„Obecnie mam 16 lat od 4 roku życia cierpię na nerwicę lękową oraz natręctw. Od roku się leczę psychiatrycznie i było już lepiej, ale w ostatnim czasie przechodzę coś okropnego :/ Całymi dniami się czegoś boję są to lęki oczywiście dotyczące religii oraz sfer seksualnych… Nie współżyje jeszcze i na razie nie mam zamiaru, ale lęki i tak mam… Po prostu nie mogę już tego wytrzymać całymi dniami myślę o tym i nie mogę przestać… Ciągle mam myśli że coś co zrobiłam niedawno lub nawet kilka lat temu jest grzechem i że zaraz jestem skazana na wieczne potępienie… Ten lęk dorasta do krytycznej rangi, nie jestem w stanie nic zrobić bo żyję w strachu… W takich momentach idę spać, bo nie mogę tego znieść… Oczywiście lęki są też inne nie tylko te religijne, ale już nie daje rady, nie mogę już tego znieść… Nie wiem co robić z dnia na dzień jest coraz gorzej… Czasami zastanawiam się czy jestem normalna bo te wszystkie urojone fobie są po prostu dziwne… i nierealne… Mogłabym pisać tak dłużej na ten temat ale i tak wszystko będzie się opierało na jednym…”
Taki wpis znalazłam na jednym z forów poświęconych nerwicy. Okazało się, że osób, które czują się podobnie, jest dużo więcej. Starsze, młodsze, kobiety, mężczyźni. Łączy ich jedno – diagnoza nerwicy eklezjogennej. Na pierwszy rzut oka wygląda to na „zwykły” skrupulatyzm, jednak często jest czymś więcej. W niniejszym artykule chciałabym przybliżyć nieco pojęcie nerwicy eklezjogennej, powodów jej występowania oraz terapii.
Jako pierwszy pojęcia nerwicy eklezjogennej użył w 1955 r. Eberhard Schaetzing. Był on niemieckim ginekologiem. Zauważył on u swoich pacjentów wywodzących się z rodzin chrześcijańskich pewne objawy nieobecne u innych pacjentów. Uważał, że za ich powstanie odpowiada „dogmatyzm kościelny”, który rozumiał jako przesadę w religijności stającą się celem samym w sobie. Wśród objawów najczęściej zauważanych u pacjentów z nerwicą eklezjogenną Schaetzing wymieniał przede wszystkim problemy w sferze seksualnej. Wynikało to według niego z restrykcyjnej etyki chrześcijańskiej w sferze seksualności i nieumiejętnością pogodzenia jej przez pacjentów z własnymi potrzebami. Kościół według niego skłaniał do tłumienia potrzeb seksualnych, traktowania przyjemności jako zła, miał obsesję antymasturbacyjną oraz moralność potępiającą radość.
Badania nad tą specyficzną nerwicą podjął Klaus Thomas, również Niemiec i lekarz, dodatkowo jednak teolog. Uznał on, że nerwica eklezjogenna przejawia się nie tylko w zaburzeniach sfery seksualnej, ale też w zaburzeniach lękowych oraz osobowości. Wiązał on owe problemy z przekonaniami religijnymi ich rodziców, a dokładnie z niewłaściwą edukacją seksualną, którą definiował jako wrogie ciału wychowanie z szeroką sferą tabu. Thomas uważał, że na tak surowe wychowanie wpływ miały przede wszystkim prądy manichejskie, neoplatońskie i dualistyczne. Ów badacz zaznaczał też, że na rozwinięcie się nerwicy eklezjogennej oprócz niewłaściwego wychowania wpływ mają indywidualne predyspozycje pacjenta. Opisywał on ową nerwicę inaczej jako religijny strach i depresyjność, w której dużą rolę odgrywa poczucie winy.
