Katolicki, znaczy powszechny, lecz gdy się rozejrzymy w około, jest coraz więcej miejsc, gdzie ta powszechność jest anachronizmem. Świat skosztował Boga, lecz znów zaczął go odrzucać. Jak więc głosić Boga dziś? Czy rozumiemy tego, kto jest obok nas i już nie wierzy Bogu, czy raczej tkwimy w bezpiecznym kręgu własnych przekonań o tym, jaki jest świat. Świat nie jest chrześcijański, to naszym zadaniem jest go takim uczynić mocą Ewangelii!
Ostatnie dekady w Kościele zadeklarowały jako dwa podstawowe zadania chrześcijanina: świętość i głoszenie Ewangelii. Świętość, nasz nadprzyrodzony cel, jest kontekstem całego naszego życia. Ona kieruje je ku Bogu, wyznacza nam pewne credo. Mówi jak powinniśmy działać w świecie, by bezpiecznie przejść ku nowemu i ku otwartym ramionom Boga. Świętość, choć w niesamowity sposób oddziaływuje na nasze otoczenie, jest sprawą przede wszystkim indywidualną. Katolik ma cel, w którym nie jest osamotniony, lecz samotnie ponosi odpowiedzialność za swoje zbawienie. Jednak pomimo całej wolności ludzkiej osoby, człowiek ma w sobie naturalną potrzebę przynależności do większej struktury. W tej strukturze Kościół odnajduje drugie zadanie wierzącego, czyli głoszenie Ewangelii. Ewangelizacja nie jest pozostawiona jednostce, od początku jest odczytywana jako zadanie całej wspólnoty i tych, którzy ją współtworzą. Gdy ewangelizujemy, nigdy nie jesteśmy osamotnieni, towarzyszy nam całe misyjne dzieło Kościoła, cała jego modlitwa i doświadczenie. Zarówno ewangelizacja jak i świętość prowadzą do spotkania z Bogiem, choć różnią się wektorem ludzkiego działania. Świętość pcha nas samych ku Bogu; ewangelizując, popychamy innych w Jego stronę.
Nowa ewangelizacja w nowym świecie?
Ziemskie życie staje się walką o własną świętość, jak i zmaganiem o to, by ci, którzy nie spotkali miłości Boga, mogli się podjąć przemiany swojego życia. Zmagamy się z tymi, którzy nie chcą już słuchać. Świat od zawsze miał problem z Bogiem. Jego wymagania dla wielu są zbyt abstrakcyjnie i absurdalne. Wiara i jej wymagania są ciężarem nie do uniesienia, ponieważ świat, choć jest prawdziwie dziełem bożym, zamieszkuje grzech i wbrew opiniom wielu wcale nie jest chrześcijański. To zadaniem chrześcijanina jest go czynić takim. Kościół, obserwując swoje wielowiekowe zmagania, doszedł do wniosku, iż obecnie w sekularyzującym się świecie potrzebna jest tzw. “nowa ewangelizacja”, która pomoże człowiekowi na nowo odkryć przesłanie ewangelii i pozwoli mu żyć pełnią chrześcijaństwa. Jak i czy w ogóle można mierzyć skuteczność naszych działań ewangelizacyjnych? Czy ewangelizacji można się wyuczyć, tak że przeciętny katolik będzie mógł sprawnie przeprowadzić Richarda Dawkinsa przez meandry wiary? Jaką propozycję ma nowa ewangelizacja dla biologa ewolucyjnego? I czy rzeczywiście Kościół potrafi jeszcze wyczuć to, czym żyje świat i przemówić do niego jak św. Franciszek czy św. Dominik? Takie prowokacyjne pytania warto sobie stawiać, myśląc o ewangelizacji. Myśleć o niej trzeba szeroko, tak by objąć jak najszersze obszary życia z Bogiem i bez Niego. Katolicyzm stara się patrzeć szeroko i widzimy, że gdy skupia się na indywidualnych przypadkach, gdy odrywa się od swego uniwersalnego, kosmicznego wymiaru traci na jakości, staje się zwykłym zrzędzeniem dewotów, a nie prawdą porywającą umysł i serce. Trójjedyny Bóg chce nam powiedzieć to, do czego sami dojść nie umiemy i zostawia nam, katolikom, najcenniejszy depozyt, jakim jest zbawienie ludzkich dusz. Słaby człowiek ma stać się boskim narzędziem.
