Święty Józef, św. Ignacy, św. Teresa od Dzieciątka Jezus, św. Jan Paweł II, św. Sąsiad spod 6, bł. Lady Gada, bł. Alkoholik, którego spotykam na ulicy… Prowokacja, świętokradztwo? Nie, nasz obowiązek. Albo przyjmiemy, że świętość jest dla ludzi, albo słowo ,,święty’’ stanie się sarkastycznym żartem z pobożnych pań z pierwszych ławek kościoła. Które spojrzenie jest nam bliższe?
Starotestamentalny wzór świętości
Jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie: „Czym jest świętość?”, to z pewnością odnajdziemy je w Piśmie Świętym. To w nim odczytujemy, czym jest świętość, kto to jest święty, jak żyją święci i jak osiąga się ten stan. Słowo świętość lub pochodne tego wyrazu powtarzają się w Biblii ponad tysiąc razy. W Starym Testamencie słowo „święty” odnosi się przede wszystkim do samego Boga – „źródła wszelkiej świętości” (II ME). Jest to jedno z imion Boga i towarzyszących mu określeń. Jak przekazuje nam autor natchniony w Księdze Izajasza: „Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię Święty: zamieszkuję miejsce wysokie i święte” (Iz 57, 13). Widzimy tutaj, że świętość ma jakby dwa aspekty: jest ona związana z naturą Boga nierozłącznie.
Bóg jest święty, bo jest samą doskonałością i to Jego Osoba definiuje to wyrażenie. Poprzez swoją naturę Bóg jest pełnią świętości i jeśli cokolwiek poza nim posiada to samo miano, to tylko przez upodabnianie się do jego natury. Po drugie, w powyższym cytacie napotykamy na wyrażenie „miejsce wysokie i święte”. Nie jest trudno wywnioskować, że miejsce dlatego jest święte, bo przebywa w nim Bóg. Nie jest takie z zewnętrznego nadania, jakiś swoich cech i właściwości, ale tylko dlatego, że właśnie w tym miejscu przebywa Bóg. Ta świętość jest cechą „ze względu na Boga” i wyraźnie widzimy to w wielu odniesieniach starotestamentalnych.
Następnie święte są czasy i przedmioty. Biblia mówi o świętym czasie jubileuszu, świętym ołtarzu, świętych naczyniach itd. Mnogość powiązań rytualnych jest pewnym dyskretnym symbolem. Dlatego Pięcioksiąg tak wiele miejsca poświęca przepisom rytualnym, bo Lud Księgi żywił przekonanie, że poprzez święte przedmioty, czasy i miejsca może być bliżej Tego, który jest święty bezpośrednio w pełni swojej Natury. Multiplikowanie przepisów odnoszących się do zachowania wobec przedmiotów liturgicznych, miejsc, czasów i sytuacji, które w szczególny sposób należały do Boga, były wymową szczególnej gorliwej bojaźni by ich nie zdesakralizować, a więc nie spowodować, by przestały być Boże, a zatem święte.
Powracając do Boga, jego świętość postrzegana jest w Biblii nie tylko jako część jego natury, ale związanie z cechami tego, jak objawia się ludzkości. Autorzy ksiąg biblijnych utożsamiają świętość z cechami Boga, takimi jak: sprawiedliwość, miłosierdzie, potęga. Ta świętość ma także wymiar moralny: „Bóg święty przez sprawiedliwość okaże swą świętość” (Iz 5,16).
