Nie jest odkryciem stwierdzenie, że wszystko na świecie podlega śmierci. Szczególnie w listopadzie, za sprawą Uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego, pochylamy się w swoim życiu nad kruchością naszego istnienia. Tylko dlaczego Bóg w ogóle stworzył świat z tak okrutną zasadą, jaką jest konieczność śmierci?
Ci z Państwa, którzy czytują na bieżąco tę publicystykę, wiedzą, że jednym z moich ulubionych i stale powtarzających się w artykułach fragmentów biblijnych jest pierwszy rozdział Ewangelii według Świętego Jana. Ponownie i dzisiaj, pisząc ten tekst, nie mogę nie zacząć od: „Na początku był Logos, a Logos był u Boga, i Bogiem był Logos”. Jednocześnie już na wstępie pozwoliłem sobie przedstawić alternatywne tłumaczenie tego fragmentu, gdyż zasadniczo nie chodzi tu o polskie określenie „słowo” jako wyraz bądź nazwa, ale o starogreckie określenie „Logos” znaczące prawo, porządek oraz słowo. Święty Jan utożsamia Chrystusa z Logosem, tzn. wiecznym Słowem Ojca, które jest prawem i porządkiem wszystkiego. W praktyce oznacza to, że patrząc w gwiazdy, podziwiając przyrodę, ciesząc się obecnością zwierząt i ludzi, obcujemy z objawieniem Bożym pod postacią Słowa-Chrystusa, który poprzez własną istotę nadał porządek wszystkiemu, co znamy. W tym życiu i śmierci.
Śmierć i życie
Warto zaznaczyć, że problematyka życia i śmierci nigdy nie była dla człowieka czymś łatwym. Dla filozofów to kategoria wartkich dyskusji i związanej z nimi ekscytacji akademickiej, ale prywatnie, dla każdego człowieka, to wielki dramat, często tragiczny zresztą, bo zarówno nasze życie, jak i umieranie nie są bezbolesne i pozbawione trudu. Odwrotnie – kto przeżył dość lat i stracił bliską osobę, był dotknięty chorobą somatyczną, przetrwał epizod depresji, doświadczył szykan, zdrad i prześladowania ze strony ludzi, ten wie, jak wielki i obciążający zostawia to ślad. Jak bardzo dociska nas wówczas poczucie, że cały świat ciąży nam na barkach, które się uginają, ale jednak nie upadamy; bolą, ale mimo to żyjemy dalej.
Nie ma natomiast sensu mówić o śmierci, jeśli nie mówi się o życiu. I analogicznie bezsensem jest wspominanie o życiu, jeśli nie mówi się o jego końcu. Rzecz w tym, że w istnienie całego kosmosu wpisana jest zasada entropii. W fizyce oznacza ona miarę nieuporządkowania danego układu fizycznego. W praktyce znaczy to po prostu, że wszystko się rozpada i dąży do zagłady. Od najgęstszych gromad galaktyk, poprzez życie biologiczne na planetach, aż po same atomy poszczególnych pierwiastków. Nie pomylił się w tym względzie Kohelet wskazujący na marność i przemijalność wszystkiego na świecie.
Jednocześnie rozpad ten wiąże się z nowym życiem. Spektakularna eksplozja umierającej gwiazdy znana jako supernowa nie jest końcem życia jako takiego, ale jego początkiem w nowej formie, tylko bowiem w tych destrukcyjnych końcach gwiazd rodzą się pierwiastki ciężkie potrzebne do powstania planet skalistych i życia biologicznego na nich (takiego jak my, ludzie). Jakkolwiek źródła naszego istnienia upatrujemy w Bogu, warto też dostrzec fakt, że jesteśmy dziećmi umierających gwiazd.
Różnice i analogie
Można natomiast zauważyć, że śmierć gwiazdy nie jest tym samym co śmierć człowieka ze względu na rozumny charakter naszego bytu. Tylko dlaczego stawiamy taką granicę, skoro i nasze umarłe ciało przyczyni się do kontynuacji równie potrzebnego życia różnorakich mikrobów? Myślę, że boimy się takiej analogii intuicyjnie, gdyż obnaża ona pewną nieubłaganą prawdę o nas i świecie: że mamy głęboki związek z kosmosem stworzonym przez Boga.
