adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Islandzka droga do wyleczenia

magazine cover

unsplash.com

Björk to artystka nietuzinkowa w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest też w pewnym sensie znakiem rozpoznawczym Lodowej Wyspy, czyli Islandii. Jako kompozytorka najbardziej znana ze swojej solowej kariery, dała się poznać już w roku 1993, kiedy wydała swój pierwszy album zatytułowany po prostu „Debut”. Jej charakterystyczna barwa głosu, teledyski oraz nieco wycofane życie publiczne czynią ją niezwykle intrygującą oraz bardzo znaną, co dosyć kontrastuje z tworzoną przez nią muzyką. Pomimo że jest bardzo popularna, nie czerpie z tego jakichś szczególnych korzyści, nikomu nie sprzedaje też swojej prywatności. Jest też bardzo uważną obserwatorką najnowszych trendów w muzyce alternatywnej, zaprasza do współpracy młodych, utalentowanych, mało znanych muzyków, a następnie staje się producentką ich własnych albumów (było tak w przypadku artysty o pseudonimie scenicznym Arca).

Albumy Björk są z reguły koncepcyjne, co oznacza, że opowiadają jakąś historię bądź poruszają jeden temat. Szczególnie w początkowym okresie działalności dużą rolę w jej muzyce odgrywały instrumenty smyczkowe połączone z elektroniką. Powracała jednak do tych elementów na swych późniejszych albumach, np. „Vulnikurze”, którą (obok następnej chronologicznie „Utopii”) będę tutaj omawiać. Wspomniane przeze mnie albumy to dwie, jak na razie ostatnie, pozycje z dyskografii artystki. Traktują one o dość prozaicznym na pozór temacie, jakim jest nieszczęśliwa miłość i wszystko, co z nią związane. Utarło się dość niesłuszne stwierdzenie, że zawody miłosne to nie tematy dla poważnych artystów, a ludzie piszący na ten temat np. książki chcą w ten sposób w łatwy sposób zarobić dużo pieniędzy. Może i coś w tym jest. Tematy miłosne to raczej nasze „guilty pleasure”, czyli coś, do czego wstyd nam się przyznać, być może dlatego, że dotyczy to prawie w całości gatunku ludzkiego i ma związek z naszymi jeszcze zwierzęcymi instynktami. Dlaczego zatem tak poważna i szanowana artystka jak Björk wzięła się za temat miłości i cierpienia? Bo sama takie chwile przeżyła. Nie jest to jednak takie werterowskie narzekanie, gdyż „Vulnicura” jest albumem do bólu szczerym. Żal można dosłyszeć wszędzie. Jest to także bardzo osobisty zbiór, zdecydowanie nie nadaje się on do „słuchania w autobusie”.

Przed rozstaniem

7 pierwszych utworów na płycie ma dodany podtytuł „Before” bądź „After”. Odnoszą się one do czasu, kiedy powstały. Na początku opiszę 3 utwory mówiące o świadomości końca związku i o tym, że uczucie miłości łączące dwoje kochanków już się skończyło. Przy okazji pragnę zaznaczyć, że to nie będzie recenzja, dlatego nie omówię płyty pod wszelkimi możliwymi względami, skupię się głównie na warstwie tekstowej i poddam utwory pewnej próbie interpretacji. Zdaję sobie sprawę, że taka analiza może być za bardzo powierzchowna, ale wyciąganie z tej płyty wszystkiego, co możliwe, nie jest moim celem, a i nawet nie starczyłoby na to wszystko miejsca. Wracając: album otwiera piękna ballada „Stonemilker”. Podmiot liryczny stawia tutaj pewne wymagania, mówi o potrzebach uczuciowych („Show me emotional respect, oh respect”), choć na razie nie dopuszcza do siebie opcji, że to się może kiedyś zakończyć. Jednocześnie słuchacz może dowiedzieć się, że już wtedy dochodziło do nieporozumień między kochankami („Moments of clarity are so rare/I better document them”). Jest to jak dla mnie wystarczająco wymowny znak, że coś już jest nie tak. W następnej piosence Björk zadaje pytania sama sobie, czy to na pewno ma sens. Prawdziwa świadomość nadchodzącego załamania przychodzi jednak w utworze „History Of Touches”, w którym artystka wspomina intymne chwile i nie boi się nawet używać wulgaryzmów.

