adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Wobec cierpienia i choroby, czyli włoskie przypadki młodej świętości

magazine cover

Źródło: Pixabay

Piękna, młoda i wysportowana, pełna pasji dziewczyna, która każde swoje zdjęcie ma naznaczone uśmiechem. Pasjonat informatyki, podróżnik i twórca stron internetowych, który oddał się bez reszty Bogu. Lubiany i wrażliwy włoski licealista. Wydawać by się mogło, że przed nimi świat stoi otworem. Jednak choroba, cierpienie i śmierć, w oczach człowieka, pokrzyżowały dalekosiężne plany i marzenia. Czy aby na pewno?

Bardzo często święci są dla nas odlegli. Nie tylko z tego powodu, że większość z nich żyła kilkaset lat przed nami, ale również dlatego, że często ich życiorysy są tak heroiczne i fantastyczne, że bliżej im legend niż człowieka z krwi i kości. Nasi bohaterowie jednak umarli kolejno w 1990, 2006 i 2009 roku. Poznamy ludzi, którzy są często młodsi od nas, a jeden z nich urodził się w tym samym roku, co ja. Oto historie 3 niezwykłych, młodych osób, które uczą dorosłych pokory.

Dziewczyna, która była światłem

Klara Badano była wymodlonym dzieckiem. Państwo Badano długo starali się o potomstwo, lecz bezskutecznie. Po latach gorących modlitw przyszła na świat ona – piękna Klara, czyli po łacinie „jasna”. Szczęśliwa rodzina bez reszty zaangażowała się w doglądanie małej, nawet mama zwolniła się z pracy, aby całkowicie oddać się wychowaniu swojej córki. Była oczkiem w głowie rodziny, sąsiadów, znajomych. Szczególnie znamiennym dla życia Klary było spotkanie z jej imienniczką – Chiarą Lubich. Kiedy miała 9 lat cała rodzina przystąpiła do ruchu Focolari. Co więcej, Chiara widząc swoją małą imienniczkę, nadała jej przydomek „Luce”, co oznacza światło. I ta anegdota okazała się prorocza.

Jako nastolatka Chiara okazuje się nad wyraz dojrzała, a szczególną radość znajduje w modlitwie i bliskości Boga. Nie, nie oznacza to, że była wyalienowana czy odległa od innych dziewczyn. Uwielbiała się bawić, spotykać, miała problemy z nauką, kłóciła się z rodzicami, wychodziła wieczorami do kawiarni ze znajomymi. Uwielbiała tenisa, pływanie, wycieczki górskie. Interesowała się kosmetykami, podróżami, poznawaniem nowego. Jednak w jej sercu ciągle trwał dialog. W liście do Chiary Lubich pisze: „Odkryłam, że Jezus opuszczony jest kluczem do jedności z Bogiem i chcę Go wybrać jako mojego jedynego Umiłowanego i przygotować się na Jego przyjście. Wybierać Go!”. Ciągły głód i pragnienie Boga nie dają jej spokoju, ciągle szukała, ciągle starała się uchwycić nienazwaną potrzebę serca.

Klara przeżywała też młodzieńcze zakochanie w koledze imieniem Luca, ale ciągle czuła, że to nie daje jej ani pokoju serca, ani nie jest odpowiedzią na jej najbardziej głębokie i wewnętrzne pragnienia, dlatego rozstała się ze swoim absztyfikantem. Problemy w szkole też się piętrzyły. Klara nie zdała matematyki i musiała powtarzać klasę. Jednak nie poddała się i podjęła wyzwanie. Niedługo jednak przyszła o wiele cięższa próba.

Światłość w ciemności świeci

Jak co wakacje Klara grała z przyjaciółmi w tenisa. Nagle zaczęła odczuwać ból w ramieniu, myśląc, że to efekt przeciążenia grą. Nie przejęła się zbytnio bólem. Jednak po wielu dniach ból nie ustępował, więc postanowiła się przebadać. Wyniki wprowadziły całą rodzinę w przerażenie. Padły słowa o ciężkości wyroku skazującego: rak kości z przerzutami. Po dłużej chwili ciszy i konsternacji, Klara uśmiechnęła się i powiedziała: „będzie dobrze!”. To zapewnienie jednak nie dało spokoju rodzinie. Sytuacja jest na tyle poważna, że Klara musiała pozostać w szpitalu. Tam poznała dziewczynę uzależnioną od narkotyków i z głęboką depresją. Zaprzyjaźniła się z nią i towarzyszyła jej przez cały czas, pomimo bólu spowodowanego przerzutami na kręgosłup. Na początku rodzina przychodzi, aby być z Klarą i pocieszać ją, ale szybko zrozumieli, że to oni przychodzą do swojego „światełka” po siły. Rodzina, personel szpitala, pacjenci… wszyscy lgnęli do Klary. Doktor Antonio Delogu powiedział: „Swoim uśmiechem i wielkimi, pełnymi światła oczyma pokazuje, że śmierci nie ma, a jest tylko Życie”.