Bóg wzywa nas do siebie od początku historii, od początku też Bóg szuka ludzi, którzy będą zdolni przekazywać Jego słowa, które zawsze są aktualne innym. Bóg jest zawsze teraz, zawsze jest obecny dla nas i zawsze jest kimś z naszych czasów. Rozumie nas lepiej niż my samych siebie. Jesteśmy dziećmi swojej epoki, która wypowiada się w sposób unikalny o swoich problemach i sposobach ich rozwiązania. W każdej epoce człowiek ucieka od Boga i do Niego powraca. Każda ewangelizacja jest wciąż nowa. Zmienia się jedynie sposób głoszenia i ludzkie potrzeby. Nowa ewangelizacja jest więc raptem pleonazmem, nie może też być również nazwą jakiegoś nowego ruchu, skoro trwa on od wieków. Trudno jest mi się też zgodzić z tezą, że kiedyś ludzie byli bardziej chrześcijańscy niż są teraz, dlatego potrzebują szczególnej odnowy. Nowe środki jak internet, mass media, zaawansowana technologia wcale nie nadają nowej jakości ewangelizacji, to co jest nowe to jedynie forma, wymuszająca nieznane dotąd sposoby komunikacji jak i wynikające z tego problemy. To, co się wydaje być nowym, dla świata jest stale aktualnym. Tak jak świat wytwarza i rozwija poziom egzystencji, kreując niesamowitą różnorodność, tak życie chrześcijańskie obfituje w różnorodne formy wyrazu, iż można by pokusić się o stwierdzenie, że każda epoka miała swój główny religijny rys jak i swój główny grzech oraz herezję. Raz dominować mógł np. kult publiczny, innym razem osobista pobożność, a raz społeczne zaangażowanie w uczynki miłosierdzia lub konkretne formy politycznej działalności mogły świadczyć o katolickości narodu, choć z drugiej strony równie dobrze mogła szerzyć się dewocja, zbytnie przywiązanie do pewnych form, układanie się ze światem, nierząd czy inne. I nie ma w tym nic odrażającego. Jako chrześcijanie, którzy ciągle mówimy o niezmiernym miłosierdziu Boga, powinniśmy we właściwy sposób być wyrozumiali dla grzesznego człowieka. Każdy z nas mógł przecież zaplątać się w taką sieć zależności, z której swoimi siłami trudno się wydostać, a nie wszyscy mają siłę lub chęć wołać wtedy uparcie do Boga.