Po rozstaniu

Symfonia smutku i cierpienia osiąga swoje apogeum w kolejnym, niemalże 10-minutowym utworze „Black Lake”. Tutaj artystka opisuje swój stan psychiczny za pomocą przygnębiających metafor. Rzuca także oskarżenia wobec byłego kochanka („Family was our mutual mission which you abandoned”). Słuchanie tego utworu za pierwszym razem było dla mnie męczące i myślę, że był to zabieg celowy. Słuchacz musiał w pełni utożsamić się z podmiotem lirycznym. Sama Björk przyznała w wywiadzie, że czuje się nim zażenowana i do dzisiaj nie jest w stanie wysłuchać go w całości. Powiedziała też, że można ten utwór porównać do sytuacji, kiedy ktoś wreszcie ma okazję powiedzieć to, co leży mu na sercu, ale nie wychodzi mu to z powodu wstydu. I faktycznie, na początku artystka śpiewa jakby z zaciśniętym gardłem, a utwór rozwija się z czasem. W kolejnych piosenkach następuje opamiętanie, Björk snuje refleksje na temat rodziny i metaforycznej rany na klatce piersiowej w miejscu serca (symbol złamanego serca). Artystka dochodzi do wniosku, że obwinianie siebie i rozpamiętywanie smutnego wydarzenia jej nie uleczy. Martwi się także o swoją córkę. Warto zwrócić uwagę na oprawę muzyczną albumu. Dominują smyczki, które podkreślają dramatyzm sytuacji lirycznej, towarzyszy im elektronika.

Jak zapomnieć?

Ostatnie dwa utwory na krążku są jakby „z innej beczki”. „Mouth Mantra” opowiada o najbliższych czasach po tym, jak artystka przeszła operację strun głosowych i nie mogła mówić przez 3 dni. Ostatni zamykający utwór traktuje o śmierci matki Björk. Piosenka ma smutny tekst i kończy się niespodziewanie, co może symbolizować nagły koniec życia. Na uwagę zasługują także teledyski do poszczególnych utworów z płyty. Oddają ich klimat i tematykę, można interpretować je na wiele sposobów, do czego zresztą zachęcam. Także tytuł „Vulnicura” dosłownie oznacza „leczenie ran” (vulnus, cura).

„Za miliony cierpię i kocham”

Do przygotowywania następnego albumu Björk zabrała się od razu po premierze „Vulnicury”. Nosi on tytuł „Utopia”, a jego premiera miała miejsce w 2017 roku. Tematycznie stanowi opozycję do swojego poprzednika, ale jest też jego kontynuacją. Skomponowany w znacznie innej koncepcji, dominują tam flety, jest bardziej inspirowany naturą, w której nie mogło zabraknąć połączenia z elektroniką (Björk ponownie zaprosiła do współpracy Arcę). „Utopia” jest albumem bardziej awangardowym i jednocześnie najdłuższym w dyskografii artystki. Wiele pracy zostało włożone w budowanie klimatu. Tak jak „Vulnicura” mówiła o cierpieniu i smutku, tak głównym tematem „Utopii” jest miłość, zauroczenie, pierwsze wzajemne fascynacje połączone z uczuciem zadumy i tęsknoty. Utopią natomiast artystka nazywa stan, kiedy kochankowie razem spędzają czas, na przykład poprzez rozmowę, kiedy są razem szczęśliwi. Sama określiła swój najnowszy album jako „tinderowy”.

Przebaczenie (?)

Krążek otwiera utwór „Arisen My Senses”, w którym możemy się dowiedzieć, że podmiot liryczny poznał nowego przyjaciela. Bardziej poznajemy go w następnej piosence. Björk śpiewa o dzieleniu wspólnych pasji („Two music nerds obsessing” i „Sending each other MP3-s/Falling in love to a song”). W pewnym momencie odkrywa, że nowa znajomość na nowo nauczyła ją kochać i wyleczyła ranę, o której śpiewała w „Vulnicurze”. Zaczyna odczuwać… zauroczenie? Pyta samą siebie, czy potrafiłaby pokochać kogoś jeszcze raz. O tym opowiada intrygujący singiel „The Gate”. Stara rana na piersi przemieniła się w bramę, przez którą przyjmuje i oddaje nowe uczucia do drugiej osoby. W tytułowym utworze albumu słyszymy dalszą radość z przebywania z kimś, w kim jesteśmy zauroczeni. Björk zachwyca się też naturą. W tle słyszymy przepięknie zaaranżowaną orkiestrę fletową i odgłosy wenezuelskich i islandzkich ptaków. Dowiadujemy się też, czym jest tytułowa utopia, przerywa ją jednak pamięć ciała w kolejnym długim utworze „Body Memory”. Tutaj rozpoczyna się część, w której artystka rozlicza się z dawną, zakończoną już miłością.

