Płód nie jest człowiekiem, a w każdym razie może zostać usunięty, bo jest niezdolny do samodzielnego przetrwania poza organizmem matki – twierdzą niektórzy. Nie znam argumentu bardziej perfidnego. Głupszych też niewiele.
Pierwsze tygodnie października upłynęły pod znakiem kolejnego w moim niezbyt długim życiu sporu o aborcję. Kolejne trzęsienia ziemi, jakimi najpierw były projekt ustawy Zatrzymaj Aborcję, a później marsze zarówno poparcia, jak i protesty i tym podobne przedsięwzięcia, próbowały ruszyć z posad patowy krajobraz zabetonowanych stronnictw. Czy się udało, jak zwykle będziemy mogli ocenić dopiero po czasie.
Jednak tym, co widać już na pierwszy rzut oka jest miałkość argumentacji. O części uzasadnień, jakich używa proaborcyjna strona barykady napisano już niemal wszystko, ale ja pozwolę sobie zwrócić uwagę na motyw, który mnie samemu jawi się jako najbardziej dramatyczny.
Płód nie jest człowiekiem, a w każdym razie może zostać usunięty, bo jest niezdolny do samodzielnego przetrwania poza organizmem matki – twierdzą niektórzy. Nie znam argumentu bardziej perfidnego. Głupszych też niewiele.
Dla każdego człowieka można znaleźć taki zestaw warunków, w których nie będzie zdolny do samodzielnego przeżycia – niezależnie, czy to embrion, czy dojrzały osobnik. Dla niektórych barierą nie do przejścia będzie wysokość nad poziomem morza, dla niektórych temperatura, a dla niektórych perspektywa samodzielnego uprasowania sobie koszuli. Sahara bez bidonu przy boku, Syberia bez wielowarstwowych płaszczów – nikt z nas w takich warunkach nie poradzi sobie samodzielnie, ale nie oznacza to, że nie zasługujemy na dalsze życie.
Problem w tym, że ta zupełnie naturalna perspektywa dla części środowisk staje się argumentem za pomocą, którego konstruuje się postulat o uśmiercaniu drugiego człowieka. Jest to o tyle niebezpieczne, że doprowadza do sytuacji, w której być może kiedyś demokratyczna większość (lub agresywna mniejszość) będzie w stanie zdefiniować normę, do której przestrzegania zobowiązani będą ci, którzy nie mają takich możliwości. Może to będzie wzrost, może to będzie wiek, może to będzie kolor włosów, oczu lub płeć. Wizja, w której prawo do życia jednostek może być poddane pod głosowanie, jest wizją demoniczną w każdym najmroczniejszym sensie tego słowa.
March for Life (Marsz dla życia) – największa proliferska manifestacja na świecie organizowana w Waszyngtonie – w przyszłym roku odbędzie się pod hasłem: Love Saves Lives – Miłość Ratuje Życie. Widzę w tym haśle dwa obrazy. Jeden to kochająca matka, która przyjmuje życie, jakie się w niej poczęło. Drugi to chrześcijańska postawa wobec ludzi walczących o to, by owo życie traktować niczym wartą wydalenia toksynę.
Pierwszy obraz jest powszechny. Drugi niestety nie. Tymczasem jest to jedyna droga, by ludzi, którzy mówią o „niezdolności przeżycia” i którzy podnoszą te, a także inne niemądre argumenty, przekonać do swoich racji.
Nie zrobi tego uczona dysertacja, nie zrobi tego empiryczne doświadczenie, nie zrobią tego święte przykłady, pisma i encykliki, jeżeli nie będzie ich do tego przekonywać miłość tych, którzy etykietują się jako broniący życia.
Ale to już temat na zupełnie inny tekst.
