrzymuje zdjęcia Shitao. Gdy bohater je drukuje i układa na podłodze tworzą obraz poranionego ciała pełnego blizn. Nie ma wśród nich jednak zdjęcia twarzy Shitao.
Ta scena nabiera bardzo głębokiego znaczenia, gdy stajemy się świadkami retrospekcji. Shitao został zamordowany na Filipinach. Jednak o poranku wychodzi żywy z groty.
W tym ujęciu trudno nie rozpatrywać poszukiwań Klinea metaforycznie. Wtedy do pamięci widza wraca pierwsza scena spotkania głównego bohatera z ojcem Shitao. Kline nie widzi się z nim twarzą w twarz, słyszy jedynie jego głos, a przemysłowiec obserwuje go przez oko kamery. Tłumaczy, że boi się skażenia. Śledztwo detektywa to natomiast próba przyprowadzenia syna do domu ojca. Brzmi znajomo?
Wracając do poranionych zdjęć Shitao. Brak ujęcia twarzy być może wskazuje na jedno. Kline widzie Shitao, czyli Chrystusa jedynie przez pryzmat jego ran i cierpienia, ale nie widzi jego wizerunku, prawdziwego oblicza.
Zdaje się, że nie chodzi tu o zaprzeczenie znaczenia męki, ile o dostrzeżenie, że ofiara Chrystusa ma dalszą perspektywę, która wykracza poza grób i śmierć pozwalając nam wierzyć w Zmartwychwstanie. Kontrapunktem dla poszukiwań Kline’a, okazuje się wyznawca, który maluje złote krzyże na ulicach Hong Kongu. Głosi on przyjście Pana, ale kiedy natrafia na cierpiącego Shitao, nie pomaga mu, nie pozwala ulżyć w jego cierpieniu, jak stwierdza idzie „głosić dobrą nowinę”. Ta scena przywodzi mi na myśl jedno z kazań wygłoszone na Wielkanoc, gdy kapłan zauważył, że wielu wiernych pozostaje nadal w pustym grobie, nie odczuwa radości ze zmartwychwstania Jezusa. Wielu widzi jedynie swój grzech, „biblijne węże”, o których wspominał ks. Pawlukiewicz zauważając, że ludzie podczas spowiedzi skupieni są często na swoich grzechach tak mocno, że nie dostrzegają zbawczej miłości Jezusa. Warto zauważyć, że podobny motyw niezrozumienia pojawia się w Milczeniu Scorsese’a. Przez cały film przewija się postać japońskiego wiernego, który za każdym razem zdradza i chce się spowiadać. Nie rozumie on znaczenia sakramentów. Traktuje je raczej jako pragmatyczny element – w myśl obserwacji Ruth Benedict – jako przywracanie równowagi w swoim życiu, w której nie ma woli poprawy.
Kim okazuje się w tej opowieści Kline? I co oznacza przywrócenie Jezusa do domu ojca? W swojej rozprawie o Wszechmocy Bożej św. Piotr Damiani przyrównuje księży do jeleni. “Myśliwy kocha jelenie”, ale ściga je dla jadła „po to aby sam miał się dobrze, a one stały się niczym”. Taka jest czasem postawa wiernych. Taka jest postawa biednych, którzy widzą w postaci Shitao lekarza, ale nie widzą jego cierpienia. Gdy Kline podnosi Shitao z krzyża, uświadamia nam tajemnicę miłości Boga i miłości człowieka do ukrzyżowanego: On staje się bezradny, bezsilny, przybity, dający człowiekowi bezgraniczną wolność. A człowiek? Może pochylić się nad samym Chrystusem i ulżyć w Jego cierpieniu własnym życiem.
Tytuł Przychodzę z deszczem także daje nam pewną odpowiedź. Chrystus przychodzi z mocą oczyszczenia. Woda nie tylko obmywa z brudu, ale łagodzi ból, przynosi ukojenie, odpowiada na nasze pragnienie. W postaci azjatyckiego syna przemysłowca przychodzi także na kontynent azjatycki ukazując, że cierpienie nie jest celem samym w sobie, że przemoc i zło nie są „zacienionym miejscem” tego samego zbocza, jak określa się sferę yang. Są wynikiem grzechu, który zmartwychwstały Chrystus chce pokonywać mocą swojej miłości.