Niezapomniane

W kolejnych kilku utworach podmiot liryczny wypomina błędy swojemu byłemu kochankowi, ma żal o pozew sądowy i kontynuuje bezpośrednio tematykę poprzedniego albumu. Ciężko w tych tekstach doszukać się miłości, znajdziemy raczej rozgoryczenie i próbę wyrzucenia z pamięci tamtych nieprzyjemnych chwil. Artystka ponownie pozwala sobie na wulgaryzmy, ponieważ inaczej nie jest w stanie określić emocji, które nią targają. Myślę, że wielu z nas spotkało się z podobną sytuacją, dlatego zwróćmy uwagę, jak pomimo swojej awangardy muzyka tworzona przez Björk może chwytać za serce i przemawiać do nas (o ile oczywiście wsłuchamy się w tekst). Nie uważam też wulgaryzmów za szczyt poetyckiej sztuki, miałam raczej na myśli to, że Björk nie zawsze używa zawoalowanego i trudnego języka poetyckiego, gdyż nie jest to konieczne.

Świetlana przyszłość

Dalsze utwory na płycie, począwszy od „Tabula Rasa” poprzez instrumentalny przerywnik „Paradisia” aż do zamykającego krążek „Future Forever”, zdają się być adresowane do córki artystki. Björk prosi ją, aby nie powtarzała jej własnych błędów. Samej sobie uświadamia też, że nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, lecz należy być do niej nastawionym optymistycznie. Z takim poczuciem artystka zostawia nas na koniec albumu. Tutaj chciałabym ponownie zachęcić Was, Czytelnicy, do zapoznania się z teledyskami promującymi najnowszy album Björk. Krąży popularny dowcip, że zostały nakręcone na jej rodzinnej planecie. Rzeczywiście, komputerowo wygenerowane krajobrazy oraz wizje utopii przywodzą na myśl widoki z jakiejś dalekiej rajskiej planety. Klipy wspaniale i bardzo metaforycznie opowiadają część historii zawartych w danych piosenkach. Szczególnie przypadł mi do gustu teledysk do utworu „Blissing Me”, w którym pani Brzoza tańczy i przy dźwiękach harfy delikatnym głosem wyśpiewuje historię o nowo rodzącym się uczuciu. Nie wykonuje tak ostrych i gwałtownych gestów przywodzących na myśl kłótnię jak w klipie do „Lionsong”, tutaj każdy ruch artystki wygląda jakby była delikatnie poruszana przez wiatr, zachowuje się jak aktorka wystawiająca monodramat w teatrze.

Happy End

Przyznam szczerze, że trochę bałam się tych albumów. Nie byłam pewna, czy jestem gotowa na taką dawkę ambitnej muzyki (bo nie oszukujmy się, niespełna 70 minut muzyki mogłoby niejednego wykończyć). Bałam się też samej Björk, zastanawiałam się, czy nie porywam się z motyką na słońce. Strach ma jednak wielkie oczy i myślę, że nie warto zamykać się na danego artystę czy gatunek muzyczny tylko dlatego, że się go boimy. Björk nie śpiewała przecież o tematach z kosmosu, ale o czymś, co wszyscy bardzo dobrze znamy. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu zakochał się lub zauroczył. Może trochę mniejsza część z nas, ale mimo wszystko, przeżyła jakiś zawód miłosny. Uważam, że śpiewanie o miłości nie jest powodem do wstydu, sztuką jednak jest sposób, w jaki to robimy. W końcu o miłości śpiewa zarówno Björk, jak i wykonawcy gatunku disco polo, a jak wiemy, między nimi widnieje ogromna przepaść. Oczywiście zrozumiem, jeżeli ten artykuł kogoś nie przekona do twórczości Björk, bo faktycznie jest ona specyficzna. Björk albo się lubi, albo nie, poza tym najnowsze albumy nie są najlepszym pomysłem na rozpoczęcie przygody z danym artystą, choć nie uogólniajmy. Kogoś, kto po prostu nie trawi twórczości Islandki raczej nie przekona nowy jej album, bo trzeba mieć do niego czas, nastrój i serce. Jeżeli ktoś z Was pomyślał jednak inaczej, nie mogę pożyczyć niczego innego, jak tylko powodzenia i miłej lektury!

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.