adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Misje to nie wakacje, to ekstremalne „wstanie z kanapy”

magazine cover

Z Moniką Chudzyńską, wolontariuszką misyjną, która spędziła dziesięć miesięcy na wolontariacie misyjnym w Mansie (Zambia) o życiu w Afryce, kryzysach i nadziei w życiu chrześcijanina oraz chorobie i uzdrowieniu rozmawia Krzysztof Dziatlik.

Krzysztof Dziatlik: Kiedy po raz pierwszy poczułaś że chcesz wyjechać na misje?

Monika Chudzyńska: Pierwszy raz o wyjeździe na misje pomyślałam kiedy miałam siedem lat, wtedy w mojej miejscowości, z której pochodzę, w Śladowie podczas mszy świętej, na której kazanie ggłosił franciszkanin o. Darek, i na tym kazaniu opowiadał on o swojej pracy misyjnej w Kenii i w Tanzanii. I wtedy sobie pomyślałam, że to jest super i że chciałabym kiedyś wyjechać do Afryki na misje. I to była taka pierwsza myśl wtedy.

Potem w moim życiu ta myśl gdzieś do mnie powracała i stwierdziłam, że w takim razie może warto coś z tym zrobić.

W klasie maturalnej poszłam po raz pierwszy w życiu na pielgrzymkę, była to pielgrzymka łowicka. I na tej pielgrzymce usłyszałam, że nie muszę być siostrą zakonną żeby wyjechać na misje, że jeżdżą też na misje wolontariusze świeccy i dostałam ulotkę, wzięłam ją, ale nic z nią tak naprawdę nie zrobiłam.

Na II roku studiów trafiłam do Łodzi i tam poznałam znajomych, którzy mieli znajomych przygotowujących się na wyjazd na wolontariat misyjny. I jeden z tych znajomych zaprosił mnie we wrześniu na spotkanie do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego. Skorzystałam z tego zaproszenia i tam pojechałam. W tym samym czasie trafiłam też do grupy misyjnej w „Węźle” – duszpasterstwie akademickim, do którego uczęszczałam.

Jak osoba świecka może zostać misjonarzem?

Moim zdaniem misjonarzem jest każdy z nas, tak naprawdę nie musimy nigdzie wyjeżdżać, tu na miejscu też należy głosić Chrystusa i pomagać innym. Powiedziałabym nawet, że najcięższą misją w życiu jest bycie misjonarzem we własnej rodzinie i głoszenie Chrystusa w niej oraz dawanie w niej o tym świadectwa. No, ale misje kojarzą się nam też z czymś dalszym.

Żeby wyjechać na misję, to po pierwsze należy odkryć w sobie takie pragnienie. Po drugie, należy zgłosić się do jakiejś organizacji, która przygotowuje osoby świeckie do wyjazdu na wolontariat misyjny. A potem należy się dużo modlić i rozeznawać tę decyzję, bo tak naprawdę, według mnie, misjonarz to nie jest osoba, która chce tylko pomagać, bo ta pomoc jest potrzebna i ważna i my się tym zajmujemy na misjach, ale nie jest to wystarczające. Głównym elementem powołania misyjnego dla mnie jest to, żeby po prostu głosić Chrystusa. Aby odnaleźć to w sobie, to właśnie trzeba się dużo modlić i rozeznawać. Rozeznawać, czy Pan Bóg rzeczywiście tego ode mnie chce, czy On naprawdę chce mnie posłać, gdzie chce mnie posłać, do kogo, z jakiej organizacji, na ile czasu. Ważne jest też porzucenie tego co mam, tego co jest dla mnie wygodne, bezpieczne i wyruszenie za tym, co Pan Bóg dla mnie planuje. Takie „wstanie z kanapy”, jak to mówił papież Franciszek.

Formowałaś się w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym, ale jest przecież bardzo dużo organizacji, które przygotowują świeckich do wyjazdu na misje. Dlaczego zatem wybrałaś właśnie SOM?

Dlatego, że po pierwsze tak pokierował trochę Pan Bóg, że spotkałam osoby związane z SOM-em, osoby, które stamtąd wyjechały na wolontariat misyjny. I też przez to, że trafiłam do Duszpasterstwa Akademickiego „Węzeł”, prowadzonego przez salezjanów. Poza tym podobał mi się salezjański charyzmat, ta radość, praca z młodzieżą, misje i to było mi bardzo bliskie.

