adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Trójca do pary

magazine cover

pexels

Każdy z nas po włączeniu telewizji, dowie o przemożnej nędzy współczesnego człowieka. Zło, którego obecność możemy dostrzec, wydaje się wręcz przytłaczające. Nie tylko śmierć wywołana wybuchami wulkanów, trzęsieniami ziemi i huraganami wzbudza w nas trwogę. Wojny w Syrii czy na Ukrainie, w efekcie których cierpią miliony ludzi, woła często o pomstę do nieba. Jest jednak jeden szczególny rodzaj zła, różny od wcześniej wymienionych. Niewiele o nim słychać w mediach, choć wydaje się dość powszechny, a mianowicie cierpienie, które zadajemy sami sobie. Nałogi, uzależnienia, alkohol, narkotyki, seks, pornografia, hazard, władza to grzechy, które usidlają ludzką duszę. Jednak bardzo często, a prawdopodobnie nawet w większości przypadków, jest to próba zaspokojenia wewnętrznego głodu, który trawi każdego z nas. W głębi serca, wszyscy bez wyjątku, pragniemy miłości.

Jako małe dzieci gorąco pragniemy rodzicielskiej czułości, przyciśnięcia do piersi matki, wzięcia „na barana” przez opiekuńczego ojca. Wszyscy o tym marzymy, jednak nie każdemu ta łaska zostaje dana. Z wiekiem nasze pragnienia stają się coraz bardziej wyrafinowane. Prosta bliskość fizyczna już nie wystarcza, poszukujemy przyjaźni, zakochania, jedności duchowej, a w końcu także miłości. Trzeba przejść długą drogę, by do niej dojść, często wyboistą, pełną kamieni. W najgłębszych zakamarkach naszych serc kryje się pragnienie miłości. Niestety, wielu (także dziś) obiera sobie niewłaściwy przedmiot tejże miłości – pieniądze, przyjemności, potęgę. A kochać prawdziwie, a więc obdarowywać sobą, można w pełni tylko osobę.

Ego

Pierwszym krokiem jest miłość do samego siebie. Jakże często spotykana, ta otaczająca nas z zewsząd siła nastawiona na ciągłe „ja”. Ci, którzy ulegają żądzom i kierują się przyziemnymi wartościami, reprezentują taką postawę. W XXI wieku daje o sobie znać narzekanie czy wieczne niespełnienie w pogoni za ambicją i sukcesem. To także przejawy egoizmu – miłości do samego siebie, wypaczonej jednak przez brak pokory. Właściwa miłość do samego siebie zakłada stanięcie w prawdzie, dostrzeżenia zarówno zalet, jak i wad. Rychło zauważymy, że niewłaściwa miłość do siebie pozostawi w naszym sercu jedynie pustkę. Każdy chce kochać, ale i być kochanym. Do tego potrzebna kogoś z zewnątrz.

Ty

Najbardziej oczywista sytuacja, jaka przychodzi na myśl w pierwszej chwili, to para zakochanych. Patrzący na siebie z fascynacją, obdarowujący się kwiatami i czułymi spojrzeniami, chadzający za rękę do kina na romantyczne komedie. Ten sztampowo – hollywoodzki widok wpisany został w ludzką naturę. Początkowy etap relacji kojarzy się zwykle z motylami w brzuchu i spojrzeniem na świat przez różowe okulary. Wówczas celem właściwym nie jest ta piękna dziewczyna czy przystojny chłopak. Dlaczego rozchichotane nastolatki spotykają się ze swymi adoratorami? Bo powoduje to pozytywne odczucia. W tym czasie celem nie staje się jeszcze druga osoba, ale „ja sam”. Zaspokajamy w ten sposób nasze wewnętrzne pragnienia. Pary, które w takim stanie podejmują decyzję o ślubie, mogą przeżyć rozczarowanie. „Biorę ciebie za żonę” wypowiada wówczas ktoś, kto myśli tylko o tym, by było mu dobrze. To przejaw zakamuflowanej miłości do samego siebie, gdzie „ja” dokonuje projekcji na „ty”, widząc w drugiej osobie nie cel, a środek do jego realizacji – własnego szczęścia.

