Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa to jeden z najważniejszych momentów w historii świata, stanowiący fundament wiary chrześcijańskiej. Nic dziwnego, że miało ono wpływ również na kulturę, a malarze, rzeźbiarze i kompozytorzy przez stulecia szukali sposobu na uchwycenie tego wydarzenia, niejednokrotnie tworząc wiekopomne dzieła.
Współcześnie przed podobnym wyzwaniem stoją twórcy dziesiątej i jedenastej muzy, czyli kina i telewizji. Niemal od początków kinematografii na przestrzeni lat powstawały lepsze i gorsze produkcje filmowe i serialowe opowiadające o losach Jezusa i apostołów. I w wielu z nich twórcy stawali przed wyzwaniem jak pokazać zmartwychwstanie.
Film rządzi się swoimi prawami, przez co przedstawienie wątku powstania Chrystusa z martwych nie jest łatwym zadaniem. Wiele zależy od głównego wątku opowieści stworzonej przez scenarzystę i reżysera. Duży wpływ ma także gatunek filmu. I właśnie w zależności od tego motyw zmartwychwstania, podobnie jak sposób jego przedstawienia, w każdej produkcji będzie przedstawiany inaczej, a co za tym idzie – będzie pełnił inną rolę.
A zatem w jaki sposób i w jakim celu twórcy pokazują w filmach wydarzenie, które miało miejsce w pierwszą Niedzielę Wielkanocną sprzed dwóch tysięcy lat?
Tajemnica nocy i dosłowność dnia
Zacznijmy od samego sposobu pokazania zmartwychwstania w kulturze. Najprostszym sposobem przedstawienia wydarzeń Wielkiej Nocy jest… ich brak. Nie chodzi tu o pominięcie tego wątku lub jego zanegowanie, ale o pozostawienie samego momentu zmartwychwstania w sferze wyobrażeń, domysłów i niedopowiedzeń. Wszak, jak mawiał jeden z moich wykładowców: najważniejszym zmysłem widza jest… wyobraźnia.
Sam motyw niepokazywania zmartwychwstania ma długą tradycję sięgającą czasów Ewangelii. Żaden z apostołów, niewiast towarzyszących Jezusowi, ani innych uczniów Chrystusa, nie widział tamtego wydarzenia. Paradoksalnie jedynymi świadkami największego cudu w historii świata była co najwyżej garstka rzymskich legionistów stojąca na straży przy grobie, czyli osoby raczej nieprzychylne Jezusowi i jego naukom. Ewangelie nie opisują momentu wyjścia Zbawiciela z grobu, skupiając się jedynie na skutkach tego wydarzenia i zaskoczeniu, jakie Zmartwychwstały budzi wśród swoich przyjaciół i uczniów.
Później tą samą ścieżką podążała sztuka sakralna, która zgodnie z opisem biblijnym nie próbowała pokazywać w sposób dosłowny sceny Zmartwychwstania. W kościołach wschodnich popularny stał się motyw zejścia Chrystusa do otchłani i wyzwolenia sprawiedliwych zmarłych oczekujących na przyjście Mesjasza. Jezus wychodzący z grobu to motyw późniejszy, powstały w kręgu cywilizacji zachodniej.
Czy zatem w filmie należy otoczyć zmartwychwstanie aurą tajemnicy, czy wręcz przeciwnie – unaocznić scenę wyjścia z grobu? Czy pokazać jedynie pusty grób, czy też opowiedzieć, jak to wszystko mogło mieć miejsce? Między innymi takie właśnie dylematy stają przed scenarzystami filmowymi i serialowymi. Ostatecznie wybór dokonany przez twórców zależy od tego, jak zbudowany jest film, czy jest ekranizacją całej ewangelii, czy też stanowi rozważania na jakiś temat. Historia pokazuje, że różni filmowcy wybierali inne drogi w zależności od tego, jaki cel postawili przed swoją produkcją.