Klara przeszła dwie operacje, przyjmowała chemię, straciła włosy, które bardzo lubiła układać; każdy stracony (z powodu chemii) pukiel włosów oddawała jako ofiarę dla Pana Jezusa. Niestety leczenie nie przynosiło żadnego rezultatu, ból się nasilał, Klara słabła, ciągle jednak starała się być pomocna, ofiarna, dodawała sił innym pacjentom. Coraz częściej rozważała mękę Pana Jezusa i pragnęła się z Nim łączyć. W pewnym momencie odmówiła przyjmowania morfiny, mówiąc: „Odbiera świadomość, a ja mogę ofiarować Jezusowi jedynie cierpienie. Chcę dzielić z Nim jeszcze przez trochę Jego Krzyż”. Kiedy była już przykuta do łóżka, ciągle powtarzała: „mam jeszcze serce, którym mogę kochać!”.

Światło idzie do Światłości

Klara czuła zbliżającą się śmierć, jednak postanowiła, że nie będzie to w żadnym stopniu smutny moment. Nazwała nieuchronne „zaślubinami z Oblubieńcem”. Z entuzjazmem panny młodej planowała swój pogrzeb. Wybrała sukienkę, kwiaty, pieśni, czytania mszalne… wszystko miało być dopięte na ostatni guzik. Kiedy wszystko było już gotowe i zaplanowane, Klara opadła całkowicie z sił. Wezwano całą rodzinę i przyjaciół. Jej ostatnie słowa do mamy to: „Ciao. Bądź szczęśliwa, bo ja jestem szczęśliwa”. Sława świętości natychmiastowo rozprzestrzenia się po okolicy, a biskup miejsca, Livio Maritano, po ośmiu latach od śmierci Klary, otwiera proces beatyfikacyjny. Młoda oblubienica Jezusa opuszczonego została beatyfikowana w 2010 roku.

Dzielny młodzieniec

Na kilka dni przed śmiercią Klary we włoskim miasteczku Avelino rodzi się Mateusz Farina. Jednak przyjmuje chrzest i dorasta w Brindisi. Daje się poznać jako dziecko wrażliwe na piękno otaczającego go świata i czułe na wdzięk muzyki. Sam zresztą lubił grać na różnych instrumentach wraz ze swoją siostrą Eriką. Rodzicie bardzo dbali o edukację religijną, a sam Mateusz bardzo się angażuje w swoją parafię, którą prowadzą do dzisiaj oo. Kapucyni. Kwestie wiary były dla Mateusza już od dzieciństwa szczególnie umiłowane. Codziennie czytał Pismo Święte i modlił się różańcem. Nie są to szczególnie częste praktyki spotykane u dzieci, jednak dla Mateusza były niezwykle cenne. W 2000 roku przyjmuje Komunię Świętą, a trzy lata później sakrament Bierzmowania. W tym też roku pojawiają się dziwne bóle głowy, które cały czas się nasilają tak bardzo, że Mateusz miał problemy ze wzrokiem. W tym okresie zaczyna też pisać duchowy dziennik, w którym spisuje swoje myśli i przeżycia.

Młodzieniec na polach bitewnych

Mateusz musiał się zmierzyć z dwoma problemami, które trapiły jego serce. Po pierwsze choroba, która zaczęła go ograniczać, a którą lekarze rozpoznali jako guza mózgu. Drugim problemem, który nie dawał mu spokoju, to zanik wiary u rówieśników. W swoim dzienniczku zapisał: „Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować moją misję »wtyczki« wśród młodzieży, mówiąc o Bogu; obserwując moje otoczenie, by wejść do niego tak cicho jak wirus i zarazić wszystkich nieuleczalną chorobą, jaką jest Miłość!”. Ciągle szukał okazji do zaczepiania, rozmowy, wspólnego spędzania czasu z rówieśnikami, zaangażowania się w dzieło misyjne, kult Niepokalanego Serca Maryi, Najświętszego Serca Jezusa, krąg biblijny… wiedział, że nie ma szczególnie dużo czasu i wiedział, że chce go wypełnić po brzegi miłością. Jedynym celem reszty jego życia było zdobywanie dusz. Jak sam pisał: „Masz ochotę wykrzyczeć przed całym światem, że gotów jesteś zrobić wszystko dla twego Zbawiciela, że gotów jesteś cierpieć dla zbawienia dusz, umrzeć za Niego”. Te słowa wypełniły się w jego życiu całkowicie.