Złoty cielec

Zauroczenie i zakochanie może przerodzić się w rzeczywistą relację, w której to ukochany bądź ukochana będą motorem naszych działań. Na pierwszy plan wyłoni się szczęście osoby, której ofiarujemy nasze serce. Bezinteresowny dar z siebie jest już na wyciagnięcie ręki. Problem polega na tym, że bardzo często czynimy z drugiej połówki swego rodzaju bożka – złotego cielca, wokół którego tańczymy, zapominając o reszcie świata albo o nas samych. Tego rodzaju stosunek musi ponieść porażkę, gdyż prędzej czy później okaże się, że nasz przedmiot kultu nie jest idealny. Może się zdarzyć, że ukochany zachowa się mało romantycznie po długim dniu w pracy i zamiast szeptać czułe słówka jedynie odburknie coś pod nosem. Widok ukochanej o poranku może nieco odbiegać od wizerunku Wenus, wynurzającej się z piany. „Król jest nagi!”, można by wykrzyknąć. Człowiek jest tylko człowiekiem – panem świata, ujarzmiającym wody i wichry, a zarazem bytem ułomnym, niedoskonałym i śmiertelnym.

Gdzieś tam daleko

Rychło okaże się, że zadurzenie w sobie nawzajem nie przynosi wytchnienia, a jedynie wypalenie i znużenie. Tu bardzo ciekawa zdaje się ludzka intuicja, którą zakochani wypowiadają często nieświadomie – mówią oni o „naszej miłości”, jakby była ona gdzieś obok, jakby poza nimi. Nawet poganie i ateiści są więc w ten sposób o krok od odkrycia niesamowitej prawdy – miłość nie leży w drugim człowieku, jest ponad wszystkimi wyobrażeniami. Relacja okazuje się ukrytą obecnością – słowa ,,noszę cię w moim sercu”, mimo wielokilometrowej rozłąki, nie są wcale fałszywe. Tu przychodzi na pomoc św. Jan. Wystarczy jedno zdanie, by otworzyły się drzwi do zupełnie nowego świata, a przepastne przestrzenie nowej perspektywy poruszyły nasze serca. Bo przecież to „Bóg jest miłością”.

Deus caritas est

Sam Stwórca, dzięki Objawieniu, pokazał nam siebie. Uczynił to, byśmy przyjęli tę przedziwną prawdę, że nie jest On jedynie (aż!) Stwórcą wszechrzeczy, Odkupicielem rodzaju ludzkiego. Ukazał się jako siła napędowa, która pcha człowieka od zarania dziejów ku dobru, prawdzie i pięknu. Starożytni filozofowie poszukiwali odpowiedzi na fundamentalne pytania: ilu jest bogów? Jacy oni są? Czy można ich poznać? Jak ich przebłagać? Skąd się wzięli? I po co to wszystko? Platon w swym geniuszu posunął się tak daleko, jak tylko pozwala na to ludzki umysł. Zaryzykował stwierdzenie dotyczące istnienia jednego bóstwa, które stanowi siłę i moc sprawczą. Nasuwa się jednak w tym miejscu zasadnicze pytanie – skoro każdy byt dąży do szczęścia, a osiągnąć je można jedynie przez miłość, to kogo kocha tenże bóg? Bez objawienia woli samego Przedwiecznego, zatrzymalibyśmy się w tym punkcie. Nawet Hebrajczycy, mając świadectwa teofanii i słowa proroków, nie byli w stanie ująć misterium, które stało się udziałem Nowego Izraela.

