Ciężko jest szerzyć Ewangelię w miejscach takich jak klub, w którym właśnie odbywa się koncert blackmetalowy. Dlatego też podziwiam artystów, którzy otwarcie przyznają się do bycia chrześcijanami i dają swoim życiem wielkie świadectwo, którym może być ot, chociażby noszenie krzyżyka czy medalika. Tacy ludzie są permanentnie narażeni na różne ataki. Nihil novi, powiedziałby ktoś. Jednak artysta o światowej sławie jest kimś, kto ma w świecie trochę więcej do powiedzenia niż przeciętny zjadacz chleba. Patrząc na komentarze zamieszczane na profilach społecznościowych można wyciągnąć wniosek, iż ludzie liczą się ze zdaniem wielu sławnych muzyków, nawet jeżeli nie do końca zgadzają się z ich poglądami.
Dla przykładu: pan Roger Waters (były gitarzysta zespołu Pink Floyd, obecnie artysta solowy) wielokrotnie zachęcał do bojkotu Izraela oraz protestował przeciwko koncertowaniu w tymże kraju. Swoje działania argumentuje nieprzestrzeganiem przez Naród Wybrany uniwersalnych praw człowieka, tj. prześladowanie ludności palestyńskiej. Działania Watersa są różnie odbierane, w większości jednak dominują skrajne opinie, np. takie, że muzycy nie powinni się mieszać do polityki. Moim zdaniem to tylko świadczy o tym, jak wielkie znaczenie mają artyści na arenie międzynarodowej i że nie da się przejść obok ich opinii obojętnie. Ale do rzeczy.
„Diabelska” muzyka
Choćby nie wiem jak wiele powstało zespołów grających tzw. christian metal (do tego jeszcze wrócimy), nie można zaprzeczyć, że twórcy od zawsze inspirowali się źródłami zgoła innymi niż Pismo Święte. Jednakże pamiętajmy i nie dajmy się zwieść kłamstwu, jakoby heavy metal pochodził od samego Szatana. Zły nie ma mocy, by coś stworzyć, takim przymiotem włada jedynie Bóg. Człowiek natomiast działa dzięki natchnieniu Ducha Świętego lub pod wpływem pokus Złego. Jeszcze w latach 70. twórcy często nie zdawali sobie sprawy, o czym tak naprawdę śpiewają i jaki to może mieć wpływ na młodych słuchaczy. Częstymi przedmiotami inspiracji były okultyzm, dzieła Aleistera Crowley’a, wprowadzano nawet elementy satanizmu. Dostrzec można też echa rewolucji seksualnej, przejawiające się w tekstach o treści erotycznej. Nic więc dziwnego, że środowiska kościelne były w owym czasie uprzedzone do rocka i metalu. Warto wspomnieć tutaj o zespole Black Sabbath, a konkretnie o jego początkach. Pierwotnie nosił on nazwę Earth (choć i tak nie była to pierwsza nazwa). Okazało się jednak, że na terenie Anglii już funkcjonowała grupa o takiej nazwie, konieczne więc było „przechrzczenie” zespołu. Nowa nazwa, „Black Sabbath”, została zaczerpnięta z filmu o takim samym tytule, ale także – co bardziej istotne – wizji, jakiej miał doświadczyć Geezer Butler, basista zespołu. Twierdził on, że kiedyś zobaczył ciemną postać przy swoim łóżku. To doświadczenie okazało się dla niego tak wstrząsające, że porzucił swoją fascynację okultyzmem. W późniejszym okresie działalności grupa protestowała przeciwko kojarzeniu jej z jakimikolwiek formami okultyzmu, miał to być jedynie image wykreowany przez wytwórnie płytowe. Nie zmienia to jednak faktu, że w utworze tytułowym debiutanckiego albumu grupy, czyli „Black Sabbath”, pojawia się szatan, zaś Rob Halford (wokalista Judas Priest) określił go mianem „prawdopodobnie najbardziej diabelskiego na świecie”.