Dwight W. Cumbee, kiedy pracował jako kapelan szpitalny, zaobserwował u wielu pacjentów nerwice, których źródła widział w:
- chorobliwym poczuciu winy,
- niemożliwości sprostania wymogom Kościoła,
- strachu przed piekłem,
- braku wsparcia we wspólnocie,
- seksizmie, u którego podłoża leżą poglądy religijne.
Objawy nerwicy eklezjogennej mogą być różne, tak jak w klasycznej nerwicy – napady lęku (uogólnionego lub dotyczącego konkretnych wydarzeń, spraw itd.), objawy somatyczne (kołatanie serca, pocenie się, drżenie kończyn, zanikanie głosu, zawroty głowy i inne), natręctwa, fobie, obsesje, zaburzenia funkcji seksualnych. W nerwicach eklezjogennych może dochodzić także do wystąpienia objawów w kościele – omdleń na widok księdza, natrętnych myśli o charakterze bluźnierczym, niekontrolowane okrzyki. Zdarza się niestety wciąż, że osoby z takimi objawami kierowane są przede wszystkim do egzorcystów zamiast do psychiatry, co tylko wzmaga ich symptomy. Innym objawem nerwicy może być skrupulatyzm. Pacjent spowiada się z każdej najmniejszej winy, często urojonej. Jeśli słyszy od spowiednika, że ma się tak często nie spowiadać albo „wymyśla” sobie grzechy, potrafi zmienić spowiednika. Tylko po to, żeby móc realizować swoje obawy.
W pierwotnym znaczeniu nerwica eklezjogenna miała wąskie znaczenie i koncentrowała się na zaburzeniach w sferze seksualnej. Obecnie określa ona związek między religijnym wychowaniem i/lub zaangażowaniem, a rozwojem zaburzeń neurotycznych.
Według teorii psychoanalitycznej nerwica to konflikt wewnątrzpsychiczny. W nerwicy eklezjogennej dochodzi do niej również konflikt religijny, wywołujący lęki, napięcia i poczucie winy. Istotnym elementem powstania nerwicy eklezjogennej jest specyficzny obraz Boga, który jest surowy i karzący. Także zmuszanie dziecka do nieadekwatnych dla jego wieku praktyk religijnych może prowadzić do powstania choroby w późniejszych latach. Im ostrzejsze i brutalniejsze zmuszanie, tym większa szansa na powstanie choroby. Przeżywanie wiary i Kościoła jako zinstytucjonalizowanych i legalistycznych również nie poprawia sytuacji. Oczywiście musi się to łączyć z pewnymi predyspozycjami osobowościowymi, tj. nieumiejętnością rozstrzygania konfliktów, dylematów wewnętrznych.
U chorego na nerwicę eklezjogenną rodzi się konflikt wewnętrzny, który sprowadza się do pragnienia bliskości Boga i jednoczesnego lęku przed potępieniem za przewinienia, realne bądź nie. Chory nie potrafi odróżnić, które poruszenia i pragnienia należą do niego, a które wynikają z konieczności nakazów i zakazów religijnych. Pacjent taki często praktykuje, ale nie czerpie z tych praktyk spokoju, satysfakcji, radości. Towarzyszy mu natomiast ciągły lęk przed tym, że za mało robi. Jest to kompatybilne z tym, co słyszy często w dzieciństwie, że Bóg jako sędzia sprawiedliwy za dobro wynagradza, a za zło karze. Bez odpowiedniego wyjaśnienia taka myśl może zatruć umysł i sprowadzić wiarę do serii nakazów i zakazów.
Wiele osób często uczestniczy we Mszy, modli się, uczestniczy w nabożeństwach. Taka postawa może być wynikiem dojrzałej religijności. Tym, co wskazuje na problem i możliwość występowania nerwicy jest sytuacja, w której ową pobożność napędza lęk, czy owocem jest radość, czy umęczenie.
Chory na nerwicę ma wrogie obiekty wewnętrzne. U chorego na nerwicę eklezjogenną tym obiektem jest Bóg. Obraz Boga jako karzącego, surowego i „nieodpuszczającego” może mieć swoje źródło w tym, co jako dziecko chory słyszał na katechezie oraz w tym jak postrzega swoich rodziców.
