Są takie momenty, w których nie mogę pozbyć się wrażenia, że największymi wrogami katolików są inni katolicy. Na wiele jesteśmy w stanie przymknąć oko, ale niezmiennie z równowagi wyprowadza nas fakt, że ktoś inny ma czelność wierzyć i postrzegać kwestie związane z wiarą na trochę inny sposób. I nie dotykamy tu wielkich sporów teologicznych, dogmatów, encyklik, wypowiedzi ex cathedra. Dotykamy – jakby nie patrzeć – naszych duchowych preferencji i wrażliwości.
Tylko żart?
Jest trochę jak w tym dość popularnym kawale, na który można się natknąć w Internecie:
„Zobaczyłem kiedyś człowieka na moście gotowego do skoku. Powiedziałem:
– Nie rób tego!
– Nikt mnie nie kocha – odpowiedział.
– Bóg cię kocha. Czy wierzysz w Boga?
– Tak – powiedział.
– Ja też! Jesteś chrześcijaninem czy żydem?
– Chrześcijaninem – odpowiedział.
– Ja też! Protestantem czy katolikiem?
– Protestantem – odpowiedział.
– Ja też! Jakiego wyznania?
– Baptysta – odpowiedział.
– Ja też! Północny Baptysta czy Południowy Baptysta?
– Północny Baptysta – odpowiedział.
– Ja też! Północny Konserwatywny Baptysta czy Północny Liberalny Baptysta?
– Północny Konserwatywny Baptysta – odpowiedział.
– Ja też! Północny Konserwatywny Baptysta Regionu Wielkich Jezior czy Północny Konserwatywny Baptysta Regionu Wschodniego?
– Północny Konserwatywny Baptysta Regionu Wielkich Jezior – powiedział.
– Ja też! Północny Konserwatywny Baptysta Regionu Wielkich Jezior Konwencji 1879 r. czy Północny Konserwatywny Baptysta Regionu Wielkich Jezior Konwencji 1912 r.?
– Północny Konserwatywny Baptysta Regionu Wielkich Jezior Konwencji 1912 r. – powiedział.
– Giń, heretyku! – powiedziałem i zepchnąłem go”.
O co nam naprawdę chodzi?
W naszych dyskusjach na tematy związane z wiarą – czy to w sieci (która staje się powoli, jak zauważył w jednym z wywiadów abp Grzegorz Ryś, kolejnym kontynentem, także wymagającym ewangelizacji), czy klasycznie przy rodzinnym stole – pojawia się mnóstwo emocji, mnóstwo racji, niekiedy nawet mnóstwo argumentów. Z całą pewnością jednak również mnóstwo pychy i przeświadczenia, że to ja wiem lepiej i prawda leży po mojej stronie.
W wielu wypadkach nie chroni przed tym nawet podpieranie się dokumentami i nauczaniem Kościoła, gdyż stają się one dla nas raptem kolejnym instrumentem do udowodnienia, że to my właśnie mamy rację (nie zmienia to oczywiście faktu, że należy się do niego, tj. do nauczania Kościoła, odwoływać zawsze jako do ostatecznego i rozstrzygającego spór źródła – o ile istnieje taka możliwość). Pokusa popadnięcia w mentorski, „faryzejski” (używam świadomie tego przymiotnika, choć wiem jak często bywa on nadużywany przy okazji wewnętrznych debat pomiędzy katolikami) ton i karmienia własnego ego głoszeniem Chrystusa, stanowi realne zagrożenie dla duszy i warto mieć je na uwadze, włączając się w takie dyskusje. Tym bardziej że nie bez powodu mówi się, że „słowa uczą, przykłady pociągają”. Jeżeli nasze słowa będą nakierowane na zaspokojenie naszej wewnętrznej pychy z bycia „lepszym” chrześcijaninem – czego nauczą? Jeżeli nasze świadectwo wiary będzie odwoływać się do jakiegoś elitarystycznego przekonania, że skoro działam tu, tam lub jeszcze gdzieś indziej, to z miejsca staję się kimś lepszym i otrzymuję mandat do wypowiadania się, pouczania, a najlepiej w ogóle, żeby moi rozmówcy grzecznie mi potakiwali – dokąd i ku czemu ono nas zaprowadzi?
