adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

„Urodziłem się 13 czerwca 2017” – wywiad z rockmanem Bartkiem Kitą

magazine cover

unsplash

Jego życie było – jak sam mówi – przesądzone. Czuł on już bliskość nieuchronnej śmierci, a jego muzyka nie zapewniała mu nieśmiertelności. Śmierci będącej skutkiem jego przeszłego życia pełnego zniewoleń. Ciało wyniszczone narkotykami i alkoholem było umęczone w sposób gorszy i boleśniejszy – to jego dusza obumierała grzechem. Szukał wiele dróg, ale jedynym głosem, który go podniósł, był głos Jezusa nawołującego do nawrócenia…

Szczęść Boże, Bartku! Chcielibyśmy zadać ci kilka pytań na temat Ciebie i twojej twórczości. Na początek powiedz proszę, jaką rolę w twoim życiu ma wiara i co w tobie zmieniła?

W moim życiu wiara jest na pierwszym planie. Ja wierzę Bogu i tylko Jemu ufam, i On, będąc na pierwszym miejscu w moim życiu, układa wszystko wokół. On zna lepiej moje wnętrze, moje pragnienia, moje serce i dlatego oddaję mu moje życie w Jego ręce, ponieważ od czasu nawrócenia doszło do mnie, że Bóg zna nas bardziej niż my samych siebie.

Mówiłeś o nawróceniu. Opowiedz może coś o nim. Jak to się stało, że powróciłeś i doszedłeś do wiary? Co spowodowało to w tobie? Jak to wyglądało? Przybliż nam to, proszę.

Po pierwsze – chrzest. Byłem dzieckiem, jak większość z nas. Do dzisiaj nie wiem, co jeszcze. Mogę tylko domyślać się, że na pewno były to wieloletnie modlitwy różańcowe mojej babci za mnie, mojej matki i wielu wspólnot, ponieważ inaczej w żaden sposób się nie układa – ani na logikę, ani czysto racjonalnie oraz nawet fizycznie. Byłem wrakiem człowieka w sferze duchowej i sferze fizycznej. Byłem ateistą wiele lat, a przede wszystkim człowiekiem nieszczęśliwym, pogrążającym się z każdym rokiem coraz głębiej w matrix , który polegał na tym, że w pewnym momencie mojego życia sam wierzyłem w kłamstwo, które kreowałem, okłamując i raniąc siebie i innych dookoła. Ten matrix trwał ponad 20 lat. Około 30 lat tak naprawdę. I nie sposób wyrwać siebie samego albo kogoś ot tak, jak to u mnie się stało. Na pewno to było gdzieś po cichu, w sercu, w duszy powiedzenie Jezusowi: „Tak ratuj!”. „Ratuj!” bo to była kwestia już nie wiem czy miesięcy, czy może dni, kiedy mój koniec był już nieuchronny… Nagle zdałem sobie sprawę, że nie biorę. Po czymś takim to był dla mnie „szok termiczny”, bo prosiłem Go, aby zabrał ode mnie również alkohol, abym mógł budować świat realny z Nim i tylko z Nim. I z Matką Bożą Przenajświętszą.

Co było dla ciebie konkretnym momentem nawrócenia?

Była to sytuacja, kiedy jeden z członków – będę mówił bez owijania w bawełnę – sekty stowarzyszenia Świadków Jehowy sprytnie, pozornie kłamał mnie, że prowadzi mnie do Boga. Wyszło to na jaw, kiedy chciał, bym przestał wierzyć w Matkę Przenajświętszą. Był właśnie moment, kiedy powiedziałem mu, że nie znam Biblii, że nie umiem cytować tak jak on, ale wiem jedno, że Jej nigdy się nie wyprę i dopiero po jakimś czasie do mnie doszło, że to był ten moment, w którym wszystko zaczęło się wtedy zmieniać. Potem to już była kwestia czasu i tak jak powiedziałem – dosłownie z dnia na dzień Pan zabrał ode mnie zniewolenie narkotyczne, miesiąc później byłem wolny od alkoholu i jestem aż po dziś dzień. W ten sam dzień, kiedy 13 czerwca 2017 roku wypiłem ostatni raz alkohol, poszedłem pierwszy raz od dłuższego czasu do sakramentu pokuty i pojednania. Zerowałem się – wypiłem z rana tylko dwa piwa, ponieważ wieczorem byłem już umówiony na spowiedź z całego życia z księdzem, którego znam, który jest bliski gdzieś mojej rodzinie. Byłem za to wdzięczny, że podjął się tego wyzwania. Zdałem sobie sprawę z tego, że zły wtedy tak walczył o duszę, żeby przekłamała spowiedź, żeby nie powiedziała wszystkiego. Zniechęcić do tego przede wszystkim. To trwało długo. Byłem przerażony, ponieważ nie wiedziałem, że walka toczyła się do tego stopnia. Zaczęło wykręcać mnie i moje ciało jak na egzorcyzmach, ale dobrnęliśmy. Od tamtego dnia urodziłem się na nowo. Urodziłem się już, nie jak w dowodzie mam napisane – 16 grudnia 1980 roku, lecz 13 czerwca 2017 roku. Obecnie mam pół roku – jestem przeszczęśliwym nowym człowiekiem, który jest odpowiedzialny, potrafi kochać siebie, swoich najbliższych i nie tylko. I chce iść do końca za Panem.

