Świętość to pewien rodzaj ironii skierowany w stronę świata i zła, które choć stara się zabić świętego, nie może go pokonać. Świętość jest czymś, co drażni świat. Świętość to brzemię, które nie jest igraszką. Biedny, stary ksiądz Donissan dobrze o tym wiedział.
Kim jest ksiądz Donissan? To moje niedawne odkrycie będące przejawem kiedyś żywej jeszcze katolickiej kultury, która tworzyła piękną literaturę piórami swoich wiernych, jak i zagubionych dzieci. George Bernanos był jednym z nich. W swojej książce „Pod słońcem szatana” Bernanos kreuje postać wiejskiego księdza, niezbyt dobrze postrzeganego przez resztę kleru, niewykształconego, z początku nieporadnego w kontaktach międzyludzkich, zamkniętego w sobie, jednak jego przełożeni widzieli w jego przesadnej pokorze głębię pokory, a w posłuszeństwie oraz wytrwałości w spełnianiu poleceń i prostoduszności swego powołania – świętość. Jedno, co z pewnością można powiedzieć o księdzu Donissanie to to, że prawdziwie brzydził się grzechem, choć dla samego grzesznika starał się być dobrym i miłosiernym jak sam Bóg. Cóż po tym, jeśli dla siebie nie miał krzty miłosierdzia, osądzał się surowo, każdy objaw wewnętrznej radości uznając za szatańską pokusę. Podczas jednej z rozmów ze swoim proboszczem młody wtedy jeszcze ksiądz Donissan usłyszał słowa, które stały się dla niego swego rodzaju proroctwem: „Świętość! (…) Wypowiadając to słowo wobec księdza, tylko dla niego, wiem, jaką krzywdę mu czynię. Dobrze ksiądz wie, czym ona jest: to powołanie, wezwanie. Tam, gdzie Bóg na ciebie czeka, będziesz musiał, synu, wspinać, piąć się albo zgubić. Nie spodziewaj się żadnej ludzkiej pomocy, jesteś w zupełnym osamotnieniu, na wygnaniu, nie mającym kresu. Znikąd ukojenia, uspokojenia w straszliwej niepewności, w jakiej będziesz się szamotał do końca”.
Zgrzyt innej świętości
Mało kto by się spodziewał usłyszeć coś takiego. Czyż chrześcijanin nie powinien być jakimś mocarzem nadziei, czy nie powinien wobec grzechu stawać jak Dawid przed Goliatem? Przecież ten rudzielec z procą po ludzku nie miał szans na zwycięstwo. Trudno o nadzieję dla samego siebie, jeśli się ją poświęciło dla większego dobra. Co chcę przez to powiedzieć? Ksiądz Donissan pragnął tego, by Bóg odmówił mu zbawienia po to, żeby ci, którzy byli mu powierzeni, mogli go doświadczyć zamiast niego. „Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53, 4). Jak czytamy w Piśmie Świętym, już sam Izajasz w postaci Sługi Jahwe, w której my odczytujemy Chrystusa, zawarł ideę człowieka cierpiącego niesprawiedliwe, ponieważ ten, będąc niewinnym, wziął winy nas grzeszników na siebie, żeby przebłagać Boga. Św. Paweł zaś mówi o Jezusie, że on wisząc na krzyżu sam stał się grzechem (2 Kor 5, 21) po to, aby nas zbawić. Ksiądz Donissan w ten sposób w swej postawie, świadomie lub nie, upodabnia się do Chrystusa. I my czujemy ten zgrzyt, bo Bernanos postawą cierpiącego świętego, postacią mogącą uchodzić za szaloną, a o której świętości narrator jest tak dziwnie przekonany, uderza w cichy ton naszej duchowej dewocji. Krzyż często budzi sprzeciw u wielu. Staje się on wyrzutem sumienia, bo trudno jest nam się aż tak poświęcić dla zysku drugiego, a poza tym nieskalaność budzi odrazę u tego, kto ją utracił. Czujemy ból z tęsknoty za tym, co naprawdę piękne i wartościowe. Często nie dostrzegamy tego, jak moralność staje się czymś na wzór prawniczej dysputy na temat grzeszności tego czy tamtego czynu, a przestaje być okazywaniem miłości i znoszeniem przeciwności.
Dlaczego świat nie jest taki piękny?