Uświęcanie grzechu
Ten zbawił nas, gdy byliśmy grzesznikami, a nie świętymi. Gdyby świat był właściwie ułożony, gdyby nie tkwił w nim pewien rozkład, historia zbawienia nie byłaby wcale potrzebna. My jednak lubimy i śmierć, i grzech. Wymyśliliśmy panteon krwiożerczych bogów ludzkości, a jeszcze więcej obrzydliwych fantazji. Chrystus pozwolił stać się ofiarą tej naszej morderczej pasji, by ostatecznie pokonać całą tę grzeszną maskaradę, ukazując jej komiczny charakter. Doświadczył przy tym głębin naszego brudu i fikcji, w której się plączemy. Na kartach Ewangelii możemy usłyszeć, jak Jezus prostuje talmudyczne zawiłości faryzeuszy i ich błędne przekonania. Ukazuje on również te sprawy, które przeoczyli inni i jasno określa grzech oraz właściwe postępowanie. Przed Chrystusem, jak i po nim, potrzebni byli Bogu także ludzie, którzy będą prostować ludzkie błędy, potocznie zwane myśleniem. Ewangelizacyjna misja Kościoła jest w gruncie rzeczy misją proroczą. Bóg od początku potrzebuje proroków, osób, które trzeźwo ocenią rzeczywistość w obliczu wyznawców własnych szaleństw. Zło jest niekiedy tak absurdalne, że człowiek, by dalej móc mu ulegać, dokonuje niebywałych intelektualnych akrobacji, czaruje i majstruje przy nim, obchodzi je trzy razy w kółko, trzymając w ręku łapkę pierworodnego królika, a wszystko po to, by ostatecznie zło nazwać dobrem. Cała ta komedia powtarza się za każdym razem, gdy pojawia się coś, co trzeba usprawiedliwić. Odstawiamy społeczne misteria, podobnie jak Kościół cyklicznie celebruje swe święta. Zło potrzebuje pewnych cech religijności, ponieważ ludzkość stworzona przez Boga ma naturalną potrzebę identyfikowania się z Absolutem. Niegodziwości nie da się przy tym połączyć z najwyższym dobrem, ale da się ją do niego upodobnić. Dlatego nie mogąc przyznać racji prawdzie i realizować bożych nakazów, człowiek organizuje sobie życie na wzór życia religijnego, podstawiając tylko feralne zamienniki, które pomimo to nie mogą mu przynieść jednego – spokoju. Człowiek ciągle coś zakłamuje i ciągle mierzy się z prawdą, którą ciężko mu przyjąć. Brak prawdy i nie podążanie drogą, która została mu wytyczona, budzi w nim ciągle mniej lub bardziej szlachetne egzystencjalne dylematy. Organizuje wspólnotę ludzi, którzy wspierają się w uciszaniu własnego sumienia.
Cena proroka
Bycie prorokiem w takim świecie ma więc swoją cenę. Nikt z nas nie lubi być nazywany wariatem; a cóż innego czyni ten, kto jasno wskazuje szaleństwo naszego społeczeństwa? W dziejach historii prorok zostaje uciszony symbolicznie albo faktycznie. Nóż w piersi proroka działa identycznie jak paracetamol, leczy migrenę wywołaną krzykiem sumienia. Chrystus umierając na krzyżu, wyjął nas spod władzy grzechu i śmierci, lecz mimo to wciąż możemy zgrzeszyć. Potencjalnie jesteśmy zarówno grzesznikami i świętymi. Człowiek jest istotą wolną, posiada wolność wybierania pomiędzy różnymi opcjami. W dobie pluralizmu proroczy głos Ewangelii jest jedynie jedną z możliwych opcji. Ludzie zaś mają lepszy pomysł na życie niż Stwórca, choć nie są wstanie pojąć, jak właściwie działa świat. Nasza wiedza stanowi raptem ułamek tego, co kryje rzeczywistość. Są tacy w Kościele, którzy będą starali się przekonać, że jego wołanie przestaje być słuchane, ponieważ Dobra Nowina nie jest już atrakcyjna, jednak czy ona kiedykolwiek była czymś atrakcyjnym? Nawet jeśli, to rzeczywiście szli za nią nieliczni. Skoro za głosem Chrystusa nie ruszył cały Izrael, a jedynie część pozostała wierna Jego nauczaniu, to czemu za Kościołem miałaby udać się większa rzesza zbawionych? Sami też doświadczamy jak trudno jest oprzeć się grzechowi, poddać się w pełni prawdom wiary, zachować pokój w czasie cierpienia. Słuchanie głosu Boga nie jest sprawą łatwą. Czym musi być wobec tego mówienie w Jego imieniu, gdy dla nas On sam pozostaje tajemnicą? Zatem sama ewangelizacja zdaje się być ogromnym wyzwaniem i dla ewangelizującego Kościoła i ewangelizowanego świata. Ewangelia jest wspaniałym przesłaniem, lecz odpowiedź na pytanie, czemu nie trafia ona do każdego, zna wyłącznie Bóg, który przenika serce i wie, co czyni jego glebę mniej lub bardziej żyzną.