Cogito ergo sum

Uczeń Platona, jeden z najwybitniejszych umysłów w dziejach – Arystoteles, ukazywał Boga jako Czysty Akt, Pierwszą Przyczynę, od której pochodzi wszystko inne. Jakże niesamowite musiały to być przemyślenia tak lotnego umysłu! Opierały się jedynie na obserwacji świata i samym rozumie. Stagiryta dzielił wspomniany akt na dwa typy: przechodni, którego efekty wydobywały się na zewnątrz oraz immanentny – odbywający się wewnątrz. Przykład drzewa zdaje się dobrze to rozróżnienie obrazować. Procesy wzrostu, fotosyntezy i rozwoju odbywają się i mają swą konsekwencję wewnątrz rośliny – są więc immanentne. Jednak już owoc zrodzony przez to samo drzewo, który odrywa się od gałęzi i staje się zewnętrzny w stosunku do źródła pochodzenia – to przykład aktu przechodniego. Ta zasada tyczy się całego świata ożywionego – kamień polega tylko na sile dostarczanej z zewnątrz, ale już krowa przeżuwa trawę i rodzi cielę.

Jedno szczególne stworzenie wyłamuje się z tego prawa – człowiek. W sferze cielesnej doświadczenia ludzkie przypominają te zwierzęce. Odróżnia nas pierwiastek duchowy, dzięki czemu dysponujemy znacznie szerszą paletą możliwości niż ośmiornica czy lama. Umysł ludzki potrafi myśleć, stwarzać koncepcje i rodzić idee – to właśnie będzie kluczowe dla naszych rozważań. Myśl zrodzona w ludzkim umyśle żyje w nas, nie opuszcza duszy, lecz pozostaje w niej, będąc immanentną. Co więcej, zdaje się być nie z tego świata. Słowo „mieszka” bowiem w głowie zanim je wypowiemy, a więc istnieje, zanim się zmaterializuje w postaci ruchów języka i wibrującego powietrza, wpadającej do ucha słuchacza. Przedziwne to zjawisko, lecz w jeszcze większe osłupienie może wprowadzić sam Stwórca.

„Uczyńmy człowieka na Nasz obraz”

Skoro „stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył”, to musi być w tym wszystkim coś głębszego, co prowadzi nas do prawdy, poznanej dzięki Objawieniu. Już Platon zakładał, że bóstwo musi myśleć i kochać. Cóż więc myśli ta Istota, która sama o sobie mówi „Jestem, Który Jestem”? Otóż ta idea, to Słowo Przedwieczne (λόγος), które „było na początku u Boga”, zrodzone podobnie jak pomysł w ludzkim umyśle, to Syn Boży. Skoro Bóg jest Ojcem, jak mówią o Nim nie tylko chrześcijanie, ale także poganie, to zrodzona myśl musi być Synem. Człowiek potrafi uczynić swoją ideę wspaniałą, to o ile więcej może Stwórca, Pan Panów i Król Królów? W ten sposób Syn staje się równy Ojcu, Zrodzony Zradzającemu, a boski byt, będący zasadą i istotą wszelkiego istnienia, w swej wszechmocy sprawia, że myśl staje się osobą. Nieważne jak bardzo lotna i światła byłaby człowiecza koncepcja, jak piękne byłoby słowo Szekspira czy Mickiewicza, nigdy nie osiągnie samodzielności. Na kartach Biblii znajdujemy zdanie: „dla Boga nie ma nic niemożliwego”. Pada odpowiedź na starożytne pytanie Platona – jako byt duchowy, nieograniczony zasadami świata materialnego – ani przestrzenią, ani czasem, Ojciec w wiecznej teraźniejszości i ciągłym „teraz”, myśli swe Słowo, które jest osobą – Jego Synem.

