Z księdzem Janem Sikorskim rozmawiał Piotr Ulrich
Kościół Katolicki istnieje już od 2000 lat. Wielokrotnie w swojej historii spotykał się z trudnościami, podobnie jest i dzisiaj. Zdaje się, że obecnie głosy mówiące o kryzysie Kościoła są coraz silniejsze. Serdecznie zapraszamy do przeczytania wywiadu na ten temat z księdzem infułatem Janem Sikorskim – człowiekiem z niezwykłym doświadczeniem życia chrześcijańskiego, który zgodził się udzielić wypowiedzi naszej redakcji.
W obecnych czasach coraz częściej spotkać się możemy ze stwierdzeniem, że Kościół Boży trawiony jest przez kryzys. Mówią o nim hierarchowie, ale także świeccy zaangażowani w sprawy Kościoła. Jak odbiera Ksiądz Infułat takie głosy? Czy rzeczywiście możemy mówić o kryzysie w Kościele? Jeśli tak, to na jakich płaszczyznach? Skąd może się on brać?
Można by w ogóle zapytać, kto nie jest w kryzysie! Kryzys, z języka greckiego, to oznacza zmaganie się, walkę, pokonywanie trudności. Tak więc każdy organizm, który się rozwija, jest ciągle w nieustającym kryzysie. Odnosi się to również do organizmu Ciała Mistycznego – Kościoła. Przygotowując się do święta Zmartwychwstania przeżywaliśmy Wielki Tydzień1. Czyż Ofiara Chrystusa na krzyżu nie była wielkim kryzysem? Pan Jezus się modlił: „niech odejdzie ode mnie ten kielich”, ale też dodał „nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Taki był początek Kościoła, a potem przez całe dzieje ten kryzys – tworzenia się, wzrastania, wchodzenia w nową rzeczywistość – ciągle trwa. Oczywiście, pytanie pewnie dotyczy tego, co jest dzisiaj.
Można popatrzeć na to wielopłaszczyznowo. W świecie dostrzegamy w tej chwili walkę zwłaszcza z chrześcijaństwem – walkę, prześladowania jakich jeszcze nigdy nie było! Człowiek pyta – dlaczego coś takiego się dzieje? Tak czasem jest, że Pan Bóg daje diabłu trochę władzy nad światem, mówi „poszalej trochę” – jak jest to napisane w księdze Hioba – „masz, weź go sobie”. Wydaje się dzisiaj, że dotyczy to całego świata. Świat, przez przyspieszenie technologiczne, zmienia się. Film historii świata kręci się coraz szybciej. To co kiedyś trwało sto lat, dzisiaj zmienia się w kilka tygodni. Ogromna ilość informacji, łatwość dotarcia do każdego zakątka świata jest wielkim dobrem, ale stwarza też możliwość manipulacji i zamętu w ludzkich umysłach. Ten zamęt dotyczy całego świata. Obserwujemy go szczególnie w Europie, która stała się zasobna ponad miarę. Pan Jezus mówił, że wielbłądowi łatwiej przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego! Pieniądze potrafią człowieka zdemoralizować. Tak sobie nieraz myślę, że na każdej złotówce siedzi diabeł – im ktoś więcej tych złotówek nazbiera, tym większego diabła ma do pokonania a nie zawsze wie jak to zrobić. Europa trochę zatęchła w swoim dobrobycie. Kontrastuje przy tym z wieloma innymi krajami. To byłby drugi wymiar tego kryzysu w wymiarze europejskim.
Wreszcie, najstarszy kryzys, najstarsza trudność, dotyczy serca człowieka, bo tu od początku świata trwa walka dobra ze złem. Tam człowiek dokonuje najważniejszych wyborów, wybiera Chrystusa lub Nim gardzi.
Od prawie 60 lat wiedzie Ksiądz Infułat bardzo aktywne życie w Kościele. Te lata na pewno dały Księdzu duże doświadczenie w obserwacji sytuacji na Łodzi Piotrowej. Czy pamięta Ksiądz, jak przez ten czas postrzegane były momenty załamania w Kościele? W jaki sposób były odbierane przez duchowieństwo, jak i świeckich?