To, co mówisz, jest naprawdę wzruszające i inspirujące, ale jedna kwestia nie daje mi spokoju – jak to się stało, że doszedłeś do aż tak krytycznej sytuacji, o której mówiłeś? Mógłbyś powiedzieć co się zadziało w twoim życiu? Jakie są zagrożenia współczesnego świata wobec naszej duszy?

W moim życiu się podziało tak jak w większości przypadków. Chodzi o to, że nie ma takiego, kto nie ma zranień. Myślę, że większość ma źródło w dzieciństwie. Później może ich przybywać. U mnie droga w ten cały matrix, gdzie czarne było białym, a białe było nazywane przeze mnie czarnym, trwała poprzez przeinaczanie. To mnie wprowadzało bardzo powoli, ale i konkretnie na ścieżkę samozagłady – i duchowej, i emocjonalnej. Efektem uciekania od zranień było szukanie ukojenia w przeróżnych „balsamach” w postaci narkotyków, seksu, nieczystości, pornografii. Tak się utarło, że lampka się zapala, kiedy wchodzi w grę wódka, bo o piwie mówi się, że to nie jest alkohol, a to zakłamanie, że trawka to już też luzik – kolejne zakłamanie. Heroina czy tam wódka – wtedy jest z człowiekiem źle… A gdzie cała reszta? Często pytam gdzie cała reszta, ponieważ ja dzisiaj już wiem, że zniewolenia to nie tylko narkotyki i alkohol. Jest ich mnóstwo. Każda ucieczka w cokolwiek jest zniewoleniem. Z tym, że czasem mi się wydaje, że osoba, która bardzo szybko staczając się tak, że przykładowo ląduje na dworcu i na ileś tam czasu, krócej lub dłużej, zostaje z niczym, to paradoksalnie ma szanse – tak mi się wydaje – szybciej dojść do nawrócenia niż osoba, której życie jest pozornie poukładane. Jako alibi ma to, że świat jest zły i że jeszcze nic się nie dzieje. Przykładowo pije, bo pije, ale usprawiedliwia się tym, że ma samochód, dobrą pracę, fikcyjne małżeństwo. W większości jest to małżeństwo fasadowe, ale czy oparte na prawdzie, czy jest tam jeszcze miłość? Tacy ludzie mają powyższe alibi, im jest trudniej zobaczyć w czym są zniewoleni, a są w jednym z największych zniewoleń – w zniewoleniu nieczystości, ponieważ działa tak jak narkotyk. Niszczy tak samo, nie wiem czy nie podobnie jak heroina. Z tym, że heroina daje zewnętrzne oznaki destruktywne. Człowiek wygląda jak, krótko mówiąc, zombie. A tutaj w nieczystość ucieka się masowo. Przecież to nic złego zdradzić żonę, męża. Szatan robi okropne spustoszenie. Takie rzeczy dzieją się do tego stopnia, że stały się modne, nie? Ludzie nie widzą w tym nic złego. Ja mówię to z własnego doświadczenia. Rozmawiałem niejednokrotnie, kiedy po swoim uwolnieniu próbowałem pomóc jej, a ona dopiero teraz, po długim okresie totalnej katastrofy, zaczęła zmieniać patrzenie na to, do czego nieczystość doprowadziła. Często napominam o tym aby – zwłaszcza młodzież, która wchodzi w życie – uważała na tę sferę, bo potem dzieje się, jak się dzieje. Wszystko jest jednym wielkim chaosem. Niby jest związek, ale nie ma tam miłości. Jak jest chwila szczęścia, to nie trwa za długo. Wszystko jest chwilowe. Ludzie zmieniają partnerów jak przysłowiowe rękawiczki. Nie mogą odnaleźć się w tym wszystkim. Kiedy w takim związku niesakramentalnym dojdzie do rozwodu, a rodzice czasem także biorą tzw. rozwód z dziećmi. I te dzieci mają potem problemy w stworzeniu małżeństwa.. Żniwo to diabelskie. To złe. To się rozsiewa. Jedna para potrafi potem zmienić się w setki o takich.