Puenta w ekranizacjach
Najczęściej zmartwychwstanie Chrystusa jest tylko jednym z etapów jego biografii, klasycznym przykładem ekranizacji którejś z Ewangelii. Słowo „tylko” jest tu oczywiście zastosowane na wyrost, jednak w filmach chodzi o odpowiednie zwieńczenie opowiadanej historii, w której po prostu nie można pominąć zmartwychwstania, ale nie jest ono też niczym więcej, jak tylko elementem opowieści. Jezus urodził się, żył, nauczał, umarł na krzyżu, by wreszcie zmartwychwstać i ukazać się swoim uczniom. Klasyka. Tak właśnie przedstawia się historię w serialu Jezus z Nazaretu i filmach takich jak Największa opowieść wszech czasów lub Król królów.
Jednocześnie sam akt powstania z martwych stanowi pewnego rodzaju puentę. To już w zasadzie jest koniec tej historii. Po punkcie kulminacyjnym, jakim było ukrzyżowanie i śmierć w mękach, powrót Jezusa do życia jest momentem uspokojenia akcji. Potem w filmach nie dzieje się niemal nic: głównie widzimy kilka krótkich spotkań z uczniami. Krótko mówiąc – są to sceny, które zwiastują koniec fabuły. Czasami część twórców rezygnuje z wątku wniebowstąpienia, zakładając, że powstanie z martwych jest wydarzeniem wystarczającym do zamknięcia historii życia Jezusa.
Jednocześnie w filmach i serialach stawiających sobie za punkt honoru wierne zobrazowanie Nowego Testamentu, o zmartwychwstaniu Jezusa dowiadujemy się w ten sam sposób, jak bohaterowie Ewangelii: widzimy pusty grób albo ukazującego się nam Jezusa. Film nie pokazuje nam, co dokładnie się wydarzyło tamtego dnia, tuż po szabacie, ani w jaki sposób do tego doszło. Jesteśmy zmuszeni przyjąć do wiadomości fakt, że nie możemy wiedzieć wszystkiego. Tym samym, pod pewnymi względami, nie różnimy się od apostołów, a największy cud w dziejach świata pozostaje za zasłoną tajemnicy.
Bywa jednak i tak, że filmowe lub serialowe zmartwychwstanie, pomimo bycia jedynie jednym z elementów biografii Zbawiciela, niesie ze sobą jakąś dodatkową treść. Czasami wielowymiarowość tego wydarzenia jest zamierzona przez twórców, czasami nie. I tak zazwyczaj schodzi ona na drugi plan. Niemniej, na przykład w miniserialu Jezus z Nazaretu tytułowy bohater podczas ostatniej rozmowy z apostołami zapowiada powrót do Ojca. Jednocześnie jednak składa obietnicę pozostania ze swoimi uczniami na zawsze, aż do skończenia świata (por. Mt 28,20). W ten sposób zmartwychwstanie Chrystusa staje się równocześnie zapowiedzią Jego wiecznej i żywej obecności. Zresztą – w zmartwychwstaniu chodzi właśnie o życie, będące triumfem nad śmiercią.
Król powstały z martwych
Pasja Mela Gibsona to jeden z najgłośniejszych filmów XXI wieku. Na jego temat wypowiedziano wiele skrajnych opinii: od tych widzących w produkcji manifest antysemickich treści, aż do doskonałego dzieła stworzonego pod natchnieniem Ducha Świętego. Liczne kontrowersje wzbudzała zarówno biografia reżysera, jak i brutalna forma opowieści o ostatnich godzinach z życia Jezusa.
I choć głównym wątkiem całego filmu faktycznie jest fizyczna i psychiczna męka Chrystusa, zobrazowana w sposób sugestywny i bezpośredni (choć nie tak brutalny, jak się niektórym wydaje) to w całej produkcji jest kilka scen, które pokazują, że istotą opowieści, zarówno tej filmowej i tej biblijnej, nie jest przemoc i śmierć sama w sobie. Bo w drodze krzyżowej nie chodzi o cierpienie, ale o miłość.