Za moich czasów, kiedy „startowałem”, jako młody człowiek, do życia, potem już jako kleryk i ksiądz, diabeł działał bardzo jednoznacznie – stał się czerwonym diabłem, wcielił się w komunę. Próbowała ona siłowo przezwyciężyć struktury Kościoła. Jeszcze w seminarium, w czasach stalinowskich byłem przekonany, że będę musiał być księdzem działającym w ukryciu. Nawet zacząłem uczyć się introligatorstwa, żeby mieć jakiś zawód, za którym mógłbym się schować by w sposób tajny spełniać funkcję księdza. Komuniści wmawiali nam: „Koniec z wami! Nie pchajcie się do seminarium, bo i tak nie zdążycie go skończyć”. Potem, przyszło aresztowanie księdza Prymasa. Mimo trudności doczekaliśmy się jednak święceń kapłańskich.
Po przewrocie Gomułkowskim była radość, że coś się w Polsce zmieni, ale zmiany były jedynie pozorne. Początkowo religia wróciła do szkoły. Czułem się w pracy z młodzieżą jak ryba w wodzie. Wkrótce jednak zostałem wyrzucany z poszczególnych szkół. Ograniczano możliwość nauczania religii. Musieliśmy ją prowadzić w bardzo trudnych warunkach lokalowych, tworząc pózniej tzw. punkty katechetyczne, które władze państwowe chciały na siłę kontrolować.
Ludzi świeckich, którzy chodzili do kościoła dyskryminowano. W pierwszej mojej parafii w Skierniewicach miałem sporo rodzin wojskowych. Pamiętam w związku z tym charakterystyczny przypadek. Przygotowywałem córkę oficera do Komunii Świętej, w zasadzie od zera, ponieważ nigdy nie chodziła na religię, a bardzo chciała przyjąć Pana Jezusa. Były kłopoty z terminem Komunii Świętej, trzeba było czekać na moment, kiedy ojciec wyjedzie na poligon. Data była przesuwana z tygodnia na tydzień. Kiedy ojciec wrócił i dowiedział się, że córka chodzi do kościoła, powiedział „Ja cię rejentalnie wypiszę ze swojej rodziny!”. To była wielka trauma dla delikatnej, subtelnej dziewczyny. Z kolei na Mokotowie jednego chłopaka, którego koledzy przyprowadzili na religię, ojciec tak pobił, że syn potem trafił do szpitala. To był syn oficera z kontrwywiadu.
Mimo takich i podobnych trudności katechizacja się rozwijała, a ludzie umacniali się w wierze.
Z przykrością można zauważyć, że obecna sytuacja sprzyja narracji, jakoby nie było pewności, że Duch Święty wspiera Kościół, a także że prowadzi go ku świętości. Coraz częściej jest ona słyszalna z ust ludzi, których widzimy co niedzielę w katolickich świątyniach. Jak mógłby Ksiądz Infułat odnieść problemy współczesnego Kościoła do działania w nim Ducha Świętego? Jaki można znaleźć problem w zwątpieniu katolików w ożywiające działanie trzeciej Osoby Trójcy świętej?
Szczęśliwie teraz obchodzimy, w Kościele polskim, rok Ducha Świętego i podobnym rozważaniom poświęcony będzie rok następny. Zrozumienie znaczenia Ducha Świętego nie jest proste. Łatwiej postrzegamy pierwszą Osobę Trójcy Świętej, Boga Ojca, jako stworzyciela świata i Chrystusa, który przez swoje życie na ziemi, śmierć i zmartwychwstanie odkupił nas. Natomiast Osoba Ducha Świętego, Jego działanie jest mniej „namacalne”. Pan Jezus jednak bardzo wyraźnie mówił o swoim działaniu jako owocu Ducha Świętego, a przed wysłaniem apostołów na świat, kazał im czekać na przyjście Pocieszyciela. I rzeczywiście dopiero po pięćdziesiątnicy apostołowie rozbiegli się po całym świecie, aby spełnić nakaz misyjny: „Idźcie na cały świat”. Kościół kierowany Duchem Świętym ciągle się rozwija. Pan Jezus powiedział, że bramy piekielne go nie przemogą. Nie znaczy to, że w każdym zakątku świata dzieje się jednakowo. Jeden z moich profesorów mówił, że wieczne istnienie Kościoła jest dogmatem wiary, ale nie jest pewne, że nie zaginie np. w Polsce. Potrzebne jest otwarcie na działanie Ducha Świętego i nad tym wszyscy pracujemy. Dziś bardzo mocno podkreśla się element prawdziwego lub rzekomego zgorszenia jakie ludzie nie wyłączając kapłanów, przynoszą Kościołowi. Kościół jest Bożą instytucją, ale wykonanie jest ludzkie. Jądrem pierwszego Kościoła byli apostołowie. Jeden z nich okazał się zdrajcą. W kondycję ludzką wpisany jest grzech i słabość. Nie umniejsza to jednak istoty Kościoła. Słyszy się nieraz: „zgorszyłem się, bo jakiś ksiądz, czy biskup źle postąpił”. Trzeba nad tym ubolewać, ale co to ma wspólnego z twoją osobistą relacją z Panem Bogiem?