Oduczyliśmy się kojarzenia cierpienia bezpośrednio z grzechem, cierpienie wydaje się nam bezsensowne albo nasuwa myśli buntujące się na fakt tego, co zdarzyło się w Auschwitz, na to, że kolejne dziecko urodziło się chore albo że ktoś zginął z powodu kataklizmu. Trudno jest oddzielić cierpienie od grzechu. Cierpienie przyszło wraz z odejściem człowieka z Edenu, a przyjściem na świat grzechu. My sami jesteśmy grzeszni, ale nie jesteśmy samym grzechem, nie można postawić znaku równości pomiędzy człowiekiem i grzesznym skalaniem. Grzech jest czymś, co jest w nas, ale jakby obok, na wzór drzazgi wbitej w palec. Doświadczamy cierpienia z powodu grzechu i to niekoniecznie tego, który my popełniliśmy. Cierpienie świadczy dobitnie o tym, że coś z tym światem, który nas otacza, jest nie tak. Trzeba zauważyć także, że część zła jest wynikiem pierworodnej winy, która ciąży nad całym stworzeniem. Cierpienie czasem jest ogólną konsekwencją grzechu albo jest też jego wynikiem. Złe postępowanie musi sprawiać nam ból, ponieważ to ono nas ostrzega przed czymś gorszym, ale nie w każdej sytuacji jest ono grzeszne. Nie mycie zębów przecież nie jest żadnym grzechem, ale nie jest również dobrą rzeczą. Właściwie uformowane sumienie wyrzuca nam złe zachowanie, a nie zachowuje się jak małe dziecko szukające głupich wymówek, zwalając winę za zniszczoną zabawkę na kotka albo inne siły wyższe. Grzech jest naszą biedą, smutną niedolą, ponieważ jesteśmy targani namiętnościami, chcemy czegoś złego i jednocześnie z powodu wyrzutów sumienia staramy się wprawić siebie w niechęć wobec tego zła, innym razem naprawdę chcemy czegoś słusznie dobrego, lecz brakuje nam sił, by ten pozytywny zamiar zrealizować. Złe rzeczy mają tę samą siłę przyciągania co dobre, a niekiedy jesteśmy nimi tak zafascynowani, że potrafią pociągać bardziej niż dobro. Podstawową zasadą sumienia i moralności w ogóle jest prosta myśl: “czyń dobro, a zła unikaj”, jednakże cierpienie wypacza tę optykę, w katuszach duszy i psychiki zaczynamy się dopatrywać najwyższego dobra nie w Bogu, ale w tym, co nam zwyczajnie ulży. Cierpienie wykrzywia nasze spojrzenie nawet na samych siebie i jest to właśnie ten moment, w którym szatan cicho, ale skutecznie potrafi nas zaskoczyć i zwieść, odbierając nam całą naszą nadzieję.
Ciemna noc grzechu
Na takiej granicy cierpienia znajdował się ksiądz Donissan, gdy idąc ciemną nocą, ciągle się gubiąc, spotyka tego, który już dawno trzymał go w szachu, a nie tego, którego spotykał św. Jan od Krzyża w swym cudownym poemacie. Ksiądz toczy z przeciwnikiem prawdziwą duchową walkę, pełną modlitwy i wytężenia woli, złudnie podobną do mistycznego kuszenia. Podczas swej osobistej bitwy z szatanem ksiądz otrzymuje dar jasnowidzenia, może niekiedy ujrzeć duszę napotkanego grzesznika tak, jak widzi ją sam Bóg. Sam zaś cierpiąc ma przynosić ulgę i miłosierdzie cierpiącym. Może dlatego narrator tak wierzy w świętość smutnego księdza, który choć skrupulatnie i z największą sumiennością doszukuje się w każdej duchowej pociesze podstępu jego największego wroga, do końca nie stracił nadziei. Mówi się, że pesymizm nie jest czymś chrześcijańskim, że chrześcijanin powinien znosić swoje cierpienie, nie tracąc pogody ducha. Moim zdaniem istnieje pewien rodzaj pesymizmu mieszczący się w obrębie chrześcijaństwa. Jest to postawa, która cechuje się szczególną wrażliwością na grzech, choć nie można tego mylić ze skrupulanctwem. Widzenie we wszystkim grzechu nie jest oznaką prawidłowo prowadzonego życia wewnętrznego ani właściwością zdrowej ludzkiej psychiki. Ta wrażliwość przejawia się tym, że bardzo dotkliwie doświadczamy lub przeżywamy jego obecność w świecie, w naszych bliźnich, w tym, że widzimy każde jego pokłosie. Dostrzegamy ból w ludzkich oczach oraz smutne twarze i czujemy solidarność z nimi, bo łączy nas nasza grzeszność. Odczuwamy także własną nędzę, to napięcie pomiędzy łaską Bożą a słabością, które niszczy rolę naszego powołania. Doświadczenie zniszczenia i połamania, którego hymnem może być psalm „De profundis”, ostatecznie przechodzący w okazanie wielkiej nadziei pokładanej w Bogu. Ta ostateczna nadzieja, bez której nie ma prawa być mowy o jakimkolwiek pesymizmie w katolicyzmie.
