Pokryta strzechą chatka na skraju zacisznej wsi. Słychać szum jesiennego deszczu. Jest 11 listopada, dzień liturgicznego wspomnienia św. Marcina – dawniej pierwszy dzień Adwentu. W ten dzień ustają wszelkie prace związane z jesienią – zaczyna się zima… Dzieci wyglądają z uśmiechami za okno, obserwując ulewę. Cieszą się na samą myśl nadchodzącej zabawy w śniegu, gdyż siwy dziadek mówi im, że wedle prawidła „Święty Marcin po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie”. Chłopi żyli ówcześnie w symbiozie z naturą, a święta były wplecione w naturalny cykl życia – stawały się wyznacznikami czasu prac.
Adwent – jest to dla chrześcijanina okres oczekiwania na narodzenie się Zbawiciela. Jezus przyjmuje ciało człowieka oraz ludzką naturę, i w tym momencie zaczyna dzielić z prostymi ludźmi wszelkie trudy życia. Rodzi się w ubogiej stajence – nie w pałacu, nie w bogatej rodzinie. Obraz ten musiał przemawiać do mieszkańców dawnej wsi polskiej. Boże Narodzenie, zwane ludowo Godami, oraz okres oczekiwania na nie – Przedgody – były uświęcone wieloma barwnymi zwyczajami, które po dziś dzisiejszy przebłyskują w naszych świątyniach i domach, choć często się przekształciły, bądź całkowicie – niestety – zanikły.
„Na świętego Marcina dużo gęsi się zarzyna”
Jedną z charakterystycznych tradycji związanych ze św. Marcinem było pieczenie „czarnych gęsi”. Odbywało się to na pamiątkę wydarzenia związanego z życiem świętego. Żył on w okresie obalania dawnych pogańskich wierzeń i przesądów związanych z kulturą Cesarstwa Rzymskiego. Według podania ludowego św. Marcin sprawując urząd biskupi w Toures, w czasie głodu kazał piec gęsi i rozdać je biednym głodnym. Gęsi w starożytnym Rzymie miały status heroin. w nagrodę za ostrzeżenie Rzymian przed nadchodzącym wrogiem. Sposób nadawania charakterystycznego zapachu i smaku gęsiom opisuje powiedzenie: „na Marcina gęś do komina” – w kominie, na rożnie nabierały one brązowego koloru, a często – by stały się czarne – tarzało się je w zaprawce z popiołu, słomy, miodu, pieprzu i imbiru.
Balansowanie między wiarą a mitem
I tutaj pojawia się pewna kwestia – pobożność ludowa mieszała się z praktykami niezwiązanymi z chrześcijaństwem. Choć większość dawnych tradycji zostało „ochrzczonych” w procesie inkulturacji, to jednak wiele z nich pozostało na długi czas w funkcjonowaniu. Na przykład z kości piersiowych gęsi wróżono pogodę na zimę – twierdzono, że biały kolor oznaczał zimę śnieżną, czerwony mroźną, a ciemne deszczową. Zjawisko religijności ludowej było obiektem zainteresowania wielu badaczy, zwłaszcza etnografów. Stefan Czarnowski dokonał uogólnienia cech charakterystycznych religijności ludowej. Zwrócił on uwagę, że religijność ta była uboga doktrynalnie. Chłop polski miał tendencje do naginania katolicyzmu do wyobrażeń i wzruszeń właściwych mu jako rolnikowi. Często obraz ten jest jednak za bardzo naciągany i przekrzywiany – ukazuje się ludność wiejską jako „ciemnotę”, a jej tradycje jako „zabobon”. Jest to błędny pogląd, ponieważ wiele przysłów wynikało z doświadczenia i miało pokrycie w rzeczywistości; była to wiedza przekazywana między pokoleniami, a w zakresie religijności chłop oddawał się całkowicie pod opiekę Bogu i jego świętym – element magiczny nie zdominował w ostateczności elementu wyznaniowego. Religijność ludowa była głęboko związana z życiem codziennym. Bardzo ważnym przykładem było przywiązanie do treści etycznych chrześcijaństwa ponad treści dogmatyczne – wynikało to z tego, że chłop rzadko dążył do „mędrkowania”, wolał konkrety odnoszące się do życia. W swoim myśleniu etyczno-moralnym trwał on w twierdzeniu „tak postępowali ojcowie”. Głębokie przywiązanie się do tradycji, życia wspólnotowego, budowało bliskość mieszkańców wsi do parafii. Lud, według Stefana Czarnowskiego, był przywiązany do ustalonej obrzędowości, a każda odgórna zmiana w niej powodowała opór. Występowanie elementów „magicznych” wynikało właśnie z przywiązania do dawnych obyczajów, a także z braku wiedzy doktrynalnej, co jednak nie zmieniało głębokości wiary – wbrew pojawiającym się dziś głosom nie była ona czymś wyłącznie pokazowym. Wszystko było przeżywane w sposób sensualistyczny i mistyczny, zaś obrzędowość porządkowała rytm dnia, tygodnia i całych pór roku.