Nie ulega jednak wątpliwości, że my na swej drodze do świętości mamy wspierać innych. Miłość do bliźniego nie powinna nam dać możliwości przejść obojętnie obok człowieka idącego na zatracenie. Bóg nie chce śmierci grzesznika, tak i Kościół, biorąc przykład ze swojego Mistrza, nie ustaje w zabieganiu o jego los. Zadziwiony zaś jestem, gdy niektórzy dziwią się, że Kościół jest lżony ze wszystkich stron i nikt nie chce przyjąć go z otwartymi rękoma. Kościół nie jest placówką dyplomatyczną, choć jest przedmiotem polityki, a ta – jaka by nie była – często cechuje się cynicznym makiawelizmem. Ludzie kochają władzę, a któż może bardziej budzić zawiść niż ten, kto dominuje i jest wszechmocny? Nietzsche, niemiecki szaleniec, w swoim szale wypowiedział kiedyś jedną istotną dla nas prawdę: śmierć Boga zrodzi totalny nihilizm, zwłaszcza tam, gdzie ten Bóg był najznamienitszym włodarzem. My zaś Boga już raz zabiliśmy i sęk w tym, że żyjemy dalej tak, jakbyśmy nie zauważyli tego, że On wyrwał się śmierci. Pusty grób do dziś jest nadzieją chrześcijan, mamy nadzieję, że i my ostatecznie wyrwiemy się razem z Chrystusem kościstej szkaradzie. Zdało się tym, co mu nie uwierzyli, że Jego oskarżycielski ton zamilknie na wieki. Ci, którzy jednak poszli do grobu, doznali szoku. Martwy Bóg rozpalił w ich sercu ogień. Każde słowo, które do tej pory było frasobliwą zagadką, jakąś trudną mową, mądrością spoza ludzkiego świata, zaczęło nabierać sensu. Kościół potrzebował jednak sakramentalnego przyjścia Ducha Świętego, który dodał mu proroczej odwagi.
Gdzie się podziała moc ducha?
Dziś wielu katolików tęskni do tej pentekostalnej mocy, do tłumów, które przyjdą i posłuchają Boga, do Ducha objawiającego swoją obecność w nadprzyrodzony sposób. Kościół, mówiąc do tłumów, trafia do serc pojedynczych ludzi. Siły ewangelizacji nie da się zmierzyć liczbą ludzi na ewangelizacyjnym wydarzeniu. Ogólnie nogami i rękami zapieram się przed ewangelizacyjnymi eventami, które kojarzą mi się z kiczem i z czymś odległym od pawłowego przemawiania na ateńskim areopagu czy od mądrości jego listów. Czuję w tym żywą i szczerą chęć ewangelizacji, przy jakiejś obezwładniającej niemocy. Bóg szuka człowieka nawet wtedy, kiedy nie machamy flagami, gdy nie charczy nasze nagłośnienie, gdy odgrywamy wciąż tę samą pantomimę. Ewangelizacja jest dziełem Kościoła, które obejmuje całą przestrzeń ludzkiej egzystencji i nie ogranicza się do wydarzenia. Wydarzenie może być jedynie przejawem ewangelizacji, a nie głoszeniem Dobrej Nowiny per se. Ograniczanie się do mniej lub bardziej udanych akcji odbiera Kościołowi jedną ważną rzecz, jego społeczny charakter. Kościół nie tylko przemienia człowieka, on przemienia także sfery jego życia, uderza w kulturę, starając się czynić ją bliższą Bogu. Chrześcijanie na różny sposób chcieli wprowadzać królestwo niebieskie na ziemi, jednak najskuteczniej zmienia się swój sposób życia. Kultura ma okiełznać naturę, natura zaś reguluje nasze pierwotne potrzeby, lecz to kultura określa nasze wzajemne współżycie. Kultura może zbudować zarówno królestwo Boga jak i szatańskie totalitarne imperium. Czy nazistwoskie Niemcy były mniej cywilizowane niż Polska? Bynajmniej. A jednak wprowadzały prawa i zachowywały się w sposób, który niewiele miał wspólnego z prawem Bożym. Powstaje pytanie, czy legalne dokonanie mordu na dziecku można zmienić samym głoszeniem komuś kerygmatu, klaszcząc w dłonie i przyjaźnie się uśmiechając? Może ma to jakiś wpływ, ale stosunkowo niewielki. Państwo, w którym żyją chrześcijanie, nawet w większości, nie