Trudne doświadczenie może nas zgnieść, ale nawet w tym mamy obowiązek szukać Boga, dlatego trzeba walczyć właśnie o nadzieję, która jest tą cnotą, która umacnia naszą cierpliwość i męstwo w znoszeniu utrapienia. Nic nie może powstrzymać nadziei złożonej w Bogu. Oglądając ludzi złamanych przez życie dostrzeżemy tych, którzy ją utracili i takich, co ją zachowali i chyba wszystko w tym zależy od naszej postawy wobec Boga, która często jest roszczeniowa. Nie rozumiemy i nie zastanawiamy się na czym polega Boża łaskawość, a warto to kiedyś zrozumieć.
Ślepe oczy i ciężka praca
Jesteśmy nierzadko jak faryzeusze, którzy przychodzą do Jezusa i pytają: „»Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?«. Jezus odpowiedział: »Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże«” (J 9, 2b-3), bo nie rozumiemy tych spraw, buntujemy się i szukamy racjonalnego uzasadnienia i podtrzymania naszej fałszywej opinii. Nie chcemy zaakceptować tego, że cierpienie po prostu jest obecne w świecie i że Bóg je dopuszcza na człowieka. Chcemy być samowystarczalni i niezależni od nikogo, ale zapominamy, że ludzkie życie łatwo jest zakończyć. Odwracamy więc role i stajemy się sami dla siebie bogiem, który nie akceptuje zła i szuka drogi do uśmierzenia bólu, bo wątpi w dobroć prawdziwego Boga, który stoi nad nim w hierarchii boskości. A ludzie często pytają się, jak Bóg może być dobry, skoro na około tyle zła. Zapominają jednak na początku o tym, kto sam na siebie sprowadził to przekleństwo. W oryginalnym tekście przytoczonego powyżej fragmentu Ewangelii Janowej, tam gdzie mowa jest o sprawach Bożych, Chrystus używa greckiego słowa ἔργον (ergon), które oznacza zarówno sprawę, w której ktoś uczestniczy, ale i jakąś pracę do wykonania oraz produkt ludzkich rąk. Jezus w tym miejscu stara się przekazać faryzeuszom pewną piękną myśl, zawartą w tym, że cierpienie wierzącego jest miejscem pracy Bożej, a jej wynik w jakiś sposób w końcu się objawi. Sama zaś praca to mozół, trud, poświęcenie, często też po prostu pasmo niepowodzeń, czego wszak doświadczamy na co dzień. Niekiedy gniewamy się na jej bezowocność, poświęcamy przecież nasz czas, zazwyczaj czemuś dobremu, a ta się nam nie odwdzięcza tak, jak planowaliśmy. Chcemy dobra i przyjemności teraz, a obecna kultura uczy nas tego szczególnie, że każdą przyjemność i ułatwienie mamy mieć na zawołanie. Wobec tego trudno jest nam przyjąć taką perspektywę, która wykracza poza nasze jednostkowe życie i jego czas. Bóg obejmuje całą rzeczywistość człowieka i świata, widzi nas w znacznie szerszym kontekście i to, co dla nas bezsensowne, u Niego takim być nie musi. Może on dostrzegać dobro, które wykiełkuje za kilka pokoleń. Możemy się burzyć na to, ale warto wspomnieć choćby o tym, że nawet nasi przodkowie walczący zaciekle o niepodległość rozumieli, czym jest dar z pracy i poświęcenia, którego owoców mogą sami nigdy nie doświadczyć, ale pragnęli szczerze, aby inni byli w stanie cieszyć się tym darem i kontynuować to dzieło, które oni zaczęli. Bóg też zaczyna taką pracę w nas już w momencie chrztu i jest z nami przez cały czas i działa nawet wtedy, gdy tego nie widzimy lub nie akceptujemy. Mało komu przychodzi z lekkością przyjąć jakiś przykry dla nas w obecnej sytuacji wyrok Boży, a tym bardziej sensownie go wytłumaczyć. Jednocześnie ta potrzeba racjonalizacji cierpienia jest naszą bolączką. Sam doświadczam tego, jak nieraz potrafi być złudna uporczywa chęć zrozumienia własnego cierpienia, która szczerze mówiąc tylko je podsyca.