Zakazani przez Kościół
Niestety zdarzało się, że ktoś za bardzo brał sobie do serca przekazy zawarte w piosenkach, nawet jeżeli faktycznie ich tam nie było. Nie sposób tutaj nie wspomnieć o głośnym procesie wspomnianego już zespołu Judas Priest. Poszło o piosenkę „Better By You, Better Than Me”. Po przesłuchaniu jej, w połączeniu z alkoholem i marihuaną, dwóch młodzieńców postanowiło popełnić samobójstwo. Jednemu się udało, drugi przeżył, lecz ze zniekształconą twarzą. Rodzice chłopców oraz prawnicy twierdzili, że w niniejszej piosence zamieszczony był przekaz podprogowy o treści „do it” („zrób to”). Utrzymywali, że to właśnie skłoniło ofiary do odebrania sobie życia. Proces trwał od 16 do 25 sierpnia 1990 roku i ostatecznie zakończył się oddaleniem powództwa. Nie pozostało to jednak bez wpływu na opinię publiczną. Można śmiało powiedzieć, że te wydarzenia prawie zniszczyły karierę Judas Priest. Innym znamiennym przykładem mogą być kontrowersje związane z grupą AC/DC oraz seryjnym mordercą Richardem Ramirezem. Mianowicie zostawił on na miejscu zbrodni czapkę z logiem tegoż zespołu, czasami malował też pentagramy. Podczas przesłuchań wyjawił, że inspiracją do jego działań stała się piosenka „Highway To Hell”. Co mogło to oznaczać, interpretację pozostawiam Wam. W końcu doszło do tego, że Kościół musiał zareagować i dlatego co jakiś czas można zobaczyć w Internecie obrazki przedstawiające „listę zakazanych zespołów”, przy okazji doprowadzające niektórych internautów do białej gorączki. Jak pisał Grzegorz Kasjaniuk w publikacji pt. „Czego słuchasz? – Diabelska propaganda”, wkraczanie egzorcystów na teren muzyki jest jak stąpanie po polu minowym. „Posiadając czyste intencje, nie mają przy tym w większości muzycznej wiedzy. Docierają podczas egzorcyzmów do faktów, których nie mogą od razu zweryfikować pod względem poprawności pisowni nazw zespołów czy gatunków muzycznych”. Lista zespołów i gatunków muzycznych skażonych działaniem demonicznym jest opracowana przez księży egzorcystów posługujących w Wielkiej Brytanii na podstawie informacji uzyskanych podczas egzorcyzmów. W Polsce posłużył się nią ks. dr Przemysław Sawa publikując broszurę „Zagrożenia duchowe. Podstawy chrześcijańskiej walki duchowej. Przygotowanie do modlitwy o uwolnienie.”. Kontrowersje wzbudziła wspomniana lista zespołów przytoczona przez ks. Sawę w dziale pytań „Wybrane przestrzenie zagrożeń duchowych”, będących przygotowaniem do rachunku sumienia. O ile obecność na niej zespołów takich jak Slayer, Behemoth, czy Burzum nikogo nie zdziwiła, o tyle problem pojawił się, gdy zauważono, że znaleźli się tam też muzycy nawróceni. Lista spowodowała, że pojawiło się wiele szyderstw ze strony środowisk antykościelnych, lecz także samych chrześcijan. Nie mnie oceniać, czy jest to słuszne zachowanie, czy raczej przejaw fanatyzmu, zgodzę się natomiast z tym, że nawet nawróceni artyści, którzy w przeszłości w jakikolwiek sposób szydzili z Boga, już tej przeszłości nie cofną. Jako młodzi ludzie zamieszczali swoje blasfemie na nośnikach fizycznych, tj. płytach, które potem kupowali i kupują nadal słuchacze. Tego nie można już odwrócić, chyba że w jakiś tajemniczy sposób wycofają swoje albumy ze sprzedaży. Ks. Sawa argumentuje każdą z pozycji na liście: „nie ma przypadków”. Jeszcze raz przytoczę słowa Grzegorza Kasjaniuka – „Etymologia wskazuje na autentyzm i choć rozpropagowana wersja zawiera błędy i literówki, to nie przesłaniają one ewangelicznego wezwania do wszystkich chrześcijan – radykalizmu pójścia za Jezusem”.
Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść
Jeżeli mamy czepiać się szczegółów, to istnieje o wiele więcej zespołów, co do których nie ma wątpliwości, iż są wysłannikami szatana, a nie zostały wymienione. Sprawiłoby to, że lista byłaby o wiele dłuższa. Mówię tu oczywiście o zespołach z podziemia blackmetalowego i nie tylko. Smutna prawda jest taka, że bluźnienie Bogu już od dawna jest „w cenie”, podobnie jak szokowanie na różne sposoby. Niektóre zespoły, takie jak Behemoth czy Marilyn Manson, robią to celowo, po części dlatego, że jest to najtańsza forma wywołania kontrowersji na zasadzie „nie ważne, co mówią, ważne, że mówią”. Na podobnej zasadzie działała afera związana ze spektaklem pt. „Klątwa”, której chyba nie muszę nikomu przypominać. Pocieszający jest fakt, że przynajmniej niektórzy twórcy posiadają tyle wrażliwości, że mają odwagę takie działania skrytykować. Wolność jest wspaniałym darem, pochodzącym od samego Boga. Pod warunkiem, że umiemy ją wykorzystać w odpowiedni sposób.
Muzyczny kompromis?
Jakby dla równowagi powstają także zespoły grające metal chrześcijański (co też nie jest nowością). Mowa tutaj o dobrze znanych zespołach, takich jak Luxtorpeda, 2Tm2,3, etc., których słuchają nawet księża. Warto także wspomnieć, że muzyka chrześcijańska (głównie gospel) jest bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych. Jaki jest cel powstawania takich zespołów? Naturalnie chęć przeciwstawienia się „temu światu” oraz szerzenie Dobrej Nowiny w środowiskach wyjątkowo trudnych, gdzie stąpa się po kruchym lodzie. Często jednak zdarza się, że muzycy wywodzący się od uczniów Jezusa popełniają rażące błędy, przez co liczne zagubione owce mają fałszywy obraz naszej Owczarni. Na początku lat 80. XX wieku działalność swoją rozpoczęła grupa Stryper. Grali oni chrześcijański glam metal, zaś swoją nazwę zaczerpnęli z Księgi Izajasza (Iz 53,5), z Biblii Króla Jakuba. Perkusista grupy rozwinął także nazwę jako „salvation through redemptation, yielding peace, encouragement and righteousness” (zbawienie przez odkupienie, uzyskanie pokoju, chęci i sprawiedliwości). Jednak szczere chęci głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie w środowisku glamowym, gdzie hasło „sex, drugs and rock’n’roll” było „sumiennie” wypełniane, odniosły skutek odwrotny od zamierzonego. Członkowie Strypera bowiem… Rzucali na koncertach w tłum egzemplarze Pisma Świętego, przez co stali się obiektem żartów. Z kolei współcześnie działa chrześcijański zespół wykonujący deathcore (odmiana death metalu) o nazwie Impending Doom. Wymyślili oni styl zwany przez nich „Gorship”, który jest fuzją angielskich słów „gore” i „worship”. Chodziło o to, by wielbić Boga poprzez brutalną i ciężką muzykę, nie zaś o kult przemocy gore, jak myśleli na początku fani. Rzeczywiście, debiutancki album zespołu nosi nazwę „Nailed. Dead. Risen”, co jest oczywistą aluzją do męki i śmierci Pana Jezusa. Czy jednak jest to dobry sposób na dawanie świadectwa swojej wiary? Impending Doom jest zespołem bardzo popularnym wśród przedstawicieli subkultury deathcore, można więc wyciągnąć kilka wniosków. Albo do młodych metalowców trafia taka forma ewangelizacji, albo tak naprawdę członkowie Impending Doom nie różnią się wiele od swoich ateistycznych lub nawet satanistycznych kolegów po fachu, nie stroniących od makabrycznych opisów w treściach piosenek. Czy mamy więc do czynienia z kompromisem? Być może, warto jednak pamiętać, że Zły nigdy nie śpi i zrobi wszystko, by splugawić działania chrześcijan.