może być wprost utożsamiane z państwem chrześcijańskim. Pierwszy Kościół, jeszcze naiwny i miotany doktrynalnymi sporami, był wrzucony w totalnie anty- i przedchrześcijański świat. Młodzi chrześcijanie i ich Bóg nie pasowali do religijnej poligamii i pluralizmu rzymskiego, byli też zbyt odmienni od żydowskiego rdzenia. Kościół zauważył, że także dziś jest w podobnej, lecz nie w analogicznej sytuacji do sytuacji pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Dzisiejszy świat jest natomiast światem postchrześcijańskim. Świat ten, choć za sprawą pierwszych misjonarzy poznał Boga, nie mógł zdzierżyć ani zrozumieć tego, co wydarzyło się na krzyżu, ostatecznie zaś wolał skupić się na swojej grzeszności i pokonać ją, ale bez Boga. Żyjemy w świecie, w którym boża obecność w nim stanowi rodzaj traumy u osób, które z jakiegoś powodu porzuciły wiarę lub nigdy jej nie poznały. Niewiedza i obcość, a także strach lub nawet obrzydzenie, są zazwyczaj powodem powstawania różnych stereotypów. Stereotypy te dotyczą także nas i spraw wiary. Najważniejsze jest więc nie dać się w niego wcisnąć. Przełamywać bariery, które tyle nie dzielą ludzi według podziału wierzący/ateista/agnostyk, co oddzielają przede wszystkim ludzi od Boga. Chrześcijanin jest mały, nie musi być na świeczniku, bo wie, że prawdziwy blask to Chrystus. Kościół nie dlatego tak bardzo chce ewangelizować, bo bierze udział w międzyreligijnych zawodach o największą liczbę wiernych, ale dlatego właśnie, że wie, że trwają inne zawody, w których stawką jest zbawienie drugiego człowieka. Ten, jak często widzimy, potrzebuje pomocy, potrzebuje światła bijącego od ludzi wierzących. My zaś ewangelizujemy, lecz czy zawsze tak, że ktoś może dostrzec prawdziwy blask Prawdy, Dobra i Piękna?
Problem z ewangelizacją
Podczas wielu akcji ewangelizacyjnych, w których brałem udział przez lata formacji w ruchu oazowym, towarzyszyło mi to nieodzowne wrażenie, że coś robimy źle. I nie chodzi mi teraz o myśli typu, że może źle rozpromowaliśmy jakieś wydarzenie, że w Kościół w ostatnich czas stracił swój dawny smak i styl, że wspaniale pomagamy w tworzeniu jeszcze większej wizerunkowej farsy. Robimy coś źle w podstawowych założeniach. Ewangelizujemy zewangelizowanych tak jak niezewangelizowanych i choć może brzmi to karykaturalnie, to może w rzeczywistości właśnie tak jest. Trudno jest nam się przyznać, że nie mamy pomysłu na to jak dotrzeć do ludzi z XXI wieku, więc sięgamy do środków, które są nam znajome, w których my jako kościółkowi ludzie czujemy się dobrze. Unikamy tego, że patrzymy na ludzi jedynie przez pryzmat własnych doświadczeń i gustu, dlatego brak nam prawdziwej miłości do nich. Nie potrafimy sobie poradzić intelektualnie z tym, że są inni ludzie, którzy nie wierzą lub nie praktykują, którzy mają problemy i pretensje do Boga, którzy znaleźli tysiąc powodów do tego, aby zanegować w sobie potrzebę wiary i miłości do bliźniego. Odnosiłem niekiedy to wrażenie, że pomijamy ludzi, których ewangelizujemy. Nie mamy dla nich żadnej sensownej propozycji poza podzieleniem się wykutym na blachę kerygmatem. Trudno coś zaproponować coś komuś, kogo się nie zna. Trudno kogoś poznać, skoro się go nie słucha i nie wyciąga się wniosków. “Eventowa ewangelizacja” jest też niekiedy bardzo nachalna i nie dziwi mnie to wcale, że ludzie się złoszczą, gdy ktoś ich nachodzi jak Świadkowie Jehowy. Nie umiemy słuchać, a w dodatku nie umiemy także skutecznie walczyć o szacunek dla nas w przestrzeni publicznej. Z jednej strony w końcu zawsze będziemy linczowani i