Jak wygląda formacja w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym?

Od września, co miesiąc, są spotkania formacyjne, one trwają trzy dni (piątek – niedziela). Jeżeli dana osoba myśli o wyjeździe długoterminowym, to w lutym przechodzi testy psychologiczne, one są bardzo ważne i mają wielkie znaczenie. W grudniu albo styczniu są też egzaminy z języka obcego. I tak naprawdę jak już w lutym ktoś podjął decyzję, jak dyrektor SOMu zgodził się na wyjazd takiej osoby, to potem o tym, czy ktoś wyjedzie decydują, oczywiście z Bożą pomocą, te wszystkie takie przyziemne rzeczy, to znaczy czy uda się zakupić wszystkie potrzebne rzeczy, czy nie ma jakichś przeciwwskazań do wyjazdu, czy uda się załatwić wszystkie formalności, czy uda się do wyznaczonego terminu (bodajże kwietnia) zebrać pieniądze na bilet, bo ten bilet też trzeba kupić z pewnym wyprzedzeniem, nie może to być robione na ostatnią chwilę.

Czy przed wyjazdem misyjnym miałaś już jakieś wcześniejsze doświadczenia misyjne?

W pewnym sensie można tak powiedzieć, że takie małe doświadczenie misyjne zebrałam podczas tygodniowego wyjazdu na Ukrainę. Tam pracowałam z dziećmi niepełnosprawnymi. Było to też na pewno jakieś świadectwo dla tamtejszych mieszkańców, dla tych ludzi którzy tam pracowali. My – wolontariusze, braliśmy tam każdego dnia udział we mszy świętej w tamtejszym kościele parafialnym, więc to też na pewno jakieś świadectwo było. Ale w sumie przez tę moją pracę, przez samo to, że przebywałam tam z dziećmi, to było też jakieś doświadczenie, taki początek, takie zasianie ziarenka.

Jak wyglądały Twoje pierwsze dni w Zambii, jak zostałaś przyjęta przez miejscowych, jak się tam aklimatyzowałaś?

Do Mansy przyjechałyśmy o 2 w nocy, więc jakby jeszcze wszystko spało. Następnego dnia rano poszłyśmy się przywitać z siostrą dyrektorką, potem przy najbliższej niedzieli zostałyśmy powitane oficjalnie w parafii. Byłyśmy trochę skrępowane, nie wiedziałyśmy jak się zachować, co powiedzieć, ale też przyjechałyśmy specjalnie w sierpniu, a rok szkolny zaczynał się we wrześniu, wiec miałyśmy około tygodnia, żeby się samemu troszeczkę zaklimatyzować, trochę poznać rozkład dnia, gdzie co jest w placówce misyjnej itp. Na początku była z nami siostra zakonna z Europy, z Włoch, i ona nam wiele rzeczy pokazała i wytłumaczyła, natomiast Zambijczycy mają coś takiego, że jeżeli ty ich nie zapytasz, to oni cię nie poinformują i potem kiedy ta siostra wyjechała to dużo rzeczy dowiadywałyśmy się po czasie albo jak nie zapytałyśmy, to po prostu tego nie wiedziałyśmy. Ja osobiście dopiero po trzech miesiącach czułam, że jestem w Zambii, te pierwsze trzy miesiące to było dla mnie takie życie w zawieszeniu, że tak naprawdę fizycznie byłam już w Zambii, ale duchowo wciąż jeszcze byłam w Polsce i dopiero po tych trzech miesiącach poczułam, że wchodzę tutaj w jakieś relacje, że się otwieram, że już wchodzę w taki rytm życia tutaj. Wiązałyśmy z tą siostrą z Włoch duże nadzieje, ale się okazało że niedługo potem ją przenieśli, więc te nasze nadzieje prysły i już tak myślałyśmy, że gorzej być nie może, więc przestałyśmy mieć jakiekolwiek oczekiwania i potem było już coraz lepiej.

Jakie były Twoje zadania jako wolontariuszki misyjnej?

Praca w szkole garażowej i oratorium, a tak poza tym to jakieś pomoce siostrom. Z racji zdolności artystycznych przygotowywałam obraz Wniebowzięcia NMP do katedry w Mansie, miałam też malować kaplicę i busa sióstr, ale nie udało mi się tego zrobić z racji braku czasu i w wyniku tego, że musiałam wyjechać wcześniej, więc tak naprawdę to, co siostry planowały, to konsultowały z nami i my się starałyśmy to robić. Magda np. przygotowywała bibliotekę dla dzieci.