Kluczowa jest scena kończąca cały film, czyli ta pokazująca zmartwychwstanie. Reżyser rezygnuje z ewangelicznej powściągliwości w precyzji opisywanych wydarzeń. Podobnie jak podczas scen biczowania czy ukrzyżowania, tak też tutaj kamera nie ucieka od dosłowności. Rezygnacja z aury tajemnicy ma swój cel. Chodzi o podkreślenie triumfalnego charakteru zmartwychwstania. Aby osiągnąć zamierzony efekt, twórcy sięgnęli po różne metody.
Po pierwsze scena zmartwychwstania ma miejsce bezpośrednio po zdjęciu z krzyża. Ten zabieg dodatkowo potęguje kontrast pomiędzy skrwawionym, umęczonym ciałem Jezusa a Chrystusem zmartwychwstałym. Z jednej strony mamy ból, śmierć i cierpienie, tak wyraźnie zobrazowane w formie piety – Maryi trzymającej zwłoki Syna. Z drugiej strony mamy żywego Jezusa.
Dużą część zdjęć w Pasji kręcono w nocy lub przy ograniczonym źródle światła. Stąd film ma raczej ponurą i mroczną atmosferę. Co więcej – nawet te sceny, które rozgrywają się w ciągu dnia i w pełnym świetle słonecznym, mają nieco zimną kolorystykę.
Tymczasem w ostatniej scenie jest inaczej. Kluczową rolę odgrywa sposób oświetlenia planu i postaci.. Mocne, a zarazem miękkie światło, w którym skąpana jest postać Chrystusa podkreśla „żywy” charakter tej sceny.
Nawet mrok nie nadaje scenie, nomen omen, mrocznej atmosfery. Wręcz przeciwnie. Ciemność jest tu inna niż w reszcie filmu. Choć momentami dominuje w kadrze, to stanowi ona jedynie tło, mające podkreślić osobę Jezusa i Jego wyjście z mroków: grobu, śmierci i cierpienia. Mrok eksponuje triumf życia i zarazem ułatwia widzowi skupienie na tym, co w tym momencie najważniejsze. W tej scenie, jak chyba w żadnej innej, widać, że operator wzorował się na twórczości włoskiego malarza przełomu XVI i XVII wieku – Michalanego Caravaggia. To właśnie jego znakiem rozpoznawczym był niesamowity, ostry światłocień oraz silny kontrast.
Charakter sceny podkreśla również muzyka. Choć przez większość filmu towarzyszy nam muzyka o nieco kontemplacyjnym charakterze, o tyle tutaj mamy do czynienia orkiestrą symfoniczną z chórem śpiewającym triumfalną pieśń Hossanna, Yeshua. Bo Król powrócił.
Biblijny kryminał
Zupełnie inną drogą podążyli twórcy filmu Zmartwychwstały Kevina Reynoldsa. Choć scenariusz przenosi nas do Jerozolimy w przededniu pamiętnego święta Paschy, to jednak głównym bohaterem filmu nie jest Jezus. Nie jest nim też żaden z apostołów, ani żadna z kobiet towarzyszących Chrystusowi. Jest nim rzymski trybun Clavius. A wątek powstania Chrystusa z martwych jest tylko, i aż, powodem do przeprowadzenia śledztwa mającego potwierdzić lub wykluczyć możliwość zaistnienia takiego cudu.