Choroba jednak postanowiła poprzeszkadzać trochę w misyjnej działalności Mateusza. Komplikacje były poważne, wyniki bardzo niejasne i lekarze podjęli decyzję, aby wysłać młodego apostoła do Hannoveru. Tam zaobserwowano u niego zmiany nowotworowe w mózgu. Gwałtowny atak choroby, który czasowo uszkodził mu wzrok, zatrzymał go na onkologii. Przez 40 dni Mateusz musiał przyjmować radio i chemioterapię. Kiedy stan wydawał się być ustabilizowany, otrzymał zgodę na powrót do domu. Bitwa wydawała się wygrana, choć Mateusz czuł, że to nie koniec zmagań, jednak cieszył się, że może poświęcić więcej energii na ewangelizację. Przez kolejne dwa lata zdrowie się poprawia, a im bardziej sytuacja zdrowotna się polepsza, tym więcej sił nasz młodzieniec wkłada w głoszenie Bożej Miłości.

„Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”

Jest początek 2008 roku, bóle głowy wróciły, a badania kontrolne nie pozostawiły złudzeń – nastąpił nawrót guza mózgu. Co robił Mateusz? Uśmiechał się i walczył dalej o zbawienie swoich rówieśników. Zaczytywał się w dziełach papieża Benedykta XVI, szczególnie chłonął encyklikę Deus Caritas est. Chciał być gotowy na spotkanie z Nieskończoną Miłością. Choroba, postępując, wywołała paraliż części ciała, ale nie zgasiła pogody ducha. Rodzina, przyjaciele i księża, zakonnicy z parafii – wszyscy byli zdumieni całkowitym poddaniem się woli Bożej, a fama świętości zaczęła się rozchodzić nie tylko po szpitalu, nie tylko po Brindisi, ale i dalej. Widząc przerażone i zmartwione miny swoich bliskich, mówił: „Musimy żyć każdego dnia tak, jakby to miałby być ostatni dzień. Jednak nie ze strachem przed śmiercią, ale z radością na spotkanie z Panem!”.

Na krótko przed śmiercią wyznał swojej mamie, że wszystkie cierpienia, jakie musi znosić, ofiarowuje w intencji nawrócenia grzeszników i za zbawienie dusz. Dnia 13 kwietnia 2009 roku po raz ostatni przyjmuje Komunię Świętą. Umiera 10 dni później otoczony rodziną i przyjaciółmi, kapłanami, znajomymi, kolegami, personelem, których moment śmierci połączył i pozostawił ślad miłości, która jest silniejsza niż śmierć.

Młody grafik komputerowy pomoże… Watykanowi?

Karol jest kilka miesięcy starszy ode mnie. Piszę „jest”, bo przecież w Bogu cały czas żyje. Urodził się w maju 1991 roku. Rodzina Karola Acutisa mieszkała w Wielkiej Brytanii. Jednak po urodzeniu dziecka stwierdzili, że wracają do ojczyzny. Babcia Karola urodziła się Polsce i nauczyła go kilku polskich słów. Zafascynowała go też postacią św. Jana Pawła II. Od najmłodszych lat, nawet jak na włoskie standardy, Karol wykazywał się pobożnością. Fascynowała go również informatyka, grafika komputerowa, podróże, pielgrzymki, historia i technika. Samodzielnie zakładał strony internetowe np. do dziś działająca strona o cudach eucharystycznych na świecie, o świętych dzieciach i świętej „młodzieży”. Pomagał też przy projektowaniu strony… Watykanu! Nie oznaczało to jednak, że spędzał czas tylko przy komputerze. Wręcz przeciwnie, prowadził aktywny tryb życia, wspinał się, zwiedzał, robił zdjęcia, udał się z pielgrzymką do wielu miejsc. Jego entuzjazm pchał go cały czas do przodu. Jeśli ktoś miał ożywić lokalną parafię i wprowadzać niezliczoną ilość energii i entuzjazmu, to mógł to być tylko Karol. I tak też było. Wszędzie, gdzie się pojawiał, wzbudzał zaangażowanie i energię.