Jaki sposób myślenia przyjmowałeś w okresie zniewolenia? Jakie problemy z tego wynikały? I czy oprócz Świadków Jehowy miałeś kontakt z innymi grupami religijnymi poza Kościołem? Czy odpowiedziały na twoje problemy, pytania?

Kiedy zacząłem dorastać, czyli w wieku nastoletnim, uciekałem coraz bardziej od zranień z dzieciństwa. Był to głównie strach przed samotnością, różne lęki, nieakceptowanie siebie. Drogą ucieczki był alkohol. Stosując używki, coraz głębiej wchodziłem w różne grzechy. Jeszcze wtedy na początku byłem dzieckiem, które wierzyło w istnienie Pana Jezusa, Matki Przenajświętszej, Boga Ojca, Ducha Świętego. Ja to teraz wiem już, ale dopiero po takim czasie zrozumiałem, że Zły działał, kusząc mnie do grzechów, jakie sam popełniałem, sam dokonywałem tego wyboru. Już wiele lat temu modliłem się i nic się nie zmieniało, pogarszało się. I tak to niestety działa i modlitwy nie będą wysłuchane, kiedy ktoś żyje w ciężkim grzechu, ponieważ wtedy się określamy, że mówimy Bogu po prostu nie i On szanując naszą wolną wolę. Nie można żyć trochę po stronie Złego i trochę z Panem Jezusem i tak lawirować sobie. To jest tak, jakbym prosił kogoś o coś, a jednocześnie wycofywał prośbę. I to jest ta manipulacja Złego i to jest ten matrix, który w tym momencie młodemu człowiekowi mówi, że „słuchaj – Bóg nie istnieje tak naprawdę, to wszystko bajka, Kościół to sekta”. U mnie przynajmniej tak było. Tak mi Zły namieszał w głowie, do tego stopnia! Cały czas „wspierałem się” heroiną, amfetaminą, alkoholem, czym się dało, seksem, poprzez muzykę i potem po iluś tam latach brania pierwsza próba leczenia się nie powiodła się. Podobnie druga, trzecia, czwarta. Gdzieś tam pod sam koniec, mając już dwójkę dzieci, próbowałem coś zmieniać. Oczywiście nie było to pojednanie z Panem Bogiem. Trafiłem do ośrodka buddyjskiego. No to się nic nie zmieniło, bo co miało się zmienić? Piłem. Tyle że „z partyzanta”, potem znowu oficjalnie i tak w kółko. Udawałem, że medytuję. Sam się okłamywałem – fikcja trwała. I tak to działa.

Ale aktualnie nie jesteś już w tej wspólnocie buddyjskiej, jesteś już z nami. Za ścianą słyszę próbę muzyczną jakiejś wspólnoty. To jest chyba twoja wspólnota. Mógłbyś coś o niej tak powiedzieć. Czym ona jest w twoim życiu, jaki wpływ ma na Ciebie? Co tutaj znalazłeś?

Wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym „Emmanuel”, w której się znalazłem na kilka miesięcy po moim pierwszym nawróceniu, traktuję jako podarunek od Pana Boga. Mówię o „pierwszym” nawróceniu, ponieważ uważam, że powinniśmy się nawracać jak najczęściej i najlepiej codziennie. Wspólnota ta dała mi poczucie, że jestem częścią czegoś wyjątkowego, czegoś wspaniałego i niepowtarzalnego przede wszystkim. Cieszę się, że jestem w tej wspólnocie i mogę uczestniczyć w dziękczynieniu, grając w kościele na mszy. Spotykamy się na próbach. Ksiądz dołączył do nas praktycznie na początku. Wprowadza tutaj bardzo ciekawą, niesamowitą wręcz atmosferę, przy okazji trzymając w ryzach ten cały zespół.

Czy jest jakieś świadectwo, które na ciebie wpłynęło? Jeśli tak, to jakie wnioski z niego wyciągnąłeś?

