„A tutaj podobno straszy”, usłyszałem od kogoś podczas spaceru po rodzinnym miasteczku. Bodaj każda okolica, większe miasto i wieś z tradycjami może „poszczycić się” nawiedzonym domem, cmentarzem bądź innym miejscem tego typu, związanym oczywiście z jakąś mroczną, straszną historią.
Był już późny wieczór. W kaplicy seminaryjnej wciąż modlił się jeden z kleryków. Koledzy postanowili zrobić mu dowcip i zamknęli drzwi kaplicy na klucz. Chłopak widząc, że nie może się wydostać, postanowił spędzić noc śpiąc na twardej, seminaryjnej ławce. Po kilku godzinach w pomieszczeniu włączyły się wszystkie światła, a do kaplicy wkroczył kapłan ubrany tak, jakby szedł odprawiać mszę. Śpiący alumn poderwał się z ławki i mocno zdziwiony zapytał księdza, kim jest i skąd się tu wziął. Kapłan uśmiechnął się i powiedział: „Od dnia mojej śmierci przychodzę tu codziennie, by odprawić zaległą intencję, a nie ma mi kto posłużyć do mszy. Bądź tu jutro o tej porze, by moja dusza zaznała pokoju”.
Inna historia. Helenka umarła, będąc dzieckiem. Jej mama długo nie mogła pogodzić się ze śmiercią córeczki. Dlatego codziennie przez kilka miesięcy udawała się na cmentarz, by opłakiwać swoje kochane dziecko. Pewnego dnia, klęcząc przy grobie na pustym cmentarzu, usłyszała „Mamo! Mamo! Mamo!”. To Helenka wołała. Matka zrozumiała w jednej chwili: póki płacze nad dzieckiem, nie może ono wejść do nieba.
Czy to możliwe?
Ktoś się teraz może wyrwać i z całych sił wykrzyknąć „Tak! Przecież wierzymy w świętych obcowanie, modlimy się za zmarłych, a jak są zbyt długo w czyśćcu, to przychodzą do nas, by prosić o modlitwę”. Otóż… nie. Obcowanie świętych a potencjalna komunikacja z duszami czyśćcowymi to dwie osobne sprawy.
Przypomnijmy sobie to, czego uczyliśmy się – być może – przed pierwszą komunią, a na pewno przed bierzmowaniem. Katechizmowa reguła mówi, że są trzy rzeczy ostateczne człowieka: śmierć, sąd, niebo albo piekło. Po śmierci następuje sąd, podczas którego ważą się losy duszy. Jeśli człowiek za życia definitywnie odrzucił Boga, nie żałował za popełnione grzechy ciężkie i nie odwoływał się do Bożego miłosierdzia, to skazuje się na piekło (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, pkt 1033). W przeciwnym wypadku dusza trafia wprost do nieba, bądź przechodzi przez okres oczyszczenia w czyśćcu. Jak mówi konstytucja apostolska papieża Benedykta XII „Benedictus Deus” dzieje się to „mox” (czyli „od razu”) po śmierci człowieka i dla duszy w czyśćcu (a tym bardziej w piekle) nie ma absolutnie żadnej możliwości jakiegokolwiek powrotu czy ukazania się bliskim. Między bajki można włożyć ludowe podania o duszy przez trzy dni błąkającej się jeszcze po „tym łez padole” i dopiero po pogrzebie odchodzącej w zaświaty. W związku z tym staje się dość oczywiste, że wszelkie pogrzebowe gusła mające „pomóc” zmarłemu w przejściu na drugą stronę życia są bezcelowe, mało tego – bałwochwalcze. Można podejrzewać, że są to pozostałości wierzeń pogańskich przodków jeszcze sprzed czasów księcia Mieszka. Na przykład podanie o niemożności wejścia do wiecznej szczęśliwości dzieci, po których się rozpacza, jest dość rozpowszechnione w folklorze i swymi korzeniami sięga kilku tysięcy lat wstecz.
Skoro zmarli z piekła i czyśćca nie mogą do nas przyjść, to skąd rozmaite sny, w których zmarli proszą o modlitwę? Skąd wizje bliskich zmarłych? Skąd opowiadania o telefonach z zaświatów? Pierwsze wyjaśnienie jest takie, że jest to wytwór wybujałej fantazji. Faktycznie – tak bywa. Czujemy jednak, że to wytłumaczenie nie jest satysfakcjonujące. Inna możliwość: dobry Bóg może zachęcać nas do modlitwy za zmarłych, wiedząc, że jej potrzebują. Nie robi tego wprost, lecz poprzez znaki, obrazy odczytywalne i zrozumiałe dla danej osoby.