„Od świętego Marcina zima się poczyna”
Na bosych stopach pojawiały się buty, kończył się wypas zwierząt. Mniemano, że w ten dzień niedźwiedzie zapadały w sen zimowy. Od 12 listopada liczył się już Adwent zwany też Czterdziestnicą. Chłopi wierzyli, że ziemia jest istotą żywą i w okresie od Świętego Marcina do 25 marca, czyli Matki Bożej Roztwornej (Święto Zwiastowania NMP), Matka Ziemia odpoczywa. Nie można było jej budzić ze snu poprzez żadne prace ziemne, a nawet skakanie po niej. Kończono też wypas bydła. Wierzono, że ześle ona nieszczęścia na ludzi – było powiedzenie „kto ziemię w Adwent pruje, ta mu trzy lata choruje”. Myślenie to pochodziło jeszcze z pogaństwa słowiańskiego, a swoje źródło miało w tym, że ziemia – po prostu – nie rodzi plonu w tym okresie.
„Suszenie” w Przedgodach, czyli poszczenie po staremu
Rozpoczynał się też okres zadumy, wyciszenia i pokuty. Poszczono w środy, piątki i soboty. Niewielkie ilości mięsa jedzono tylko w niedzielę, a w tygodniu powstrzymywano się ogólnie od najadania się do syta. Wierzono, że w tym okresie dusze zmarłych wracały do swych dawnych domów i odchodziły dopiero na Gody. W związku z tym był to okres modlitw w intencji zmarłych. Trwało też świniobicie – była to wielka uroczystość pojawiająca się tylko dwa razy w roku (raz przed Wielkanocą, raz przed Bożym Narodzeniem), podczas której zapraszano sąsiadów. Kobiety brały się za kądziele i przędły, skubały pierze oraz kroiły i udeptywały kapustę w beczkach. Mawiano wtedy „na święty Jędrzej szukają baby przędzy”. Robiono też świąteczne ozdoby z przeróżnych materiałów: grochu, słomy, fasoli orzechów, wydmuszek, papieru i kolorowych sreberek. Od wspomnienia św. Łucji prowadzono także porządki w chałupach. Mężczyźni z chłopcami konstruowali szopki wykorzystywane potem w jasełkach. W długie, ciemne, zimowe wieczory staruszkowie snuli fantastyczne historie o wilkołakach, nieboszczykach, strachach i zmorach oraz żywoty świętych pańskich. Opowiadali oni o odpustach, weselach i wojnach…
„Paratus sum ad adventum Domini”
„Gotów jestem na przyjście Pana” – nie były to puste słowa. Lud pobożnie szykował swoje dusze – poszcząc i pracując. W atmosferze oczekiwania mijały piękne poranne msze adwentowe znane w Polsce już od czasów Piastów w XIII w. Wpasowywały się one w charakterystyczną dla Polski pobożność maryjną. Przynoszono świece nazywane roratnicami i odpalano je od największej z nich, przyozdobionej na niebiesko i biało, która była poświęcona Bogarodzicy. Śpiewano pieśń, od której wzięła się nazwa „roraty” – Rorate caeli – „Spuśćcie rosę niebiosa”. Przeżywanie tej mszy trwało na długo przed jej rozpoczęciem – w drodze do kościoła śpiewano „Boże wieczny, Boże żywy, Odkupicielu prawdziwy…”, a w kościele śpiewano przed liturgią godzinki poświęcone Maryi.
Kumo! Pierwsi to pastuszkowie byli w stajence!
Patrząc wstecz na dawne tradycje, często odczuwamy ich zanik w dzisiejszym świecie. Ta prostota i zarazem przywiązanie do tradycji są bardzo wzruszające. Musimy stanowczo sprzeciwić się popularnemu dziś myśleniu, że dawniej panowała „ciemnota i zabobon”. Oczywiście nie można też pójść w drugą skrajność, czyli przesadną mityzację tego okresu jako czasu, gdy wiara była czysta i nie skażona wśród ludu błędem. Tradycje wróżbiarskie miały się bardzo dobrze mimo ogólnej pobożności. Nie oznacza to jednak, że taki szczegół powinien nam przysłonić piękno ludowej pobożności, do jakiej warto wciąż wracać. Nie powinniśmy pozwolić, by źródło tradycji narodowej wyschło…
