Wielbimy każdy poryw duszy, lecz ciało najczęściej przyprawia nas o mdłości. Na szczęście zdawać by się mogło, że kiedyś w końcu umrzemy i uwolnimy się od cierpienia na ciało. Jednak przyjście Chrystusa wywołało skandal, z którym do dziś wielu ma problem, a jest nim zmartwychwstanie Chrystusa i wiara w zmartwychwstanie naszych grzesznych ciał.
Piękno katolickiej teologii i w ogóle całego obszaru katolickiego namysłu nad rzeczywistością tkwi według mnie w harmonii i w polifonii, w tym pociągającym współbrzmieniu pochodzącym z nieokiełznanej transcedentalnej przestrzeni, którą człowiek jest objęty, lecz sam jej nie obejmuje. I choć sama kościelna muzyka przybiera już coraz to smutniejszy ton, to wybrzmiewa w niej także nadzieja. Gdy pochylamy się nad grobem z „Wiecznym odpoczywaniem” na ustach, w zadumie, wtedy właśnie warto, by w naszym sercu zadudnił mocno ten drugi głos, tenże wyżej wspomniany ton nadziei – Credo naszego Kościoła i frazy „zmartwychwstał dnia trzeciego” oraz „oczekuję wskrzeszenia umarłych” i stwarzający tyle problemów zwrot ze Składu Apostolskiego „ciała zmartwychwstanie”. Trzeba dodać, że z dniem zadusznym i świętem Wszystkich Świętych wiążą się także inne prawdy. Pomimo to pozwólmy, by w tej symfonii przytoczone frazy zabrzmiały nam teraz najmocniej, tak byśmy mogli dostrzec ich głębię oraz problematyczność.
Refleksja przy grobie
Powróćmy jednak jeszcze na chwilę przed grób naszego zmarłego, a w dalszej perspektywie przecież i przed grób, który stanie się naszym miejscem spoczynku (jak wierzymy – przejściowo). Co spocznie w nim? Chyba każdy odpowie, że ciało. A dusza? A dusza do Boga uleciała… W tym też punkcie dla wielu zaczyna się kontrowersja, to jest zmartwychwstanie ciała, chociaż samo tylko zmartwychwstanie Chrystusa wielu z nas sprawia już nie lada problem. Trudno nam przyjąć, że także ciało, to podlegające żądzom i rozkładowi ciało, może także stać się zbawione i realnie uczestniczyć w życiu wiecznym. Wszak przecież tylko dusza jest nieśmiertelna. Na jakiej podstawie złośliwe ciało rości sobie prawo do przekroczenia własnego ograniczenia, jakim jest jego fizyczność-cielesność? Tkwi w nas głęboko zakorzenione przekonanie, że stale trwać może tylko to, co duchowe, fizyczność zaś ze swej natury musi być przemijalna, musi skończyć się jej trwanie, a spoglądając na to pytanie z nowoczesnej, to jest ewolucyjnej perspektywy musi w jakiś sposób się przemienić. Przemienia się więc w proch. Nawiedzany przez nas grób jest okazją do wspólnego rodzinnego ustalania naszej pamięci o bliskim zmarłym, o tym, kim był, co nas z nim łączyło, co dla nas znaczył, lecz w końcu przy tym wspominaniu padają również westchnienia, wyrażające, że być może zobaczymy się w niebie. Kiedy trzeźwo zapytamy o sam sposób, w jaki miałoby się to wydarzyć, autor takiego przekonania wpada nagle w zdumienie, tak jakby powiedział coś iście niedorzecznego. Można przekornie powiedzieć, że istota problemu leży w grobie. Jesteśmy w stanie przyjąć, że ludzka i nieśmiertelna dusza po śmierci zachowa świadomość, że pomimo zniszczenia ciała przez rozkład cali nie umrzemy, że Bóg w swej niewysłowionej łaskawości pozostawi nam chociażby jakąś najmniejszą cząstkę naszej duszy, co nazwiemy zbawieniem, a raczej wybawieniem od nieistnienia – jednej z największych obaw ludzkości, lecz ciało niewarte jest zbawienia, bo pochowanemu w drewnianej trumnie cielsku jest bliżej do padliny niż do wzniosłej duchowości.
Czy ciało naprawdę może żyć wiecznie?