Święty Paweł napisał: „Oportet haereses esse” – trzeba aby były herezje! To zdanie wydaje się już herezją, ale powiedział też: „Moc w słabości się doskonali”. Nieraz bieżące trudności, czy nawet odstępstwa, pobudzają nowe siły, podobnie jak w żywym organizmie – walka z chorobą potrafi wzmocnić cały organizm. Trzeba wiarą i ufnością ożywiać działanie Ducha Świętego w nas.
A czy my wzywamy Ducha Świętego? Mój kolega w seminarium świetnie zdawał egzaminy. Pytaliśmy go „Jak ty to robisz?” Odpowiedział: „Dużo modlę się do Ducha Świętego. A ponieważ ludzie rzadko to robią, więc Duch Święty ma dużo czasu dla mnie”. To niemal anegdotka, ale myślę że pouczająca. Kardynał Ratzinger użył wyrażenia, że Kościół przypomina nieraz „łódź tonącą”. W dziejach było tak, że Kościół już prawie tonął np. w czasach herezji ariańskiej (IV w). Mówiono nawet, że „świat obudził się ariański” bo większość wiernych odeszła od prawowitej wiary. Wtedy św. Atanazy, wielki doktór Kościoła powiedział „Arianie? Ha! Nubicula! Transibit!”. „To chmurka, przejdzie!”. Minęło trochę czasu i po arianach nie ma śladu. Czasem takie burze stają się kryzysem, który wzmacnia Kościół.
Gdzie upatruje Ksiądz Infułat środek zaradczy? W którą stronę pójść, gdy, jak powiedział kardynał Ratzinger, Kościół przypomina „tonącą łódź”?
Ha! Gdybym to wiedział. Na pewno ważne jest to, co powiedział święty Paweł, „Moc w słabości się doskonali”. Widzimy dzisiaj pewne słabe strony, nie tylko w nas samych, ale w świecie, strukturach, społeczeństwie, polityce, wszędzie. Czujemy się trochę bezsilni wobec przeróżnych zagrożeń. W opisie stworzenia świata czytamy, że wszystko co Bóg stworzył było dobre. Nie można do świata obracać się plecami i narzekać. Naszym zadaniem ma być uświęcanie tego co jest. Najlepszym narzędziem jest modlitwa. U mnie [w parafii] jest adoracja Najświętszego Sakramentu – dzień i noc. Z satysfakcją widzę w dzień, a nieraz w nocy, wielu ludzi, którzy z różańcem w ręku klęczą i modlą się, i to również młodych. Wytrwała modlitwa owocuje. Dostrzegamy w parafiach istnienie wielu grup apostolskich, dawniej w Kościele nieznanych. Przykładem takiej Bożej aktywności mogą być ostatnie inicjatywy podejmowane przez ludzi świeckich np. wielka pokuta w Częstochowie czy różaniec do granic. W tych inicjatywach Duch Święty zadziałał nawet poza strukturami Kościoła hierarchicznego. Myślę, że wasze pismo jest też takim przykładem.