Na czym polegała szkoła garażowa?

W szkole garażowej chodziło o to, żeby zachęcić dzieci, żeby poszły potem do normalnej szkoły, bo to była taka szkoła podwórkowa, prowadzona przeze mnie i Magdę, takie bardziej zajęcia wyrównawcze, nauka jakichś bardzo podstawowych rzeczy, ale dzieci się bardzo cieszyły, że mogą za darmo przyjść i się czegoś nauczyć.

Kiedy się pojawił Twój pierwszy kryzys na misjach? Jaki był jego powód?

Była taka bardzo trudna sytuacja z pewną siostrą zakonną, która chyba za mną i za Magdą za bardzo nie przepadała albo była zazdrosna o dzieci, o młodzież. I ta siostra powiedziała dzieciom, chłopcom, że oni mają nie przychodzić do oratorium, że mają z nami nie rozmawiać i się z nami nie zadawać, a jak ją zapytałyśmy o co chodzi, to nam powiedziała, że te dzieci spędzają z nami za dużo czasu i to jest niedobre. Chłopcy zaczęli płakać, że jesteśmy bardzo wredne, że lepsze wolontariuszki były w tamtym roku przed nami. Poszłyśmy jeszcze do tej siostry, żeby to sobie jakoś wszystko wyjaśnić, ale ona nas trochę wyśmiała, że i tak tego nie zrozumiemy, więc byłyśmy postawione w ciężkiej sytuacji, że z jednej strony posłuszeństwo, bo to jest siostra, która była odpowiedzialna za oratorium i my jesteśmy tutaj tylko pomocą, z drugiej strony chłopcy przeciwko nam, z jeszcze kolejnej strony sytuacja której kompletnie nie rozumiemy. I pamiętam, że byłam wtedy na adoracji, to było jakoś właśnie po trzech miesiącach pobytu w Zambii, nie było żadnego białego w okolicy, z którym byśmy mogły o tym porozmawiać, Polaka ostatni raz widziałyśmy w Polsce i ja sobie wtedy pierwszy raz pomyślałam: no, to zaczynają się misje, kompletnie nie rozumiem ich myślenia, a muszę się tu odnaleźć i przede mną jeszcze kolejne miesiące pracy. Po czym wychodzę z adoracji i słyszę po polsku: „Dzień dobry”. Odwracam się, patrzę, biały człowiek. Okazało się, że to był ks. Krzysztof, który jest teraz inspektorem w Zambii i w innych krajach afrykańskich, i jak go zobaczyłam, to z Magdą zaczęłyśmy płakać ze wzruszenia, że w końcu widzimy człowieka mówiącego po polsku, który w końcu nas zrozumie, że ktoś w końcu wie o co nam chodzi, jak czasem się ciężko odnaleźć tutaj.

W styczniu 2017 r. w Boliwii została zabita młoda polska misjonarka, dziewczyna w twoim wieku, czy miałaś wówczas jakieś obawy o swoje bezpieczeństwo tu w Zambii? Czy myślałaś wówczas o powrocie do Polski?

O powrocie nie myślałam, ale dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że wyjazd misyjny to nie są przelewki, że mogą się różne rzeczy wydarzyć, że tak naprawdę to jednak jest trochę „hardkorowe”, trochę ekstremalne, i zdałam sobie sprawę, że taki wyjazd misyjny to jest duże zadanie, że to nie jest wyjazd na wakacje, tylko to, że też mogę stracić życie. Wcześniej tyle o tym nie myślałam, nie zdawałam sobie z tego tak sprawy stuprocentowo, że mogę stracić życie na misjach, bo stwierdziłam że jakoś Pan Bóg się będzie o mnie troszczył i wszystko będzie dobrze, że mnie wysyła nie po to, bym miała zginąć. Bardzo się wtedy przestraszyłam, bałam się, żyłyśmy tym przez kilka dni, byłyśmy w wielkim szoku, ale chyba żadna z nas nie myślała o tym, żeby wrócić, bo Boliwia jest dużo bardziej niebezpiecznym krajem niż Zambia. No, ale trzeba czuwać, trzeba być ostrożnym w każdym momencie, nie chodziłyśmy nigdzie po zmierzchu, starałyśmy się przebywać z Magdą zawsze razem, uprzedzać, że gdzieś wychodzimy.