A co z sytuacjami ekstremalnymi?
Zdarza się przecież, że ktoś wywołuje duchy, rozmawia ze swoim zmarłym dziadkiem przy pomocy wahadełka i tabliczki z literami, słyszy głosy, widzi przesuwające się przedmioty. Co wtedy? Jeśli tak się dzieje, to mamy poważny problem. Niezależnie od poziomu realizmu takiego doświadczenia, można być pewnym, że nie rozmawia się ze wspomnianym wyżej zmarłym dziadkiem, ciocią, babcią czy kimkolwiek innym. Jeśli jest odpowiedź, to ukrywa się za nią osoba, której nie ogranicza ludzka kondycja. Tą osobą jest zawsze demon. Głos mówi ci, że jest twoim dalekim krewnym? Nieprawda, to demon. W takim przypadku należy skonsultować się z duchownym i modlić o wolność od złego ducha.
Ciągle mowa o duszy…
My, katolicy, mimo dobrych chęci często popełniamy jeden błąd, o którym warto wspomnieć podczas rozważań o losie duszy po śmierci. Mówiąc „niebo” myślimy często – o zgrozo – o duszkach siedzących na chmurce, ze świecącą obręczą nad głową. Obraz dość dziecinny. Inni skupiają się na szczęściu samej duszy przebywającej z Bogiem, doświadczającej „visio beatifica”, oglądającej Boga. Czasami zastanawiamy się nad tym, czy uda nam się spotkać tam też z naszymi bliskimi, czy porozmawiamy z przyjaciółmi. Niektórzy z kolei wykazują tendencję do wpadania w „święte oburzenie”, gdy ktoś ośmieli się zadumać nad tym, jak będziemy tam wyglądać.
W świetle powyższych postaw wręcz trzeba przypomnieć sobie, że człowiek nie jest duszą uwięzioną w ciele (a chrześcijaństwo to nie platonizm). Człowiek to dusza i ciało stanowiące swoistą jedność. Sama więc dusza – choćby najszczęśliwsza – przed tronem Boga nie jest i nie może być człowiekiem pełnym. Taką sytuację teologowie nazywają „międzystanem”, bądź „międzyczasem” – człowiek jest już w niebie, ale nie nastąpiła jeszcze paruzja i wypełnienie się czasu. Punktem docelowym dla człowieka jest zmartwychwstanie ciała. Człowiek jest powołany do wiecznej szczęśliwości w swojej pełni – w duszy i ciele. Zastanawianie się „jak będziemy wyglądać” nie jest zatem wcale takie bezcelowe. Nowe ciało będzie tym samym, które mamy teraz, ale nie będzie takie samo. Tożsamość ciału uwielbionemu będzie nadawała dusza, która – zgodnie z nauczaniem św. Tomasza z Akwinu OP – jest formą dla ciała. Zachowamy najprawdopodobniej coś, co pozwoli nas rozpoznać, ale nie będziemy tacy sami. Tylko jedna osoba w Piśmie Świętym miała takie ciało, co pozwala nam budować pewne wyobrażenia na ten temat. Tą osobą jest Jezus Chrystus, zmartwychwstały Pan. Uczniowie nie rozpoznawali Go na pierwszy rzut oka, ale dawał im się poznać wtedy, kiedy sam tego chciał. Z nami będzie podobnie.
Ktoś może powiedzieć, że z Jezusem to trochę inna sprawa niż my, bo On jest też Bogiem, w związku z czym nie możemy nic powiedzieć o realności ciała uwielbionego. Ośmielę się tu przypomnieć o jeszcze jednej osobie, która już teraz (cokolwiek rzeczone „teraz” miałoby oznaczać w świetle wieczności) ma takie ciało w niebie – Najświętsza Maryja Panna, która z duszą i ciałem (a więc w całości) została wzięta do nieba.
Czy w domu może straszyć?
Odpowiedzmy jednak ostatecznie na pytanie postawione na samym początku. Czy w domu może straszyć? Czy katolik może wierzyć w opowiadania o duchach wyjących na strychu i łańcuchami tłukących po kaloryferach? Może wierzyć, że faktycznie coś słychać lub widać, ale niech nie łudzi się, że to potępieni ludzie. To potępieni aniołowie. To złe duchy, które odwróciły się od Pana i nie chcą doń powrócić.
Czy katolik może bać się tych zjawisk? Naturalnie, z pewnością budzą one niepokój, niemniej jest on nieco irracjonalny. Jeśli jesteś blisko Chrystusa, jeśli żyjesz w stanie łaski uświęcającej, jeśli uczestniczysz w życiu sakramentalnym Kościoła, to nie masz się czego obawiać. „Choćbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4).
