adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Na styku wiary i niewiary. O religijnej samotności

magazine cover

pexels.com

Niedzielny poranek: jedno dziecko nie chce się ubrać, drugie płacze, a trzecie właśnie wylało kakao. Jedno z rodziców zostaje w domu, kiedy drugie próbuje samo doprowadzić dzieci do kościoła, zanim zacznie się msza. Taki obraz jest coraz częstszy, gdyż całkiem niemała liczba ludzi żyje dziś w małżeństwach, w których tylko jedna osoba wierzy lub praktykuje. Czasami jest to żona prowadząca dzieci do kościoła przy obojętnym religijnie mężu lub odwrotnie – to mąż próbuje przekazać dzieciom wiarę, a żona dystansuje się od Kościoła lub otwarcie deklaruje niewiarę.

Statystyki sekularyzacji zwykle opisują ten proces językiem liczb. Rzadziej mówi się o tym, jak wygląda codzienność takich rodzin. A przecież to właśnie tam rozgrywa się jedna z najważniejszych historii współczesnego katolicyzmu. Kiedy ma się jedno dziecko, jeszcze da się „ładnie uczestniczyć” we mszy świętej, przy dwójce zaczyna się logistyka, a przy trójce dzieci wielu rodziców przechodzi po prostu w tryb przetrwania. A potem wchodzisz do kościoła spóźniony czy spóźniona i czujesz na sobie spojrzenia, czasem ciepłe i współczujące, a czasem takie, które bez słów mówią: „Dlaczego te dzieci tak przeszkadzają?”. Niewielu ludzi pyta wtedy, ile kosztowało cię samo pojawienie się w tym miejscu.

Później dzieci dorastają i pojawiają się pytania. Dlaczego mama nie chodzi do komunii? Dlaczego tata uważa, że Kościół zrobił tyle złego? Skoro jedno z was nie wierzy, to skąd mam wiedzieć, kto ma rację?

„Widziały gały, co brały”

Kościół bardzo lubi mówić o rodzinie, lecz znacznie rzadziej porusza kwestie: po pierwsze, religijnej samotności w prowadzeniu dzieci do wiary, a po drugie, trudności ludzi, którzy próbują być pomostem między dwoma światami, nie chcąc jednocześnie wszczynać wojny we własnym domu. A przecież takich rodzin będzie coraz więcej. Osoba wierząca często może usłyszeć w kręgach kościelnych komentarz: „Widziały gały, co brały”. Tyle że przy obecnej sekularyzacji to coraz bardziej oderwane od rzeczywistości myślenie. Czasem ktoś odchodzi od wiary po ślubie. Czasem druga osoba nigdy nie miała z Kościołem głębszej relacji, pomimo przyjmowania sakramentów. Wiara też może pojawić się dopiero po latach. A przecież chrześcijaństwo od początku zakładało także bycie świadkiem wobec tych, którzy nie wierzą.

Można oczywiście szukać idealnie wierzącego małżonka – trochę jak dawniej szukało się męża, żeby babcia była zachwycona, bo chodzi do kościoła. Tylko chyba wszyscy czujemy, że nie tędy droga. Bo wiara nie jest cechą wpisaną człowiekowi raz na zawsze. I żadne małżeństwo nie dostaje gwarancji wspólnej duchowej drogi na całe życie. Właśnie dlatego być może potrzebujemy dziś wsparcia dla takich ludzi z jakąś formą wspólnoty. Do tej potrzeby jeszcze powrócę. Najpierw jednak chciałabym opowiedzieć historię, która od dawna porusza mnie, ilekroć myślę o ludziach próbujących się kochać i budować wspólne życie mimo duchowego oddalenia.

Elżbieta i Felix – idealna miłość?

Czy mamy w Kościele ludzi, którzy mogliby być dla takich małżeństw inspiracją? Zdaje się, że tak, i to idealnie wpisujących się w bycie małżeństwem asymetrycznym duchowo. Na przełomie XIX i XX wieku żyła we Francji inteligentna, niezwykle oczytana kobieta – Elżbieta Leseur. Jej mąż Felix, człowiek paryskich elit intelektualnych, był zdecydowanym przeciwnikiem Kościoła. Ich małżeństwo jednak, wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie zamieniło się w ideologiczną wojnę.

