Listopad klasycznie przypomina nam, że jest takie słowo na „ś”, które dla wielu brzmi wręcz wulgarnie. Speszeni nie chcą używać go przy gościach, nie wypada o tym mówić przy dzieciach.
Tak, to słowo to „śmierć”. Chociaż ja wolę wyraz „umieranie”, bo bardziej kojarzy się z procesem, drogą, czymś, co się dzieje, a nie punktowo jest. W takiej optyce warto być przygotowanym do umierania co najmniej tak samo jak do życia i podchodzić do niego uważnie.
Przygotowanie nie musi być bezpośrednie. Warto przede wszystkim kulturowo oswajać ten proces. Dlatego mówmy nie tyle o śmierci, ile właśnie o umieraniu. Wtedy dostrzeżemy, że odchodzenie jest integralną częścią nas samych.
Wiele chwil jest wyjątkowych właśnie ze względu na swoją unikalność, poczucie, że tu na ziemi się nie powtórzą. Śmierć, zamykając drogę do kolejnej szansy, rozmowy, pogodzenia się, przypomina, że życie nie może czekać. To przekonanie, że jest później, niż nam się wydaje, może nas przynaglić, by nie odkładać życia na jutro. Być może trzeba będzie się pogodzić z tym, że w tych tematach będziemy zawsze średnio zaawansowani. Odsuwamy od siebie myśli o przemijaniu, nie chcemy poruszać tematów śmierci.
To ostatecznie wołanie: żyj, bo jest później, niż ci się wydaje. Kochaj i przebaczaj, bo czas jest ograniczony, a szansa na jutro tylko wirtualna.
Z życzeniami dobrej lektury
Bartłomiej Wojnarowski
redaktor naczelny „Adeste”