Padło pytanie „Co robić?” Przede wszystkim wierzyć i ufać. Kościół jest ciałem mistycznym Chrystusa. Jeżeli tak to będzie on trwał wiecznie. Zagrożeniem są nasze słabości, ale duszą Kościoła jest Duch Święty. Dlatego też jestem przekonany, że żadna siła nie może zagrozić Kościołowi.
Im dłużej żyję, tym większym jestem optymistą. Wychowałem się w czasach komunistycznych. Wydawało się, że będzie to trwało wiecznie. Pamiętam jaką trwogą ogarnęło mnie hasło wypisane na jakiejś fabryce i z daleka widocznie – „Wkraczamy w XXI wiek z Leninem”. Dzisiaj to brzmi jako żart, ale wtedy budziło grozę. Tymczasem przyszedł Jan Paweł II i wszystko się zmieniło.
W tej chwili zagrożeniem przyszłości świata stał się liberalizm, którego skutki z bólem obserwujemy. Z kolei u nas w Polsce nadzieję budzi odradzający się patriotyzm, oparty o chrześcijańskie wartości. Ci co go głoszą często sami nie zawsze pochodzą z rodzin katolickich. Pan Jezus powiedział, że może nawet z kamieni stworzyć swoich czcicieli.
Na koniec naszej rozmowy chciałbym zapytać Księdza Infułata, w jaki sposób osobiście odbiera Ksiądz działanie Ducha Świętego w swoim życiu – biorąc pod uwagę całe życie kapłańskie, jak i życie chrześcijańskie w Kościele?
Właściwie już trochę dotknąłem odpowiedzi na to pytanie. Doświadczenie życiowe umacnia moje zaufanie w moc Ducha Świętego. Tyle widziałem zagrożeń Kościoła i doświadczyłem, że przeleciały jak wspomniana chmurka „nubicula”, a Kościół ciągle trwa.
Nie możemy być ślepymi optymistami, bo czasem, jak w Księdze Hioba, Pan Bóg pozwala szatanowi trochę poszaleć i w naszych czasach szaleje on dosyć mocno. Widzę nieraz jak z dobrych, katolickich rodzin dzieci, czy wnuki odchodzą od Boga, ale znam też rodziny liberalne czy ateistyczne, w których dzieci stają się gorliwymi wyznawcami wiary. Odbieram to jako ciągłe działanie Ducha Świętego, który odnawia oblicze ziemi. Sam skromnie dodam, że coraz mocniej kocham Kościół i kapłaństwo, dziękując za łaskę powołania. Myślę, że to co wy czynicie też jest jakimś znakiem działania Ducha Świętego.
Dziękuję Księdzu bardzo za tę rozmowę, również w imieniu całej redakcji, a także proszę o modlitwę za nas.
Ksiądz Jan Sikorski urodził się w roku 1935 w Kaliszu. Ukończywszy seminarium duchowne w Warszawie przyjął święcenia kapłańskie w 1958 roku. Po 21 latach kapłaństwa został mianowany ojcem duchownym warszawskiego seminarium. Po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki kontynuował jego posługę na Mszach świętych za ojczyznę. Wkrótce został proboszczem parafii św. Józefa na warszawskim Kole, gdzie bardzo rozwinął tamtejsze duszpasterstwo – wspierał i zakładał wspólnoty, a także rozpoczął całodobową adorację Najświętszego Sakramentu, trwającą po dzień dzisiejszy. Równolegle z obowiązkami proboszcza zajmował się także duszpasterstwem więźniów w Warszawie, jako pierwszy naczelny kapelan Duszpasterstwa Więziennego w Polsce Po odejściu na emeryturę w roku 2006 pełnił funkcję ojca duchownego w kijowskim seminarium, skąd wrócił rok później, aby objąć duchową opiekę nad duchowieństwem warszawskim. Obecnie jest rezydentem przy parafii św. Józefa na Kole. W roku 2011 otrzymał tytuł honorowy protonotariusza apostolskiego (infułata). W ciągu swojej posługi ksiądz Jan dał się poznać jako wybitny, płomienny kaznodzieja. Wciąż wiedzie bardzo aktywne życie w Kościele, oddając się kapłańskiej służbie.
- Rozmowa została przeprowadzona w Wielkim Tygodniu 2018 ↩︎