prześladowani, z drugiej strony powinniśmy dążyć do tego, by chrześcijaństwo było choć trochę intrygujące. Nie zawsze trzeba głosić samego Chrystusa, bo są sytuacje, gdy nie da się przeforsować pewnych racji, ale zawsze można głosić wartości, które z grubsza wychodzą z chrześcijaństwa. Lepiej ocalić mało, niż nic. Widzę możliwość w dokonywaniu transformacji świata w jego katolickiej reinterpretacji. Zamiast nazywać coś diabelskim i dawać pożywkę tym, którzy wykorzystają to jako kolejny sprawny oręż przeciw nam, można coś nazwać dalszym krewnym katolicyzmu, ponieważ zawiera w sobie elementy ewangelicznego przesłania. To by nam pomogło z jeszcze jedną rzeczą – przestalibyśmy widzieć wszędzie wrogów. Chrześcijanin w istocie nie ma wrogów, choć niekiedy jest zmuszony konfrontować się z ludźmi nastawionymi wobec niego wrogo. Dla chrześcijanina każdy jest bliźnim, kimś bliskim, bo Chrystus nie umarł za wybranych i nie kazał nam kochać jedynie wybranych, ale wszystkich. Oczywiście miłość ta musi być rozsądna, bo po coś Bóg nam rozum dał. Do stawiania czoła nieprzychylnemu światu potrzeba chrześcijań odważnych także intelektualnie, zdolnych jak prorok oceniać różne mody i iść im na przekór, prowadząc innych.
Czasem robię sobię taką lekcję słuchania i dochodzę do wniosku, że wielu ludzi nie ma problemów z miłością Boga, bo gdzieś tkwi w nich przekonanie, pozostałość po chrześcijańskim świecie, że Bóg jest, może kocha, ma jakiś wpływ na życie, ale brak im totalnie zrozumienia tego czym jest Kościół i wiara. Katolicy skupieni na ewangelizacji chcą głosić Zmartwychwstałego, jednakże w dziwny dla mnie sposób uciekają przed teologią. Teologiczne rozterki zamieniamy na bardziej przyziemne tematy, w obawie, że ludzie mogą nie rozumieć, że oni w sumie to nawet nie chcą słuchać o teologii, bo ważniejsze dla nich jest przesłanie o bożej miłości. Problem w tym, że katecheza też sobie nie radzi z teologicznymi aspektami wiary i pozostawia młodych ludzi, którzy potem stają się przecież rodzicami mającymi za zadanie przekazywanie wiary, bez intelektualnych fundamentów. To doprowadza mnie do tezy, że ludzie (przynajmniej w Polsce) nie tyle są niezewangelizowani, co brak im porządnej katechezy dostosowanej do ich poziomu intelektualnego. Scholastycy dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że wiara potrzebuje rozumu, a rozum wiary, co dostatecznie wyraża sformułowanie św. Anzelma: “fides quaerens intellectum” (wiara poszukująca zrozumienia), będące jedną z głównych podstaw tego ruchu. Wydaje nam się, że wystarczy wzbudzenie samej pobożności, ta jednak nie wystarczy nawet do tego, by wytrwać w uczestniczeniu w sakramentalnym życiu Kościoła. Wiara to nie pobożność i emocje, wiara to sposób życia, ale też myślenia, jeśli więc jest ono w którymś miejscu wadliwe, trudno żeby nie powodowało rozdźwięku w życiu. Dzieje się to także z naszej winy, bo nie dość kształcimy teologicznie świeckich. Kościół ma to do siebie, że czasem wyraża prawdy, które znacznie wyprzedzają jego aktualną rzeczywistość. Jedną z nich jest wyrażona w dokumentach Soboru Watykańskiego II potrzeba aktywności świeckich w Kościele i danie wiary sile, jaka w nich tkwi. Potencjał ten jest wciąż mocno niewykorzystany. Mało kto pomaga zrozumieć ludziom teologiczne zawiłości, a to one, ten brak zrozumienia fundamentalnych zasad rządzących i wiarą i sakramentalnym życiem Kościoła, prowadzą do największych rozsterek i skutkują odpływem wiernych, zagubionych na teologicznych manowcach. Wierni ci zaś mogli stać się wspaniałymi apostołami i świętymi.