Świętość nowego i wiecznego Przymierza
Nowy Testament jeszcze bardziej przybliża nam tajemnicę świętości Boga, bo wypełnia ją i naświetla w doskonałej relacji Syna z Ojcem. Jezus Chrystus, jedyny sprawiedliwy nazywa swojego Ojca „Świętym”. To odniesienie zwykle wiąże się z modlitwą, która staje się kontemplacją relacji i poznawaniem misji danej Mu przez Ojca (Łk 1,49; J 17,11). W kontekście świętości Jezus jest porównywany do innych postaci ze Starego Testamentu i bohaterów wiary (Mk 1,24; J 6,69, Dz 4, 27.30 etc.). W Ewangelii wg Św. Marka, gdy demony zwracają się osobiście do Chrystusa używają wyrażenia „Święty Boży” (αγιος του θεου). Greckie wyrażenie αγιος, które pada w tym kontekście (Mk 1, 24) jest niezwykle sugestywne, bo wskazuje, że demonom chodzi o „Tego Świętego”, tym samym czyniąc z okrzyku wyznanie boskości Chrystusa. W ten sposób widoczna jest misja Chrystusa i odniesienie do Jego jedynej świętości, która ma wymiar kultowy – Jezus swoim Ciałem buduje nową świątynię i burzy starą, aspekt moralny – Jezus jest bez grzechu, prorocki – Jezus jest wypełnieniem wszystkich wizji prorockich w ciągu dziejów, mesjański – Jezus jest Chrystusem, zatem jest wybawicielem i spełnieniem nadziei Ludu Wybranego. Dlatego w bardzo sugestywny sposób św. Piotr w jednym ze swoich listów odnosi się do Chrystusa: „Według tego, który powołał was, Świętego, sami święci w każdym zachowaniu się stańcie, dlatego, że jest napisane: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (1 P 1, 15nn, por. Kpł 19, 2). Widzimy tu wyraźnie, że Jezus jest wypełnieniem nadziei Starego Prawa i Odnowicielem wszystkiego w Nowym Przymierzu. Podobnie mocne w obrazy odniesienia do świętości Jezusa znajdują się w Liście do Hebrajczyków, gdzie przedstawiany jest jako doskonały Kapłan, Święty i Nieskalany, który składa Ofiarę, której już nie trzeba powtarzać, w przeciwieństwie do starotestamentalnych całopaleń.
Świętość ludzi czy ludzka doskonałość?
Chociaż może to okazać się dziwne na pierwszy rzut oka, Biblia raczej nie wspomina o świętości w kontekście konkretnych osób. Personalnie odnosi się do „pobożności”, „sprawiedliwości” czy „prawości” danych osób. Świętość wydaje się być w Biblii darem wspólnotowym. Święte są gminy pierwszych chrześcijan, obmyci wodą chrztu (1 Kor 6, 11), a przede wszystkim święty jest cały Kościół, bo Jego Głowa, Jezus Chrystus, jest doskonałą świętością. Widzimy to wyraźnie w Liście św. Pawła do Efezjan (Ef 5,27). W myśli Nowego Przymierza nawet będąc grzesznikami, jesteśmy we wspólnocie świętych, ponieważ jesteśmy związani ze sobą jedną wiarą i wodą obmycia z grzechu.
Takie biblijne odniesienie pokazuje nam prawdę, która często nam umyka: świętość nie jest heroicznym dziełem jednostki, samotnym wyzwaniem, rodzajem duchowego challenge’u. Nie może być ona „od”, ale „do” wspólnoty Kościoła. Dlatego izolacja i zamknięcie się na potrzeby innych, na ożywczy głos płynący z pulsu Kościoła, często jest pierwszym stopniem zamknięcia się na dar świętości. Gdzie spotykają się ludzkie interesy, chęć zabłyśnięcia i poczucia własnej elitarności, tam umyka to rozumienie świętości, które widzimy w Piśmie Świętym i w życiu pierwszych męczenników Ojców Kościoła.
Nie-święte spojrzenie na świętość
Poprzez niezrozumienie samej idei świętości, w chrześcijaństwie dochodzi do wielu nieporozumień. W utartym przekonaniu świętość ma łączyć się z ekstremalną dewocyjnością, spełnianiem praktyk religijnych w dużej ilości czy jakimś oderwaniu od brutalnej rzeczywistości. Widać to nawet w sarkastycznych związkach frazeologicznych i powiedzeniach: „Nie bądź taki święty”, „Świętoszek się znalazł”, „Nie święci garnki lepią”. Pobrzmiewają w nich dwa schematy: świętość jest czymś dalekim, niedostępnym; po drugie, świętość jest rodzajem poukładanej grzeczności, dlatego aby nie marnować życia w nudny sposób, nie warto „udawać świętego”, jak powiedzieliby inni. Nie jestem w stanie powiedzieć na ile takie podejście jest spowodowane zgorzknieniem pokoleń, ale z pewnością powoduje duchową ślepotę. Rodzaj wewnętrznej jaskry. Bo przecież święty był ten odległy Józef, święty był Krzysztof z obrazka, świętym był Szczepan z ludowych przedstawień. Często nasza wewnętrzna hipokryzja i duchowy strach hamują się przed przyznaniem, że Duch Święty wcale nie „wyinstalował” świętości z Kościoła, ludzie żyjący według Boga ciągle stają się świadectwem wiary i spotykamy ich, chociaż wolelibyśmy nie. Bo jeśli świętość to sprawa przyszłości, to uff – nie musimy być tacy poukładani.