Jeśli dziecko postrzega swoich rodziców jako surowych, niedostępnych, karzących, a dodatkowo usłyszy na katechezie, że taki właśnie jest Bóg, to obrazy te „zlewają się” w jedno i zaczynają dominować w życiu psychicznym. Przy czym ważne jest podkreślenie, że rodzice nie musieli być tacy jak przeżywa ich pacjent. Mówimy o jego odbiorze opiekunów. Na ów odbiór składało się realne zachowanie rodziców i wewnątrzpsychiczny odbiór tego zachowania przez dziecko. Naprawdę rzadko się zdarza, że ktoś ma całkowicie złych rodziców, którzy w żaden sposób nie troszczyli się o dziecko. Jednak zdarza się dość często, że nieprzyjemne, negatywne doświadczenia zamazują tę opiekę lub pacjent sądzi, że była ona niewystarczająca. Warto też podkreślić, że obraz Boga nie jest kalką obrazu ojca. Na budowanie obrazu Boga mają wpływ oboje rodzice.
Ważne jest jednak, że połączenie przeżywania rodziców jako surowych z katechezą o karzącym Bogu może powodować powstanie zaburzeń psychicznych. W takiej sytuacji obraz Boga łączy się z mechanizmami obronnymi i w ten sposób wpływa na postrzeganie świata, przeżywanie emocji, radzenie sobie z problemami itd.
Szacuje się, że w Polsce na nerwicę eklezjogenną cierpi ok. 9% kobiet i 5% mężczyzn. Przy czym w populacji męskiej większa część to osoby homoseksualne. Niestety dokładne zbadanie populacji jest niemożliwe, gdyż wiele osób nie zgłasza się po pomoc.
Leczenie pacjenta z nerwicą eklezjogenną jest bardzo trudne, ponieważ terapia ingeruje w przekonania religijne. Oczywiście nie zmienia ich! To jest nieetyczne i nie może mieć miejsca. Nieważne jak bardzo według terapeuty owe przekonania religijne są dysfunkcyjne.
Leczenie nerwicy eklezjogennej może być dwupostaciowe:
Pierwszy sposób to klasyczna psychoterapia. Jej celem będzie najpierw zbadanie obrazu Boga, zrozumienie jego roli, a następnie przepracowania ich.
Drugi sposób to połączenie pracy terapeutycznej ze stałą opieką duszpasterza. I wydaje się, że ten sposób może być skuteczniejszy w pewnych przypadkach. Zadaniem duchownego jest wtedy wsparcie terapeuty poprzez reformę duchowości, tak by stała się ona bardziej dojrzała. Jest niezwykle istotne w tej drugiej metodzie to, że terapeuta i duchowny absolutnie nie mogą być tą samą osobą. Dobrze byłoby też, żeby spotkania nie odbywały się w tym samym miejscu.
Przez dojrzałą duchowość rozumiem taką, która nie opiera się na zakazach bądź nakazach, ale na osobowej relacji z Bogiem. Wtedy przestrzeganie przykazań czy zasad jest wynikiem miłości, a sama wiara jest źródłem radości i siły. Jest ona przeciwieństwem religijności opartej na lęku tylko i wyłącznie. W dojrzałej religijności obraz Boga, świętych, ale też własnego ciała i seksualności będzie się zmieniał. Ta ostatnia kwestia jest szczególnie trudna. Osoba o dojrzałej wierze będzie przeżywać swoje ciało i seksualność jako dar. To, jak go wykorzysta, zależy już od niej samej.
Mam świadomość, że to temat trudny i szeroki. Mam też świadomość, że ze względu na przeplatanie się sfery duchowej i psychicznej bardzo delikatny. Jednak cierpienie osób chorujących na nerwicę eklezjogenną jest realne. I często długotrwałe. Odbierające nadzieję na szczęście doczesne i wieczne.