Pan Bóg podarował mi coś jeszcze innego, pod koniec tych wszystkich zniewoleń, gdy ja już powiedziałem Jezusowi „Tak!”. To już była końcówka i gdzieś właśnie wtedy zobaczyłem świadectwo Andrzeja Sowy „Koguta”. Trafiłem na to jakimś dziwnym trafem w internecie i tak zaczęło mi się wtedy marzyć, że chciałbym też pracować z młodzieżą. Ja już czułem, że to, co się dzieje, że to wszystko prawda i że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, On jest w stanie mnie z tego wyciągnąć. Widziałem jak podobne mamy życiorysy – i ja, i Andrzej Sowa, praktycznie to, z małymi różnicami, identyczne. Podobnie też, nie prosząc o jakieś zajęcia z młodzieżą, dostałem od przyjaciela, który uczy w szkole, telefon (to było jesienią), czy nie chciałbym dać świadectwa w szkole w II Liceum Ogólnokształcącym w Brzegu. Zrobiłem to i połączyłem to muzyką. Później ks. Paweł z parafii kościoła pw. Miłosierdzia Bożego zapytał, czy byśmy zrobili takie spotkanie z jego młodzieżą. Wyszło ono nam i w planach mamy, aby raz w miesiącu takie spotkania realizować z młodzieżą. Ponieważ wiem z doświadczenia, że takie spotkania warto robić, ponieważ młody człowiek, gdy już jeden z drugim gdzieś wdeptuje, te pierwsze obszary iluzji złego wyczuwa. Z nim są naprawdę większe szanse wyprowadzenia go, niż później gdy już taka osoba jest już wiele lat – w jak ja to nazywam – matrixie. Tak jak ja byłem. Naprawdę trudno jest z kimś takim rozmawiać, żeby go wyciągnąć z tego, ponieważ on w to święcie wierzy i pomimo tego bólu, który doznaje i idzie w zaparte. I uważa, że to świat jest zły, a nie on. Co się jeszcze pojawiło z takich niesamowitych rzeczy? Miałem okazję pracować z osobami starszymi. Opiekowałem się takim wspaniałym 80-letnim małżeństwem we Wrocławiu, mieszkając tam jednocześnie. Zdałem sobie sprawę, że ci ludzie oprócz pomocy czysto takiej technicznej pod postacią zakupów, ugotowania, posprzątania, czy tam wykąpania, przebrania itd. przede wszystkim potrzebują relacji z drugim człowiekiem. Za tym tęsknią najbardziej i tego potrzebują. Gdzieś tam czują, że koniec zbliża się nieuchronnie i człowiek wtedy podejmuje głębsze refleksje nad swoim życiem. Już teraz bardzo dobrze wiem, jak każdy dzień jest dla mnie wyjątkowy i nie ma dla mnie po prostu czegoś takiego, że czekam, by się dzień skończył. Nie ma czegoś takiego. I wiem, że już nie będzie. Ja żyję tak, jakby jutro Pan miał mnie zabrać z tego świata, choć nie wiem, kiedy to zrobi. I dlatego jestem jak dziecko zachwycony od samego poranka do momentu kiedy zasypiam. I robię wszystko, by się poprawiać – choć wiem, że grzesznikiem jestem i będę – i wszyscy jesteśmy – ale wiem, że z Panem mogę w czasie swojego życia ile się da eliminować grzechy ze swojego życia, które niszczą przede wszystkim duszę, a niszcząc duszę zaczną potem niszczyć także ciało. Bo ciało i dusza to jedność, a to zawsze się przekłada. Tak jak heroina niszczy, powodując, że człowiek jest wychudzony, tak grzechy, trwanie w grzechu, powoduje, że człowiek jest osłabiony i nie ma już sił. Pojawiają się depresje i inne problemy, ale my wmawiamy sobie, że to nie ma związku. Jesteśmy dla siebie fałszywym adwokatem jak na amerykańskim filmie „wysoki sędzio, to nie ma związku ze sprawą, dziękuję”.

Przez długi czas swojego życia byłeś muzykiem. Jaką rolę w twoim życiu pełni sztuka, czym jest muzyka dla ciebie?