Elżbieta nie ukrywała swojej wiary, ale też nie próbowała narzucać jej mężowi. Według wspomnień czasem wychodziła rano bardzo cicho na mszę świętą – nie dlatego, że wstydziła się swojej religijności, ale dlatego, że nie chciała zamieniać codzienności w nieustanne napięcie. Nie próbowała przekonywać męża do wiary w religijnych dyskusjach. Bardziej zależało jej na tym, by być wobec męża dobrą, czułą i obecną.

Pod koniec swojego dość krótkiego życia bardzo ciężko chorowała. Mimo cierpienia nadal starała się być dla Felixa pogodna i uważna – nawet wtedy dbała o swój wygląd i chciała pozostać dla niego piękna. Felix czasem nie rozumiał, skąd ma w sobie tyle pokoju, cierpliwości i życzliwości wobec ludzi, gdy tak strasznie cierpi. Jej życie było po prostu czymś znacznie głębszym – wiernym i mistycznym trwaniem przy Bogu pośród codzienności cierpienia i miłości do człowieka, który tej wiary nie podzielał. I może właśnie tutaj ukazuje się najgłębsza część tej historii.

Bo łatwo dziś opowiedzieć ją z perspektywy finału. Tymczasem przez długie lata nic się nie zmieniało. Felix pozostawał przeciwnikiem Kościoła. Elżbieta modliła się, żyła swoją wiarą i kochała męża – nie widząc owoców. I może właśnie to jest najtrudniejsze w takich małżeństwach: żyć nadzieją, nie widząc owoców. Po śmierci Elżbiety wydarzyło się jednak coś, czego prawdopodobnie nikt się nie spodziewał. Felix Leseur stopniowo sam zwrócił się ku wierze pod wpływem duchowych dzienników, które spisywała jego żona, a ostatecznie wstąpił nawet do zakonu dominikanów. To jedna z tych historii, przy których człowiek myśli, że naprawdę tylko Pan Bóg potrafi napisać taki scenariusz.

Zobacz też:   Diana Paulińska: Można być wierzącym i mieć naprawdę dobry seks

Nawrócenie – czy to takie proste?

I właśnie tutaj kryje się jedna z najtrudniejszych prawd takich małżeństw. Czasem tacy samotni wierzący ludzie słyszą: musisz dawać więcej świadectwa, bardziej się modlić i zaufać Bogu. Tylko wielu z nich naprawdę to robi, a mimo to ta druga osoba nadal nie wierzy.

Chrystus mówi w Ewangelii, że „jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą” (Łk 16, 31). To bardzo mocne i trochę bolesne zdanie pokazuje, że nawet największe świadectwa, argumenty czy opowieści o cudownym działaniu Boga nie zawsze poprowadzą do wiary. I być może czasem trzeba się pogodzić z tym, że nawrócenie współmałżonka może nie nastąpić za życia tej drugiej osoby. To nie odbiera sensu modlitwie ani świadectwu, ale uwalnia od myślenia, że jeśli druga osoba nadal nie wierzy, to znaczy, że wierzący małżonek zrobił za mało.

Dlatego warto poznać biografię Elżbiety Leseur. Szczególnie dziś, kiedy coraz więcej rodzin żyje na styku wiary i niewiary. Może właśnie jej historia stanie się dla wielu ludzi nie tyle prostą odpowiedzią, ile spokojnym światłem pokazującym, że nawet w takiej codzienności można żyć z nadzieją.

Klucz życia

I tu powracam do wspólnot w Kościele. Problemem nie jest ich brak, ale to, że człowiek może należeć do wspólnoty ewangelizacyjnej, grupy modlitewnej czy nawet bardzo dobrej formacji, a mimo to wracać do domu z poczuciem, że nadal jest sam ze swoją codziennością. 