Chyba że nie w pełni wierzymy w Bożego Ducha, Boża Wszechmoc działa – wiadomo – na tych pobożnych, no ale nie na tę dziewczynę, która oddaje się za marne grosze bogatym klientom. Nie działa na tych zdegenerowanych, kłamiących polityków. Ale czy na pewno? Może nie dowierzamy w Bożą Moc, która może z każdego (!) bez wyjątku uczynić sługę prawdy i świadka świętości Boga.
Ale możemy dalej stawiać podświadomą granicę Opatrzności, bo to będzie uspokajać nas samych. A co jeśli będziemy napotykali na świadectwo wiary innych, na które już nie będziemy mogli zamknąć oczu i stanie się naszym wyrzutem sumienia?
Świętość nasza powszednia
Wiele złej roboty zrobiła Kościołowi ckliwa hagiografia. Świeci zostali pokazani w wielu żywotach wręcz groteskowo: albo jako pół-tytani, którzy potrafili pogrywać sobie z prawami natury, albo – co gorsze – jako wyzbyte ziemskich zainteresowań i poczucia rzeczywistości oniryczne istoty. I tak napotykamy na św. Stanisława Kostkę, któremu „podrasowano” życiorys na tyle, że w niektórych miejscach sugeruje się, jakoby młody jezuita mdlał na dźwięk wulgaryzmów. Napotykamy na uśmiechnięte obrazy świętych podczas męczeństwa czy cierpienia, co wydaje się wręcz świadomą manipulacją. Krew bywa pachnąca, nie klei się wszędzie i nie odstrasza, w wielu opisach nie spotkamy też potu, złości, a łzy płyną tylko na chwałę Boża. Już nie mówiąc o pewnej białej substancji (broń Panie Boże), dzięki której każdy z nas jest na świecie – wielu świętych wydaje się być „ponad” seksualnymi problemami czy rozterkami. Na szczęście nowsze podejście do opisu życia świętych rzuca nam na nich wiele światła. I tak spotykamy św. Augustyna, który lubił wyuzdany seks, spotykamy bł. Bartłomieja Longo, który w młodości był satanistą i oddał duszę diabłu. Napotykamy przyszłego błogosławionego Matta Talbota, nałogowego alkoholika.
(Bez)droża hagiografii
Takie sprowadzenie świętych na ziemię jest potrzebne, ale niewygodne dla naszego wygodnictwa. Bo skoro oni, mając tak skomplikowane, bolesne, a w przeszłości grzeszne aż do kompromitujących szczegółów życie, to… może ja też powinienem powalczyć? A co jeśli w przyszłości świętym będzie znajomy, z którym spotykałeś się na grze w Xbox-a? Jeśli wyniesiony na ołtarze będzie chłopak, który dzisiaj stoi w kolejce po prezerwatywy na stacji benzynowej, podczas gdy Ty kupujesz paliwo? A może wielką świętą będzie Lady Gaga, która dzisiaj przeżywa duchowe rozterki i kryzys?
Tak bardzo potrzeba nam sprowadzić temat świętości na ziemię. Bo jeśli go nie przywrócimy tam, gdzie jest jego miejsce, czyli do szkół, szpitali, boisk, małżeńskich łóżek i wszystkich innych miejsc, gdzie możemy dzielić się dobrem z innym, to nie damy świętości prawdziwego blasku. Nie dlatego tak pięknej, bo pachnącej kadzidłem i tajemniczością, ale tak pięknej, bo pachnącej potem, smakującej zmęczeniem i codziennymi obowiązkami, wykonywanymi z miłością. Przypomnijmy o świętości, która jest tak wielka, bo ludzka. Ludzka i boża. A wtedy słowo „świętość” przestanie być językowym sarkazmem, a stanie się życiowym marzeniem.