Nie bez powodu użyłem w poprzednim akapicie terminu „elitaryzm”. Wydaje mi się on wręcz kluczowy dla zrozumienia całej istoty problemu. Kościół dysponuje nieprawdopodobnym bogactwem form i dróg, którymi prowadzi wiernych do zbawienia. Mamy do dyspozycji (przynajmniej w Polsce) koła żywego różańca, koła biblijne, duszpasterstwa akademickie, wspólnoty charyzmatyczne, duszpasterstwa tradycji, zakony tercjarskie, organizacje charytatywne. Użycie w tym kontekście dość wyświechtanego sformułowania „każdy znajdzie tu coś dla siebie” jest absolutnie na miejscu. Problem (swoją drogą stary jak świat i pojawiający się nawet w Ewangelii, gdzie uczniowie kłócą się o to, kto będzie największy w Królestwie Niebieskim) zaczyna się z chwilą, gdy wkraczamy z naszą tak ludzką potrzebą porównywania, ocenienia, ferowania wyroków. Nie poznajemy po owocach – poznajemy po naszych duchowych preferencjach i potrzebach. Mierzymy własną miarą. A jeśli przynależymy do konkretnego kręgu, z którym czujemy się zżyci, gdzieś psychologicznie zaczynamy postrzegać inne wspólnoty jako zagrożenie, konkurencję. Nie ma w tym miłości Boga ani miłości bliźniego – jedynie nasze przywiązanie do tego, co nam wydaje się najlepsze i poczucie wyższości, przeświadczenie o tym, że należy „błądzących” wyprowadzić z „mroków niewiedzy”.
Drogi
„Jest rzeczą wielce niebezpieczną chcieć prowadzić wszystkich tą samą drogą do doskonałości” – napisał św. Ignacy Loyola i trudno nie przyznać mu racji. Spoglądając natomiast na stan Kościoła w Polsce i na świecie, można – poza wyżej opisaną tendencją elitarystyczną – dostrzec jeszcze dwa niepokojące trendy. Pierwszy z nich można by, bazując na myśli św. Ignacego, nazwać „brakiem drogi”. Wśród wielu katolików panuje podejście minimalistyczne, sprowadzające się do wypełniania obowiązku niedzielnego, obchodzenia co ważniejszych uroczystości (i spowiadaniu się przed nimi na ostatnią chwilę), czasem poszczeniu w piątki. To nie jest żadna droga. To zwykła wegetacja, karmienie się martwą literą prawa, gubienie niezmierzonego bogactwa treści naszej wiary. Bez samodzielnego rozwoju, zaangażowania we wspólnotę, podjęcia wysiłku, bez „wstąpienia na drogę” – katolik nie będzie poznawał Chrystusa, będzie tylko trwał w swoich skostniałych obrazach i wyobrażeniach Boga. I będzie to jałowe. Druga tendencja z kolei, także niekiedy spotykana wśród wiernych, w rozumieniu św. Ignacego okazałaby się skakaniem z drogi na drogę w poszukiwaniu wrażeń i nieobraniu tak naprawdę żadnej z nich. Najbardziej wystawieni na nią pozostają przede wszystkim młodzi ludzie, często przeżywający swoją wiarę w emocjonalny sposób. Niewątpliwie wyzwanie dla każdej formy pobożności, kryjącej się pod określeniem „drogi”, stanowi uniezależnienie decydujących się na nią od tych emocji (nie tylko od powszechnego „poczucia fajności”, które często staje się celem samym w sobie, ale i opisanego powyżej przekonania o wyższości własnej ścieżki). Bogactwo dróg może rzeczywiście przytłoczyć kogoś nieświadomego ich istnienia wcześniej. Warto więc uświadamiać ludzi o konieczności wpierw rozeznania, następnie zaś wytrwałego podążania wybraną drogą, pomimo cięższych momentów i trudnych sytuacji, nie zaś uciekania przy pierwszej nieprzyjemniejszej chwili ku innej drodze.
Można ten tekst potraktować jako element rachunku sumienia, można jako przestrogę na przyszłość. Tak czy owak – pilnujmy się. Pilnujmy, aby nasze wzrastanie w wierze niezmiennie pozostawało ukierunkowane na Chrystusa, nie na Pawła czy Apollosa naszych czasów. Byśmy podążali za Nim, za Jego Objawieniem. Różnymi drogami, ale zawsze w tym samym kierunku, ku Bogu żywemu, wiecznemu i prawdziwemu.