Fabuła filmu z 2016 roku wygląda tak: oto Clavius, młody oficer armii rzymskiej, wraca do Jerozolimy po starciu z oddziałami Żydowskich rebeliantów. Od razu po powrocie ówczesny prokurator, Poncjusz Piłat, zleca mu dopilnowanie wykonania wyroku śmierci na wichrzycielu imieniem Jeszua, z czego główny bohater wywiązuje się bez zarzutu. Jednak, gdy kilka dni później grób skazańca zostaje otwarty, strażnicy uciekają, a wśród mieszkańców miasta pojawiają się plotki o cudownym zmartwychwstaniu ukrzyżowanego Jeszui, Clavius dostaje kolejne zlecenie. Ma znaleźć dowody na sfingowanie całego wydarzenia i stłumić plotki w zalążku. Jednak prowadząc śledztwo, młody Rzymianin dochodzi do zgoła innego wniosku.
Często można usłyszeć, że zmartwychwstanie jest tylko mitem, bo coś takiego nie może mieć miejsca. Owszem. Nie może. Żadna z zasad rządzących materialnym światem nie dopuszcza takiej możliwości. I dlatego właśnie, jeśli dzieje się coś niemożliwego, nazywamy to cudem – czymś, co wykracza poza wszystkie znane nam wymiary czasu i przestrzeni. A skąd wiadomo, że taki cud miał miejsce?
Zmartwychwstały jest ciekawą próbą przedstawienia w kulturze masowej odpowiedzi na pytanie: czy zmartwychwstanie mogło się zdarzyć naprawdę? Twórcy zręcznie wykorzystują motywy rodem z kryminałów lub kina detektywistycznego, by odkryć tajemnicę kryjącą się za zniknięciem ciała z grobu. Czy strażnicy pozwolili uczniom wykraść zwłoki? Czy może skazaniec tak naprawdę nigdy nie umarł? A może coś jeszcze?
Clavius, zbierając poszlaki i łącząc wątki, dochodzi w końcu do jednego wniosku. Zbyt wiele rzeczy przemawia za tym, że niemożliwe stało się możliwe. Co prawda niczym niewierny święty Tomasz pozbywa się wątpliwości dopiero po naocznym spotkaniu żywego Jezusa. Lecz nie zmienia to faktu, że już wcześniej był gotów na przyjęcie tej prawdy.
Motyw działania – źródło wiary
„Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, próżna byłaby nasza wiara” pisze św. Paweł (1 Kor 15,14). Proste, krótkie stwierdzenie, pokazujące w czym tkwi siła chrześcijaństwa. Czerpie ono moc właśnie z faktu, że Jezus Chrystus powstał z martwych, zrywając więzy śmierci. Dlatego właśnie od pierwszych lat istnienia Kościoła, aż po dzień dzisiejszy, chrześcijanie głoszą swoją naukę na całym świecie, często ryzykując przy tym własne życie.
Opowieści X i XI muzy pokazują zmartwychwstanie również w takim kontekście – jako źródło życia Kościoła. Widać to już we wcześniej wspomnianym filmie Zmartwychwstały. Koniec końców Clavius porzuca służbę w armii, zaszczyty i całe dotychczasowe życie, właśnie ze względu na to, że spotkał żywego, zmartwychwstałego Jezusa. Czyn ten zamyka mu drogę powrotu do armii, wyrzuca go poza nawias własnego społeczeństwa. Ale dla byłego trybuna nie ma to już znaczenia.
Tą samą ścieżką kroczą produkcje opowiadające historie apostołów. Można do nich zaliczyć ostatnie amerykańskie seriale: Biblię oraz Anno Domini – Biblii ciąg dalszy. Każdy z nich, opisując historię pierwszych chrześcijan, wychodzi od punktu męki i zmartwychwstania Chrystusa. To właśnie postać Jezusa stanowi przyczynę każdej kolejnej decyzji podejmowanej przez apostołów.
Jednak aby podkreślić odwagę i poświęcenie młodego Kościoła twórcy, dla kontrastu muszą pokazać jego zagubienie. Stąd też eksponowane są takie momenty jak zaparcie się Piotra, zdrada Judasza oraz tchórzostwo pozostałej dziewiątki (tradycyjnie chlubnym wyjątkiem jest św. Jan).