Pan jest pasterzem moim… czyli nawrócenie Dave’a Mustaine’a
David Scott Mustaine jest sercem i mózgiem thrashmetalowego zespołu Megadeth, który pojawił się w tytule niniejszego artykułu oraz znamiennym przykładem nawróconego muzyka metalowego i tego, że nigdy nie dowiemy się, jaką drogę wybrał dla nas Bóg. Dave urodził się 13 września 1961 roku w La Mesa (przedmieścia San Diego w stanie Kalifornia) jako ostatni z czwórki dzieci państwa Mustaine’ów. Już od najmłodszych lat musiał mierzyć się z problemami rodzinnymi. Gdy miał zaledwie cztery lata jego rodzice się rozwiedli. Przyczyną rozpadu rodziny miał być alkoholizm ojca Dave’a. Jak pisze w swojej autobiografii: „Trudno powiedzieć, czy to pogorszenie statusu powodowało eskalację problemów z alkoholem, czy też właśnie alkohol był przyczyną problemów zawodowych. Ale jedno jest pewne, że człowiek, który rządził domem Mustaine’ów w 1961 roku nie był tym samym, za którego wyszła matka”. Rozwód rodziców zapoczątkował serię przeprowadzek, ponieważ przerażona mama Dave’a chciała się upewnić, że ojciec – pijak nigdzie ich nie znajdzie. To spowodowało, że mały Dave nie mógł znaleźć przyjaciół. Pozbawiony kogoś, kto mógłby mu zastąpić ojca, już wtedy zaczął się buntować. Przyzwyczaił się także do ciągłego dokuczania ze strony rówieśników. Kolejnym dramatem było wstąpienie jego matki i sióstr do sekty Świadków Jehowy. Te wydarzenia całkowicie wykrzywiły w chłopcu pojęcie religii i Boga, a także pozostawiły w psychice trwałą traumę. Przez to buntował się jeszcze bardziej, zaczął słuchać rocka, uczył się grać na gitarze, ponieważ sport nie przyniósł mu satysfakcji. Jako nastolatek zaczął eksperymentować z narkotykami, został też młodocianym dilerem. W wieku piętnastu lat musiał już radzić sobie całkiem sam. Wkrótce postanowił spełnić jedno ze swoich marzeń, mianowicie założyć zespół. Wraz z kilkoma znajomymi sformował swój pierwszy projekt – Panic. Nie przetrwał on długo. Po rozpadzie zespołu Dave przeczytał w gazecie ogłoszenie. Zespół bez nazwy, niegrający jeszcze koncertów poszukuje zdolnego gitarzysty. Tym zespołem, jak się później okazało, była Metallica. Młodzieniec zauważył dla siebie nową szansę, coraz bardziej był świadomy swoich umiejętności. Zespół wyjechał do Nowego Jorku, by nagrać swój debiutancki album – „Kill’em All”. W tym miejscu warto wspomnieć, że Dave był autorem kilku piosenek, co stało się potem przedmiotem jego frustracji. Niestety kolejne koncerty były okazją do ponownego sięgnięcia po butelkę. Wtedy też uwydatniła się jedna z jego najgorszych cech – podatność na uzależnienie od alkoholu. Choć sam jeszcze tego nie widział, stał się podobny do własnego ojca. W stanie upojenia stawał się skrajnie nieprzyjemny i agresywny. Pewnego dnia miarka się przebrała i w 1983 roku nad ranem koledzy z Metallici obwieścili mu, że został wyrzucony. Mustaine wielokrotnie wspominał to wydarzenie, po latach określał je jako „jedno z najgorszych w swoim życiu”. Oto nagle ludzie, którzy byli dla niego bliscy (zwłaszcza wokalista James Hetfield), którzy stanowili dla niego wręcz uosobienie rodziny, czegoś, czego nigdy nie doświadczył, stali przed nim i kazali mu się zbierać na autobus powrotny do Los Angeles. Dave odebrał to jako potężny cios, który byłby może do przełknięcia, gdyby nie fakt, że zespół wykorzystał jego kompozycje bez jego zgody i nie został uwzględniony jako autor. Choć z drugiej strony trzeba przyznać, że sam był sobie winien takiego stanu rzeczy. Ja jako osoba bardzo współczująca zdobyłam się na niezwykłą empatię, której większość z ludzi znających tę historię raczej by nie podzieliła, ale to już temat na inny artykuł. Dave nie omieszkał wypomnieć tej przykrej sytuacji Larsowi Ulrichowi, założycielowi i perkusiście Metallici, w filmie dokumentalnym pt. „Some Kind Of Monster” z 2001 r. Choć minęło tyle lat, Mustaine wciąż miał do kolegów żal, choć równocześnie mogło to być spowodowane jego ówczesnym złym stanem psychicznym oraz rozgrywającą się właśnie walką duchową.