Na pewno muzyka nie jest już moim bożkiem. Muzyka jest dla mnie formą oddawania teraz czci Bogu, podziękowaniem, dawaniem radości ludziom, dawaniem radości sobie podczas grania. Kocham tworzyć muzykę, której nie ma na rynku. Zawsze kochałem robić taką muzykę, która była czymś się wyróżniła, wypracowywała własny styl. Gram dla przyjaciół, robię koncerty dla przyjaciół. Nie planuję żadnej kariery. Nie chcę by muzyka była formą stałego zarabiania pieniędzy. Chcę, żeby muzyka była gdzieś tam źródłem dodatkowego zarobku – bo zarabiam też – ale zawsze, gdy robię reklamy koncertów, piszę, że jest on dla przyjaciół. Od pół roku gram w Ambrozji, w Brzegu. W miejscu, które dla mnie i nie tylko dla mnie ważnym miejscem. Grał tam także mój nauczyciel, Cezary Czternastek, ś.p. skrzypek, wokalista, pianista, oraz fantastyczny gitarzysta i jakoś kontynuuję to, co on rozpoczął tu w Brzegu i chciałbym – choć może zdarzy się inaczej zagrać gdzieś indziej – grać tutaj. Tu mam przyjaciół. I nie zamierzam grać inaczej, chyba, że to będzie projekt w taki czy inny sposób w takiej czy innej formie kameralny, ponieważ w małym gronie jest większe skupienie odbiorcy na przekazie.

Czy sam piszesz piosenki, a jeśli tak, to co w tych piosenkach zawierasz, co jest w przekazie tych piosenek? Do czego też odwołujesz się w nich? Do jakich nurtów, do jakiego brzmienia? Powiedz nam coś o tym, proszę.

Odwołuję się do swoich emocji, do swoich przeżyć, do swojego jedynego i niepowtarzalnego życia i odwołuję się do jedynego i niepowtarzalnego życia innych, innych życiowych dróg innych ludzi, innych uniesień, innych zawiłości życiowych. Część moja, która gdzieś jest przefiltrowywana to jest zbiór różnych doświadczeń, różnych inspiracji muzycznych, filtrowana przez moje doświadczenia i efektem tego jest kogel-mogel pt. Bartek Kita Solo Band. Chciałbym, żeby tak to zawsze wyglądało, może żeby też było także dla innych. Żeby nie naśladować kogoś. Każdy ma sam swoją niepowtarzalną historię, a jeśli miał uzdolnienia i talent od Pana Boga, żeby ta muzyka trafiała też do innych. Inspiracje muzyczne są przeróżne: i rock&roll, Rolling Stones, Guns N’ Roses, i Metallica i muzyka grunge. Długo by wymieniać – nikt by nie wytrzymał. To jest – tak jak mówiłem – ta esencja, taki kogel-mogel w pozytywnym znaczeniu.

A na koniec jeszcze: jaka jest twoja ulubiona piosenka?

„Wielbię Ciebie, Panie”

Po rozmowie Bartek dostał pytanie czy chce coś powiedzieć, dodać. Po chwili myślenia poprosił o włączenie nagrywania.

Tak na zakończenie, bo zostałem zapytany, czy chcę coś dodać. Na początku myślałem raczej, że nie, ale nagle przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja, kiedy na jednym ze świadectw z księdzem zaczynając, nie rozpocząłem od świadectwa mojego brania, czy tam ćpania, tylko siedziało mi w głowie jedno krótkie przesłanie do młodzieży, gdzie przestrzegał ich przed odstępstwem od Boga poprzez olewanie rzeczy fundamentalnych, bez których nic nie może się zacząć żadna relacja z Panem Bogiem. Wtedy im powiedziałem, żeby pamiętali o tym jak bardzo istotne są sakramenty, jak bardzo istotna jest spowiedź. Akurat tamta młodzież miała przystąpić do sakramentu bierzmowania, więc gdzieś tam zwróciłem uwagę na to, by ta trzódka gdzieś tam nie rozproszyła i żeby wszyscy dotarli i by to nie na zasadzie „odwalenia”. Bo ja to kiedyś „odwaliłem”, uznałem wtedy, że to jest nieważne, a za chwilę Panu Bogu powiedziałem “do widzenia” i skończyłem jak skończyłem. Całe szczęście i chwała Panu Najwyższemu Jezusowi Chrystusowi i Matce Przenajświętszej, że ja daną mi szansę wykorzystałem, ponieważ 90 proc. takich przypadków – plus minus oczywiście – odchodzi w najmniej oczekiwanym momencie. A mi dano szansę i dlatego jestem tak bardzo, bardzo mocno wdzięczny Bogu i otwarty na jego dalsze działanie – na tym chciałbym zakończyć.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.