Projekt zbawienie

Choć był kilkunastoletnim chłopakiem, wiele osób prosiło go o pomoc w zakładaniu stron internetowych i o… modlitwę. Jak najbardziej pomagał z jednym i drugim. Kiedy pytali się go jaki ma plan na życie, odpowiadał: „Być zawsze zjednoczonym z Jezusem, oto mój plan na życie”. A kiedy dopytywali się w jaki sposób je osiągnąć, powtarzał: „Eucharystia jest moją autostradą do nieba”. Z takim samym zaangażowaniem tworzył komputerowe algorytmy, co pomagał w stołówkach dla biednych. Karol zaczął spędzać coraz więcej czasu przed Najświętszym Sakramentem. Coraz mocniej czuł przynaglenie do bycia przy Chrystusie. Pewnego dnia nagrał filmik, w którym prosił o to, żeby pochować go w Asyżu. Pomysł wydał się bliskim dziwny, bo Karol nie wykazywał żadnych oznak choroby. Za dwa miesiące jednak sytuacja miała się dramatycznie zmienić.

Na autostradzie do Nieba

Badania kontrolne wykazały, że Karol zachorował na białaczkę. I to dość zaawansowaną. Przerażona rodzina nie miała pojęcia, w totalnej bezradności, jak zareagować, co powiedzieć, jak działać. Karol przecież miał niecałe piętnaście lat! On jednak przyjmuje wyrok choroby ze spokojem. Niestety, rozwija się ona dramatycznie szybko. Mały grafik komputerowy powtarza: „nasza meta musi być w nieskończoności, nie w tym, co skończone. Nieskończoność jest naszą Ojczyzną. Musimy być ciągle wpatrzeni w Niebo!”. Choroba jednak nie hamowała ani entuzjazmu, ani radości. Zdziwieni krewni pytali się go, czy się nie boi, skąd u niego taka siła i dlaczego podchodzi do nieuleczalnej choroby z taką oryginalnością. Odpowiadał: „Każdy rodzi się jako oryginał, ale wielu umiera jako fotokopie” i wiedział, że jego to nie dotyczy. Pomimo choroby i coraz większego cierpienia cały czas pozostawał sobą.

Żertwa ofiarna

Kiedy ciało nie nadążało za entuzjazmem duszy, a Karol był zmuszony cierpieć i leżeć w szpitalnym łóżku, po cichu powiedział do mamy: „ofiarowuję swoje cierpienie za zbawienie ludzi i za Ojca Świętego”. Rodzina, która każdego dnia gromadziła się wokół szpitalnego łóżka Karola, pewnego dnia zadała pytanie, czy się nie boi tego, co nadchodzi. Karol im odpowiedział: „Cieszę się, że umieram, ponieważ przeżyłem swoje życie, nie marnując nawet jednej minuty na to, co nie podobałoby się Bogu”. Walka od informacji o chorobie do momentu śmierci trwała kilka miesięcy. Karol umarł w pokoju, z modlitwą na ustach. Zgodnie z życzeniem pochowano go w Asyżu. Był rok 2006. Sześć lat później rozpoczął się proces beatyfikacyjny, który teraz jest już na etapie rzymskim. Niektórzy księża w Watykanie z uśmiechem spekulują, że znaleźli patrona dla Internetu.

Śmierć. I co dalej?

Troje młodych ludzi, trzy historie, trzy choroby. Nikt z nich nie rezygnował z młodzieńczych wygłupów, buntu dojrzewania, radości z przyjaciółmi, przyjemności czy zabawy. Żyli z właściwym sobie młodzieńczym entuzjazmem. Po ludzku choroba i cierpienie w sposób brutalny odebrała im życie i beztroskę młodości. Jednak nie pozwolili wyrwać sobie z serca ani entuzjazmu, ani miłości, ani zaufania do Boga. Więcej, choroba stała się dla nich spotkaniem z Bogiem, spotkaniem, które sprawiło, że stali się duchowo niezwykle dojrzali. Na myśl nasuwa mi się fragment z Księgi Mądrości (4 ,13): „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu”. Klara, Mateusz i Karol są dla nas przykładem tego, że choroba, cierpienie i śmierć nie muszą być ciężkim wyrokiem, ale rzeczywistością, która afirmuje, oczyszcza i udoskonala. Można by powiedzieć „łatwo się mówi”, ale oni odpowiadają „w Bogu wszystko jest możliwe”.

Osobiście dotyka mnie nie tylko ich młody wiek, ale przede wszystkim bliskość ich młodości. To albo moi rówieśnicy, albo ciut starsi. Nie żyli setki lat temu, ale kroczyli po ziemi wtedy, kiedy ja żyłem, kiedy się uczyłem, wygłupiałem, szukałem Boga – oni w tym czasie robili to samo. Ich życie stało się dla mnie rachunkiem sumienia i ciągłym pytaniem: jak blisko jestem Boga? Czy potrafiłbym tak jak oni pozwolić, aby miłość zwyciężyła strach? Nie wiem. Za to wiem jedno: kiedy na mnie przyjdzie czas próby nie będę sam. Oni będą ze mną. Oni przetarli szlaki dla świętości w XXI wieku.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.