Krocząc do Boga przez ciemną dolinę
Dave jednak nie poddał się i już wkrótce założył zespół Megadeth, który w pierwotnym założeniu miał być oczywiście konkurencją dla Metallici. Towarzyszył mu poznany przypadkiem David Ellefon, który zresztą także się nawrócił i został pastorem Kościoła Luterańskiego Synodu Missouri. Jednak początki nie były łatwe. Utwory napisane dla Metallici były jawnie bluźniercze, podobnie jak te skomponowane na pierwszą płytę Megadeth. Dave napędzany nienawiścią, nielegalnymi substancjami psychoaktywnymi i eksperymentami z czarną magią wykonał „wejście smoka” do przemysłu muzycznego. Jednocześnie cały czas zachował mu się w pamięci obraz Boga, po prostu Go nie uznawał. Zapytany w 1991 roku w szwedzkiej telewizji, czy wierzy w Boga, odpowiedział: „Tak, wierzę”. Rozpoczęła się jego wielka kariera, Megadeth wydawał kolejne albumy, które odnosiły sukcesy. W międzyczasie Dave kilkakrotnie podjął się odwyku, okrzepł jako dobry mąż i ojciec. Widząc, co się z nim samym dzieje oraz kierując się poradami przyjaciół starał się zmienić swoje życie i uwolnić się od nałogu heroinowego, jednak jak na razie bez Boga. Zaczął też trenować taekwondo, aby jakoś wyładować agresję i znaleźć spokój. Te próby się jednak nie powiodły, Dave zaczął popadać w depresję. Znowu się uzależnił, tym razem od tabletek nasennych, powrócił do alkoholu, a nawet do narkotyków. Sytuacja stała się na tyle poważna, że między małżonkami doszło do separacji. Historia zaczęła się powtarzać. W pewnym momencie Mustaine próbował nawet popełnić samobójstwo. Nie mógł poradzić sobie z otaczającymi go problemami, do których doszły także kłopoty w zespole oraz nieustępliwe demony przeszłości. Mimo to nie złamał się. Do czego musiało dojść, aby Dave w końcu zaufał Jezusowi? Ponieważ i tak już od dawna nie szanował swojego życia i zdrowia, nastąpił w końcu punkt zwrotny, który dotyczył jego bezpośrednio. W 2002 roku Dave przeszedł operację usunięcia kamieni nerkowych. W szpitalu doznał nietypowego wypadku, mianowicie zasnął na lewej ręce, przez co odciął dopływ krwi do bicepsa, uszkodził nerw i stracił w niej czucie. W takim wypadku pozostawały dwie opcje, albo trwałe kalectwo (lub nawet amputacja), albo długotrwała i bolesna rehabilitacja, która zresztą też nie gwarantowała sukcesu. Przerażony Dave chwytał się jak tonący brzytwy, by uratować swoją rękę. Bez niej bowiem nie mógł grać na gitarze, a to oznaczało koniec wszystkiego, co kochał, jego egzystencja nie miałaby sensu. Dopiero wtedy zawołał do Boga o pomoc. Wkrótce odzyskał sprawność w ręce i doświadczył duchowej przemiany. „W pewnym momencie, gdy wszedłem na ścieżkę prowadzącą do Boga, uświadomiłem sobie, jak bardzo Go wcześniej potrzebowałem. Kiedyś byłem złym człowiekiem. Teraz odkryłem swoje prawdziwe Ja i czuję się odmieniony”.