Jest ktoś obok, kto też cierpi
Cierpieć możemy z Bogiem, dobrowolnie poświęcając się dla Niego, albo bez Niego i to jest nasz wolny wybór. Choć rozrywa Mu serce, On go akceptuje. Bóg woła, a my nie musimy wcale odpowiadać, możemy iść dalej własną drogą. Tu także tkwi w nas to błędne przekonanie, że Bóg nas w jakiś sposób determinuje, że jesteśmy od Niego niewolniczo zależni, więc próbujemy przynajmniej na tej podstawie zrozumieć dlaczego stało się tak, a nie inaczej i ocenić słuszność naszego cierpienia na podstawie naszych domniemanych win oraz dobrych uczynków. Bóg patrzy inaczej. Cierpiąc stajemy wobec tajemnicy, która jest nieprzenikniona. Któż jest na tyle mądry, by przeniknąć wszystkie sploty Bożego zamysłu i ludzkiej niezdolności do współdziałania z nim? Dlatego podziwiam takich śmiałków, którzy mimo wszystko z małego wycinka rzeczywistości, który jest ich udziałem, próbują coś wróżyć o całości. W cierpieniu może się narodzić wspaniała współpraca. Nikt nie wie, ilu wiernych ksiądz Donissan doprowadził do nieba, samemu będąc mężem boleści, ale trzymającym się blisko Boga. W pewnym momencie dowiadujemy się, że ksiądz miał zwyczaj po wieczornej mszy wystawiać Najświętszy Sakrament do adoracji, gdzie razem z nim czuwały najwierniejsze dusze. Cierpienie można zrozumieć, ale nie racjonalnie, cierpienie można zrozumieć tylko przyjmując je w modlitwie i powierzając Jemu, uznając własną słabość i zależność od Boga. Cierpienie może nauczyć miłości, bo odsłania przede wszystkim nasze wnętrze. Ile emocji i myśli budzi w nas udręka, ilu z nas samych nie zaczyna łkać, gdy odkrywają tę mroczną i zawistną, niesprawiedliwą i pyszną część własnej duszy. Modlitwa staje temu naprzeciw, zbiera to wszystko i powierza Bogu, który przecież nas zna, który wie wszystko o naszym bólu i potrafi być wobec nas wyrozumiały i czuły jak nikt inny. Bóg wiszący na krzyżu jest Tym, w którym w obliczu cierpienia można się ze wzajemnością zakochać, gdzie choć niewymiernie, to jednak możemy współczuć Bogu. On poznał nasze cierpienie, jednak to, co wycierpiał, jest dla nas nieprzeniknione. Możemy i powinniśmy jednak uczyć się empatii wobec Boga, bo to nam jej brakuje. Bóg przygarnia cierpiącego i grzesznego i sam uczy, byśmy do nich szli z miłosierdziem. Może właśnie dlatego, że wie, jak pod wpływem własnego cierpienia i egoizmu potrafimy być zatwardziali. Możemy sądzić, bo tego nie wiemy, że przyszły proboszcz z Lumbres, jak zwykł określać narrator powieści księdza Donissana, w modlitwie odnajdywał pokrzepienie pozwalające mu przeżyć kolejny dzień w ufności do Boga. W cierpieniu znikąd, tylko z góry, możemy oczekiwać ratunku, bo nigdy nie jesteśmy osamotnieni, jeśli do końca wytrwamy w nadziei, jeśli nie stracimy zdolności dostrzegania Tego, który jest obok.
W tym całym bólu i utrapieniu rodzi się świętość, która jest tak inna, niehagiograficzna, pełna namiętności, czasem pewnego rodzaju szaleństwa, bardzo intensywna, na krawędzi otchłani, pełna krzyku rozrywającego i krtań, i serce, wołania, które jest słyszane i nie pozostaje bez odpowiedzi, jeśli jest spokojne. Świętość jest niejako wyrywana szatanowi i grzechowi, który chciałby ją ostatecznie podeptać, bo on sam w sobie jest cierpieniem, tęsknotą za utraconym darem, który my stale posiąść możemy, będąc przyjaciółmi Boga. Nie spodziewajmy się jednak płatków róż, lewitacji, ciepłych doświadczeń, radości, bo świętość to droga waleczna, w której pokój to nie sielanka, ale oczekiwanie na kolejny cios nieprzyjaciela, który krąży wokół nas jak lew. I chyba jest trochę tak, jak w modlitwie księdza Donissan przed swą śmiercią: „Każdy piękny żywot świadczy o Tobie, Panie; ale świadectwo świętego jest jakby wydarte żelazem”.