Wiara ma być pokarmem dla rozumu
Sposobności do religijnych falsetów w oceanie informacji jest wiele. Spotykamy się z mnóstwem quasi-mądrych cytatów, dowodzeń, że nie ma Boga, że Kościół to zło wcielone, a chrześcijanie to ciemnogród. My uciekamy zaś od odważnych propozycji; skupiając się na jednostce, tracimy z oczu to, co na nią tak mocno działa – jej otoczenie. Celem Kościoła powinno być zarówno głoszenie pojedynczemu człowiekowi jak i budowanie instytucji kultury, wspieranie pozytywnych wartości bliskich chrześcijaństwu. Staramy się mieć ofertę poruszającą serca, lecz nie widzimy, że drażnimy rozum, który potrafi się buntować i szuka w nauce naciąganych dowodów na swoje tezy. Prawdy Kościoła są wieczne, wciąż aktualne, ale nie zawsze my podejmujemy refleksję nad ich świeżym i przemawiającym ukazaniem. Nie wszystkich pociąga naiwny i prosty styl, nie wszystkim potrzeba wspaniałej retoryki i erudycji, każdemu trzeba Boga. Po to też Chrystus zostawił nam na ziemi swego Ducha Świętego, abyśmy korzystali z jego darów. W dobie pentekostalizmu zdało się wielu katolikom, że Duch ten przestał być obecny, że trzeba go cały czas wzywać, tak jakby on nas opuścił i wymagał przypominania mu o naszym istnieniu. Duch Boży nie zapomina o swoim Kościele, bo jest przez cały czas w centrum Kościoła. Stawiam wiele pytań, bo jest przed nami wiele problemów, na które szczerze musimy sobie odpowiedzieć. Szczerość kosztuje własny komfort, a Duch Święty nie jest kimś, kto aprobuje każde nasze działanie, choć tak często używa się go jako argument uzasadniający naszą propozycję w Kościele. Skoro coś uważam, na pewno to pochodzi od Niego, wcale nie jest produkcją zmęczonego serca i rozumu, który nie chce się konfrontować z trudnościami.
Głosić mimo wszystko
Z pewnością nie warto rezygnować z żadnej próby ewangelizacji, nawet marnej i nieudanej. Kościół nie musi być agencją reklamową religijnego światopoglądu, lecz powinien być oddany swej misji jak i pokorny wobec swej słabości. Nie może mu zabraknąć odwagi i skuteczności w działaniu. Mamy być roztropni jak węże i nieskalani jak gołębie, nie każdy jednak musi być ewangelizatorem na miarę św. Franciszka Ksawerego czy innych wielkich świętych misjonarzy. Mimo to w naszym otoczeniu to my powinniśmy dbać o to, by szerzył się duch chrześcijański, bo życie katolika nie opiera się wyłącznie na kerygmacie. On jest jedynie podstawą, a dążąc do świętości mamy pogłębiać nasze życie chrześcijańskie. Mamy pomóc naszym bliskim, tym którzy nas otaczają, spotkać Boga, wprowadzić ich w pełne życie Kościoła, wspierać w wątpliwościach, tak byśmy mogli ich kiedyś spotkać wpatrzonych w oblicze Boga.