Co to zmieniło?
Po nawróceniu Dave zmienił swój światopogląd, zrezygnował z grania na koncertach utworów obelżywych wobec Boga, stanowczo odmawiał występowania z zespołami satanistycznymi na jednej scenie (choć w przypadku zespołów, które nie są w tej kwestii jednoznaczne już nie było mu tak łatwo), błogosławił nawet publiczność. Przeprosił wszystkich, którym kiedykolwiek wyrządził krzywdę, pogodził się z członkami Metallici, doprowadził do ładu swoje życie rodzinne. Innymi słowy: mamy przed sobą klasyczny przykład nawrócenia. Oczywiście Dave, jak każdy grzesznik, ciągle upada. Dalej przeklina, obraża ludzi na koncertach, a jego wypowiedzi na temat osobistej relacji z Jezusem są niejednoznaczne. Nadal nie pozbył się tendencji do bycia najlepszym, być może z obawy o utratę stanowiska jakie sobie dawno temu wywalczył. Boi się też, że zepsuje sobie dobre relacje z innymi thrashmetalowymi zespołami. Kasjaniuk w przytaczanej już publikacji „Czego słuchasz? – Diabelska propaganda” twierdzi, że brak rezygnacji z metalowej estetyki i ciągłe koncerty z zespołami takimi jak Slayer nie pozwala Mustaine’owi w pełni zerwać z przeszłością i umrzeć dla „ tego świata”. Musimy modlić się za niego, aby nie bał się głosić imienia Chrystusa mimo wszystko oraz o dar pokory. Pamiętajmy także o każdym neoficie, każdym nawróconym muzyku metalowym, ale zwłaszcza o tych, którzy jeszcze do tego nie doszli.
To nie musi się wykluczać
Próbując odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule tego artykułu, powiem najpierw, że człowiek obdarzony jest rozumem i wolną wolą, o czym wiemy wszyscy. Możemy wykorzystać te dary jak nam się żywnie podoba, pamiętając jednocześnie, że kiedyś będziemy z tego sądzeni. Wiara może, ale nie musi się kłócić z naszymi zainteresowaniami. Muzyka istnieje tylko po to, by jakoś umilić nam czas na tym ziemskim łez padole. Czy aby jednak nie tracimy przez nią cennego czasu? Może zamiast wydawać pieniądze na drogi album twojego ulubionego zespołu metalowego, choćby nawet był zespołem chrześcijańskim, przekaż je osobie, która w tym momencie żebrze pod sklepem. Może warto poświęcić swój wolny czas pomagając w hospicjum lub nawet w naszym domu, okazując miłość naszym bliskim, zamiast być w tym czasie na koncercie. Dobrze jest też wiedzieć, o czym śpiewa dany artysta. Drogi Czytelniku, jeżeli chcesz mieć pewność, że nie słuchasz czegoś, co mogłoby Ci narobić duchowych kłopotów, przejrzyj tekst piosenki, którą aktualnie odtwarzasz. Czy nie ma w niej czegoś, co oddalałoby Cię od Boga? Nie możemy się tłumaczyć, że „Aaa, bo nie znam norweskiego i nie wiem, o czym śpiewają”, albo „I tak nic nie słychać”, czy „Słucham ich tylko ze względu na kunszt artystyczny, nie zaś dla treści, jakie przekazują”. Teksty utworów muzycznych bądź ich tłumaczeń, nawet na język polski, możemy bardzo szybko znaleźć w Internecie. Jeżeli czujesz, że coś jest nie tak, przestań słuchać tego wykonawcy. Nie odkładaj poprawy zachowania na później, bo jest to grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Jeżeli czujesz taką potrzebę, możesz udać się do spowiedzi. Staraj się omijać szerokim łukiem muzyków jawnie satanistycznych, a w przypadku tych mniej jednoznacznych zrób tak, jak podano w starych poradach kulinarnych: nie używaj, jeśli nie jesteś pewien.