Kochający, Kochany i Miłość Sama

To jednak nie koniec. Skoro Ojciec i Syn istnieją razem – równi sobie, będący oddzielnymi osobami, jednocześnie pozostający jednością, muszą pozostawać ze sobą w nieustannej relacji – Zrodzony do Zradzającego i odwrotnie. Abp Sheen, stwierdził, że relacja „tak wiecznotrwała i zakorzeniona w Istocie Boskiej”, także staje się osobą. Niepojęta tajemnica Bożej wszechmocy okazuje swą potęgę po raz kolejny. Wróćmy do tej przedziwnej intuicji zakochanych, którzy mówią o „naszej miłości”, tak jakby była ona jakimś zewnętrznym bytem, będącym poza nimi. W swej ludzkiej ograniczoności ujmują oni w słowa przedwieczną prawdę, gdyż będąc stworzonymi na obraz i podobieństwo Boga, w nieuchwytny sposób starają się wrazić rzeczywistość, w której się znaleźli. Ta właśnie miłość między Ojcem a Synem tworzy wraz z Nimi Trójcę – misterium wiary, którego żaden umysł nie będzie w stanie pojąć – tego wiecznego wiru nieustannego kochania.

Każdy człowiek chce kochać i być kochanym – stać się jednością, jednocześnie zachowując swoją odrębność. Czy to nie doskonały opis Boga? Jeden – co do natury, a jednak oddzielny – co do osób. Te najgłębsze i najistotniejsze pragnienia mówią nam o tym, że tak naprawdę poszukujemy nikogo innego, jak właśnie Boga w Trójcy Świętej Jedynego. On to w swym nieskończonym miłosierdziu obdarował nas możliwością stworzenia namiastki tej boskiej relacji – rodziny.

„I będą oboje jednym ciałem”

Bóg, jako moc sprawcza, od której wszystko pochodzi, słusznie jest nazywany Ojcem. Jego odbiciem, choć niedoskonałym, jest mąż – także będący siłą inicjującą, twórczą. „Pan Bóg rzekł: »Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc«”. Będąc samotnymi, czujemy się niepełni, puści. Dlatego też Pan w wielkiej tajemnicy snu „wyjął jedno z jego żeber” i uczynił z niego kobietę. Czyż to nie Zradzający i Zrodzony, choć w uboższej i niedoskonałej wersji? Tak jak myśl jest częścią naszego umysłu, tak też żebro, wyciągnięte i zasklepione, stało się osobą. To zupełnie jak Logos, myślany i zradzany przez Ojca. „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!” – Adam wykrzyknął w akcie zachwytu na widok swej małżonki, która w końcu mogła stać się obiektem jego największego pragnienia – miłości. Dwoje zakochanych, mężczyzna i kobieta, dzięki Bożej wszechmocy, mogą uczestniczyć także w niezwykłej tajemnicy. Otóż tak jak relacja kochania i bycia kochanym, nieustannego daru z siebie pomiędzy Ojcem i Synem, stała się Duchem Świętym – osobą, tak też miłość męża do żony i kobiety do mężczyzny, z Bożą łaską, także może stać się odrębnym bytem, wcieloną miłością – dzieckiem, a więc osobą tak jak i oni, równą im co do natury. W ten sposób powstaje Trójca – Kochający, Kochana i Miłość Sama, jedna w naturze ludzkiej, połączona więzią rodzinnej miłości, a jednocześnie odrębna w mnogości osób.

Te krótkie rozważania, oparte na książce abp. Fultona J.Sheena „Troje do pary” oraz na Katechizmie Kościoła Katolickiego, kierują nas ku konkluzji. Analogia ta, mimo niedoskonałości (o które nietrudno w przypadku tak Wielkiego Misterium), ukazuje coś bardzo ważnego. Można to streścić w słowach Apostoła: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec!”. Stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, możemy budować namiastkę wewnętrznego życia samego Boga. Jakaż to niewysłowiona łaska! Dzięki niej nie tylko możemy budować Królestwo Boże każdego dnia, pomnażając liczbę wyznawców jedynej prawdziwej wiary, ale także doświadczyć przedziwnej i nieustającej miłości Stwórcy, która pozwala nam, choćby w pewnym stopniu, stać się uczestnikami wewnętrznego życia Trójcy Świętej. A przecież do tego wszyscy jesteśmy wezwani: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” – czego sobie i wszystkim czytelnikom z całego serca życzę!

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.