
Hanna Górska
Jadąc na Franciszkańskie Spotkanie Młodych GO do Asyżu, miałam wiele planów na ten czas, wiele wyobrażeń i myśli, jak to będzie. Pan Bóg jednak miał zupełnie inny plan. Zwłaszcza na ostatni dzień tego wydarzenia.
Nagła informacja, której w ogóle się nie spodziewałam, a która przyniosła mi wiele radości, przyszła zaledwie kilkanaście minut po rejestracji. Dostałam ją, gdy nie zdążyłam jeszcze zobaczyć, gdzie będę spała, nie odłożyłam jeszcze bagaży ani nie zobaczyłam, co dostałam w pakiecie uczestnika.
Faceci w brązie
Po zarejestrowaniu się na spotkanie i otrzymaniu pakietu poszłam w miejsce, gdzie wolontariusze zbierali osoby do zaprowadzenia na nocleg. Ze mną były cztery dziewczyny z Polski, które poznałam zaledwie kilka godzin wcześniej. Choć miały one nocleg gdzie indziej, to postanowiły mi towarzyszyć i pomóc z bagażem.
Kiedy tak czekałyśmy, zobaczyłyśmy, że brat Albert, polski wolontariusz, którego poznałyśmy chwilę wcześniej, idzie w nasza stronę. Nie był sam, u jego boku kroczył inny brat, z plakietką informująca, że jest on organizatorem spotkania. Obaj szli w taki sposób i z takim wyrazem twarzy, jakby mieli nam do przedstawienia bardzo ważną sprawę.
Widząc ich, rzuciłam do dziewczyn: „Brat Albert z kimś do nas idzie. Chyba jest jakaś poważna rzecz, którą musi z nami ustalić. Pytanie tylko, czy dobra, czy zła”. Okazało się, że się nie myliłam. Pytanie było znaczące, ale ostatecznie miało odmienić czas spotkania tylko jednej z nas.
Kopniak od Anioła Stróża
Brat Albert stanął przed nami i od razu zadał pytanie: „Czy któraś z was przeczytałaby modlitwę wiernych…”. Sama nie wiem czemu, ale automatycznie zgłosiłam się z pełnym entuzjazmem. Aż sama siebie zaskoczyłam, bo zawsze wymawiałam się, gdy ktoś prosił mnie, bym coś przeczytała na mszy.
A tu, nie wiem czemu, sama się zadeklarowałam, i to z dużym zapałem, jakby ktoś, zapewne mój Anioł Stróż, popchnął mnie do tej reakcji. Można wręcz rzec, że wyrwałam się niczym oparzona. I to porównanie jest dobre, bo ukazuje to, jak bardzo sama nie rozumiałam, czemu się bez większego namysłu zgłaszam.
Brat Albert po mojej entuzjastycznej odpowiedzi, która zaskoczyła chyba również jego oraz brata, który mu towarzyszył, dokończył swoje pytanie. Poinformował nas, że sprawa ta dotyczy mszy z papieżem i że będę czytała wezwanie po polsku. Następnie dopytał, czy na pewno ma dobry numer telefonu do mnie, oraz poinformował, że dostanę później więcej informacji.
To nie przypadek
Bracia chyba byli zaskoczeni, zwłaszcza brat zajmujący się organizacją, że sprawa została załatwiona tak szybko i prosto. A ja zostałam z niedowierzaniem co do tego, co się zadziało i co mnie czeka. Aż do momentu próby nie wierzyłam, że to się stanie, i cały czas powtarzałam sobie, żeby się nie nastawiać, bo pewnie zaraz ktoś przyjdzie i powie, że jest jakaś zmiana. Zmiany jednak nie było i coś, czego w ogóle bym się nie spodziewała przed spotkaniem, a więc czytanie na mszy z papieżem, już po kilku dniach stało się rzeczywistością.
Dla mnie było to dodatkowo o tyle niezwykłe, że obecnie uważam Leona XIV za mojego ulubionego papieża. Czytałam ponadto w bazylice, która wybudowana została na miejscu śmierci mojego ulubionego świętego, i to podczas Roku Jubileuszowego Świętego Franciszka z Asyżu, a więc w czasie, kiedy Kościół upamiętnia osiemsetlecie jego śmierci. A ponadto akurat czytane przeze mnie wezwanie modlitwy wiernych jako jedyne wspominało osobę tego świętego.