Duży akcent kładzie się również na brak wiary apostołów w okresie pomiędzy śmiercią Jezusa, a Jego ukazaniem się. Kamera pozostaje pośród uczniów. Żaden z bohaterów nie wie, co robić. Każdy z nich jest zszokowany tym, co się wydarzyło. A przecież z pewnością mieli jakieś wyobrażenia na temat tego, co ma zrobić zapowiedziany Mesjasz. Nie tylko uczniowie podróżujący do Emaus, ale każdy z nich zdaje się mówić: „A myśmy myśleli…”. Z tego powodu tak olbrzymim szokiem jest informacja o zmartwychwstaniu. I to właśnie z tego powodu grupka wystraszonych, niezbyt wykształconych i wątpiących Żydów opuszcza swój dom, rzucając wyzwanie całemu światu.
Warto tu też wspomnieć o pewnym, nieco zapomnianym, ale według mnie wartym obejrzenia serialu animowanym. W latach 90. ubiegłego wieku irlandzkie studio Shepherd stworzyło dzieło pod tytułem The Story Keepers, w Polsce znane jako Strażnicy Dobrej Nowiny. Animacja była emitowana w latach mojego dzieciństwa najpierw przez Canal+, a później przez TVP i do tej pory uważam ją za jedną z najlepszych produkcji „okołobilbijnych” w historii. Choć skierowana jest głównie do dzieci, brakuje jej typowej dla dzisiejszych produkcji infantylności. Akcja serialu rozgrywa się w Rzymie za panowania cesarza Nerona. Główni bohaterowie, czyli piekarz Ben, jego żona Helena oraz grupa przygarniętych przez nich dzieci próbuje normalnie żyć w świecie, w którym prześladuje się takich jak oni chrześcijan. Serial bowiem nie ucieka od tematów takich jak ryzyko męczeńskiej śmierci, przy okazji udzielając odpowiedzi, skąd wyznawcy Chrystusa czerpią siłę do trwania przy swojej wierze.
Jedną z kluczowych scen jest ta z 12 odcinka, w której Ben rezygnuje z ucieczki z więzienia, choć ciąży na nim wyrok śmierci. Powód? Pragnie opowiedzieć jednemu z pilnujących go oficerów historię zmartwychwstania. Do rangi symbolu urasta fakt, że tenże Rzymianin w czasach młodości służył w Jerozolimie i był świadkiem ukrzyżowania Jezusa. Dla niego historia Nazarejczyka kończyła się na szczycie Golgoty. Tymczasem dla chrześcijan takich jak Ben to właśnie zmartwychwstanie Chrystusa nadało wszystkiemu sens i dało odwagę do głoszenia tytułowej Dobrej Nowiny. I to właśnie opowieść o tym momencie z życia Jezusa wraz z postawą dzielnego piekarza, przyczynia się ostatecznie do nawrócenia wspomnianego Rzymianina.
Co dalej?
Dawno temu przeglądając któreś z licznych forum w internecie, natrafiłem na wypowiedź pewnego księdza: “jak można po dwutygodniowym kursie uważać się za znawcę Biblii, skoro po kilku latach studiów nadal zaskakuje mnie Ewangelia według św. Jana?”. Te słowa idealnie pasują do konwencji przedstawiania zmartwychwstania na ekranach kin i telewizorów. To wydarzenie, tak ważne dla historii całego świata zawiera w sobie taki potencjał do opowiadania i przedstawiania, że żaden artysta nigdy nie wyczerpie go całkowicie. W przyszłości z pewnością znajdą się kolejni twórcy, którzy spróbują znaleźć w tej opowieści coś więcej i pokażą ją widzom w nowy sposób. Oczywiście istnieje ryzyko, że filmowcy wypaczą w swoich filmach wizję zmartwychwstania. Ale istnieje również nadzieja, że powstaną kolejne dzieła, które przybliżą widzom dzieje Chrystusa i cud tamtej pierwszej Wielkiej Nocy