Samotność religijna to też niestety samotność wychowawcza, gdyż to tylko jeden z rodziców tłumaczy dzieciom Ewangelię, przygotowuje je do sakramentów, odpowiada na trudne pytania i próbuje nie stracić przy tym więzi ani z dziećmi, ani ze współmałżonkiem. I może właśnie dlatego, powtórzę to jeszcze raz, takim ludziom bardzo potrzebna jest wspólnota. Oczywiście nie ma ona być zbudowana przeciw niewierzącemu mężowi czy żonie ani stawać się miejscem narzekania, lecz powinna być przestrzenią zwyczajnego wsparcia, rozmowy i pomocy w codzienności. Przede wszystkim ma dawać możliwość spotkania ludzi, którzy naprawdę rozumieją tę rzeczywistość i chcą razem nieść codzienność, stawiać pytania wychowawcze, przezwyciężać samotność religijną oraz zmęczenie i lęk, że nie podoła się temu wszystkiemu w pojedynkę.

Bo wspólnota zaczyna się czasem od rzeczy bardzo prostych. Ktoś usiądzie obok ciebie podczas mszy, pomoże uspokoić dziecko, zajmie się nim przez chwilę po Eucharystii lub zapyta: „Jak się trzymasz?”. A czasem po prostu pozwoli poczuć, że nie jest się jedyną osobą żyjącą w taki sposób. I może właśnie tutaj potrzebni byliby także dobrzy i niebojący się wyzwań duszpasterze – nie po to, by tworzyć kolejną „akcję duszpasterską”, ale by naprawdę umieć towarzyszyć takim ludziom. Osoby żyjące z niewierzącym współmałżonkiem bardzo często zmagają się przecież z trudnymi pytaniami filozoficznymi, moralnymi, historycznymi czy naukowymi. Nierzadko sami nie wiedzą, jak odpowiadać na pytania bliskiej osoby i potrzebują miejsca, w którym można rozmawiać, a nie tylko słuchać gotowych odpowiedzi. Nie wspominając już o tym, że życie w takiej codzienności potrafi czasem zachwiać także własną wiarą – bo przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Samemu jest trudno

W pewnym sensie matrycą dla takich wspólnot mógłby być Domowy Kościół – to piękna i niezwykle wartościowa wspólnota, która dla wielu rodzin stała się prawdziwym miejscem wzrostu, przyjaźni i pogłębienia wiary. Nieprzypadkowo tak mocno stawia ona na małżeństwo i wychowanie dzieci, które w małżeństwach duchowo asymetrycznych bardzo często spoczywa głównie na jednym z rodziców. Problem polega jednak na tym, że Domowy Kościół zakłada wspólne uczestnictwo małżonków. Dla wielu osób z rodzin, w których tylko jeden wierzy, próg wejścia okazuje się po prostu niemożliwy; nie dlatego, że nie pragną wspólnoty, ale dlatego, że ich rzeczywistość nie mieści się w klasycznym modelu wspólnoty małżeńskiej.

W Kościele istnieją już zresztą inicjatywy pokazujące, że taka potrzeba jest realna. Powstają internetowe róże różańcowe kobiet modlących się za swoich mężów. W wielu parafiach rozwijają się również duszpasterstwa mężczyzn. W obu tych przestrzeniach można spotkać osoby żyjące z niewierzącym lub niepraktykującym współmałżonkiem. Sama modlitwa jest ogromnie ważna, ale wiele osób potrzebuje dziś również codziennego wsparcia. 

Pokażmy się 

Jeśli czytasz ten tekst i myślisz: „To o mnie” – być może warto to powiedzieć na głos. Nie dlatego, że od razu trzeba zakładać wspólnotę, pisać statut albo szukać sali przy parafii. Czasem pierwszym krokiem jest po prostu zostawienie komentarza: „U mnie wygląda to podobnie”.

Może dopiero wtedy się okaże, ile jest kobiet i mężczyzn, a przede wszystkim matek i ojców, którzy próbują przekazywać wiarę dzieciom w domu w pojedynkę. Może ktoś mieszka trzy ulice dalej, chodzi do tej samej parafii i od dawna myśli dokładnie to samo, tylko nigdy nie miał gdzie tego powiedzieć. Zatem, jeśli ten temat dotyka twojego życia, może warto dać temu znak.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.