W maju zachorowałaś na najcięższą postać malarii – malarię mózgową; jak ona przebiegała?

Wybraliśmy się z dziećmi na pielgrzymkę w Tanzanii i tam prawdopodobnie ugryzł mnie komar, który był malaryczny. Początkowo nic nie wskazywało, że to malaria, myślałam, że to jakieś zwykłe przeziębienie. Pierwsze badania również nic poważnego nie wykazały, niestety potem czułam się dużo gorzej, straciłam przytomność na tydzień, z Tanzanii przetransportowano mnie do Kenii do szpitala, w którym były lepsze warunki, lepszy sprzęt. Wiem, że bardzo dużo osób się za mnie modliło, nawet nie miałam świadomości jak wiele. Jeden z salezjanów wymyślił, aby się modlić za moje zdrowie za wstawiennictwem Służebnicy Bożej s. Łucji dos Santos. Są spisywane świadectwa moje, tego księdza i jeszcze paru innych osób, będzie to tłumaczone na język włoski i wysłane do miejsca, gdzie przebiega proces beatyfikacyjny s. Łucji. W ogóle to, że odzyskałam przytomność tak szybko, że nie było żadnych dużych powikłań, było wielkim szokiem dla lekarzy tam w Kenii, ale też w Polsce, jak potem byłam badana po powrocie. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim za modlitwę, za to, że tyle osób się modliło za mnie, za moje zdrowie i bardzo za to dziękuję rodzinie, przyjaciołom, znajomym, księżom i pracownikom SOMu, wszystkim, którym zawdzięczam życie.

Co odkryłaś w sobie dzięki wolontariatowi na misjach?

Odkryłam w sobie dużo pychy, chciwości, zazdrości, dużo takiej prawdy o sobie. Nauczyłam się akceptacji siebie, że wcale nie jestem taka otwarta, że nie jest mi łatwo wchodzić w relacje, że też potrzebuję na to czasu. Też widzę, że Zambia utwierdziła mnie w wielu kwestiach, że nawet jeśli nie czuję Boga, to chcę przy Nim trwać i wiem, że On jest i w to wierzę. Wiem, że mi błogosławi, ale czuję, że musze Go odkryć na nowo, że na to potrzeba czasu. Spotykam się z nim podczas Eucharystii, staram się modlić nawet jak mi to nie przychodzi łatwo, ale ta wiara nie jest już chwiejna po Zambii, ustabilizowała się i mimo kryzysu wiary, jaki przechodziłam, wiem, że Jezus jest skałą. Dlatego też po powrocie z Afryki pojechałam na rekolekcje Saruela do Różanegostoku, żeby walczyć o tę moją wiarę.

Co byś poradziła, korzystając ze swojego doświadczenia, osobom młodym, co robić w momencie kryzysu wiary, zwątpienia?

Jak widzicie, że jest słabo, że jest kryzys, a nie chcecie stracić wiary, to dużo się módlcie, nawet jak jest trudno, nawet jak tego nie pojmujecie, nawet bez zrozumienia. Trwajcie, bo te kryzysy się zdarzają, ale w tym też się objawia miłość Boża do nas i nasza miłość do Boga, że nawet jak jest trudno, to On jest, kocha nas, a kryzysy będą, bo w taki sposób wzrastamy w wierze i w taki sposób możemy uczyć się tej prawdziwej miłości. Bo miłość to jest wierność wyborom.

Co poradziłabyś czytelnikom Adeste, którzy być może rozważają wyjazd na misje?

Jeżeli rozważają, niech coś z tym zrobią, podejmą konkretną decyzję, dowiedzą się więcej o misjach, wybiorą na spotkanie formacyjne, niech się dużo modlą, aby Pan Bóg działał, jeśli chce ich na misjach. Trzeba zaufać Panu, oczyszczać swoje motywacje, że nie jadę na wolontariat misyjny, aby przeżyć przygodę, aby się dowartościować, że jadę tam zbawiać świat, bo tak nie jest. Jadę na wolontariat dlatego, że On tego chce, nawet jeżeli ja tego nie rozumiem i nie wiem, po co to wszystko, to On ma plan na to wszystko i trzeba zaufać Mu i zawierzyć, i będzie dobrze.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.