W drugim rozdziale Księgi Rodzaju zresztą biblista wskazuje, że Bóg uformował człowieka z prochu (bądź gliny). Nasza natura nie jest zatem różna od natury prochu, z którego powstaliśmy. Biblista w ten sposób udowadnia, że człowiek, choć nosi w sobie tchnienie życia i ducha, to jednak powstał z tej samej materii, z której utkany jest świat.
Naturalnie nasze duchowe dziedzictwo, obiecane nam przez Chrystusa w Ewangelii, wskazuje, że jesteśmy czymś więcej aniżeli tylko nieożywioną materią czy mikrobami. Nie przeszkadza to jednak w dostrzeżeniu, że podlegamy prawom przyrody. Dokładnie zresztą tak samo jak Chrystus, który uniżył się jako Stwórca, by móc zbawić stworzenie.
Warto jednak dostrzec tę wyjątkową, trynitarną nutę, jaka przygrywa wszystkiemu w Kosmosie, i to, jak każde powstające i gasnące istnienie rodzi nowe życie. Szczególnie że wątek ten z niezwykłym podobieństwem zgrywa się z życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa. Nie powinno zresztą dziwić, że świat stworzony przez Boga jest jednocześnie w jakimś sensie odbiciem Jego własnej natury. Stąd trynitarny charakter Stwórcy znajduje swoje odzwierciedlenie w trynitarnym charakterze Kosmosu w taki sposób, że życie, przechodząc w śmierć, daje nowe życie czemuś innemu. W konsekwencji, w pewnym sensie przez to, inne ożywione życie niejako zmartwychwstaje w nim. Stworzenie, w tym materia nieożywiona, w osobliwy sposób naśladuje Chrystusa, którego życie jest cudownym odbiciem życia wewnętrznego Trójcy.
Nasze podejście do umierania
Naturalnie dla człowieka śmiertelność to perspektywa budząca grozę. To osobiste, wyjątkowo dotkliwe doświadczenie jest dla nas w pewnym sensie pogrzebaniem wszystkiego tego, co budowaliśmy za życia i kim byliśmy przez ten cały czas. Dlatego z dozą słuszności odczuwamy, że śmierć ograbia nas z tego, co nasze, co osobiste, co intymne. Śmierć wdziera się w życie człowieka, nie pytając o względy, nie przebierając w ludziach ze względu na ich status społeczny ani majętność, ani mądrość. Jeśli w wielu rzeczach w życiu jesteśmy nierówni, to akurat w śmierci, w rozpadzie ciała wszyscy jesteśmy tacy sami.
To, co natomiast możemy zmienić w tej kwestii, to nasze podejście do umierania. W perspektywie chrystocentrycznej śmierć nie jest jedynie okrutnym końcem, ale sposobem partycypowania w Logosie. Ponieważ natura naszego bytu nie zależy od naszej woli, ale od woli tego, który nas stworzył, to naturalnie, czy tego chcemy, czy nie, zarówno narodzinami i życiem, jak i śmiercią i zmartwychwstaniem uwielbimy Boga. To, co od nas zależy, to decyzja, czy zrobimy to w sposób świadomy i przemyślany – a więc z mądrością, która akceptuje, że jesteśmy częścią większej całości – czy raczej w atmosferze buntu, gniewu i rozgoryczenia.
W tym względzie też warto dostrzec, że objawienie zawarte w Ewangelii nie podejmuje problemu śmierci od strony naukowej. Nie bez przyczyny Ojciec postanowił objawić prawdy teologiczne raczej ludziom prostym niż uczonym. W śmierci bowiem nie chodzi o naukową analizę tego faktu, ale o prostą, lecz doniosłą nadzieję i zaufanie wobec Stwórcy, który – w przeciwieństwie do nas – wie, co robi.