Mimo to Kościół z uporem uczy i powtarza podczas swej liturgii o wskrzeszeniu umarłych, czyli dokładnie o tym, że zostaniemy ponownie przywróceni do życia, a równolegle wypowiada też słowa o zmartwychwstaniu ciała w codziennym pacierzu. Jaka jest różnica pomiędzy wskrzeszeniem, a zmartwychwstaniem? To pierwsze zakłada możliwość ponownej śmierci. Łazarz, córka Jaira czy młodzieniec z Nain nie dożyli współczesności, lecz jak każdy człowiek pozostali śmiertelni. Zmartwychwstanie jest także powrotem do życia, z tym, że nie powracamy tutaj do życia śmiertelnego, ale dostępujemy łaski życia wiecznego. Zmartwychwstanie wyrywa ciało na zawsze z dotychczasowego naturalnego dla niego następstwa życia i śmierci, nie ma już więc siły, która mogłaby je zniszczyć i ograniczyć. Przy końcu czasów możliwym jest, że zaistnieje jakaś więź, która połączy wskrzeszenie ze zmartwychwstaniem w płynnym procesie, że przejdziemy od śmiertelności do nieśmiertelności tak, żebyśmy poznali tę różnicę, ale to już kwestia tzw. teologii spekulatywnej, która snuje różne rozważania, a my możemy i powinniśmy po prostu trwać w nadziei, że nasze życie nie rozpłynie się w nicości, że już nigdy nie będziemy mogli go w żaden sposób utracić, lecz pamiętając o tym, iż będzie to także zupełnie inne życie, niepodobne do tego ziemskiego, w którym jednak będą współistnieć dusza wraz z ciałem w obliczu Boga.
Tym, który bezpośrednio daje zarówno życie ziemskie, jak i wieczne jest Bóg, ale pośrednio nasze ciało, według nauczania św. Tomasza z Akwinu, ożywia sama dusza, a jej obecność jest jego zalążkiem. Dlatego też w sprawie aborcji moment, kiedy dusza nawiedza ciało jest tak ważny, bo człowiek jest istotą złożoną właśnie z tychże dwóch elementów. Tylko wtedy, gdy one razem współistnieją, człowiek jest w pełni sobą. To już wskazuje, że jeśli mamy żyć wiecznie, jednocześnie pozostając tym, kim byliśmy – bo przeto zbawiony został cały człowiek, nie zaś sam jakiś jego specyficzny wycinek, jakim jest jego dusza – to powinniśmy zachować obydwie te istotne dla każdego z nas cechy, jakimi są zarówno duchowość, jak i cielesność, abyśmy rzeczywiście pozostali ludźmi. Lecz nieustannej pieśni Kościoła trzeba słuchać w skupieniu, stale i dokładnie, by zobaczyć, że to, co już rozważyliśmy, to tylko powierzchowność, że nie dotykamy jeszcze jej istoty.
Dziwny Boży plan na ciało
Gdyby Bóg chciał, zbawienie mogłoby dokonać się ot tak, jednym aktem jego boskiej woli. Niepotrzebne było by całe cierpienie Chrystusa na krzyżu, ani nawet Jego narodziny z Maryi Dziewicy. Możliwe, że bez tego człowiek w najlepszym wypadku wierzyłby w to, że może Bóg ostatecznie nie wzgardzi nim i wyrwie go z gardzieli Otchłani, bo trudno uważać, żeby człowiek był zdolny do tego, by samemu dostrzec piękno Bożego zamysłu. Objawienie zawarte w religii katolickiej, którego najistotniejszym elementem jest życie Chrystusa i prawdy przekazane nam w Jego nauczaniu, jest dla rozumu normalnie niedostępne, a co więcej, zbyt absurdalne, by zostało uznane za fakt, który może on przyjąć. Bez wiary, bez tego odmienionego spojrzenia, nie da się dostrzec danych utajnionych przed umysłem człowieka, a jakże istotnych i pięknych! Nikt nie byłby w stanie przy pomocy samiutkiego rozumu odkryć choćby wielkiej tajemnicy Trójcy Świętej. A jednakże niejeden katolik i każdy inny chrześcijanin pomimo Wcielenia i Odkupienia nadal pogrąża się w rozpaczy, lecz w tej sytuacji, w sytuacji jawności ludzkiego odkupienia, człowiek może posiąść tę niewzruszoną nadzieję o życiu wiecznym i odpuszczeniu grzechów. A są to dwa smutki dwóch naszych sfer. Duszy wstyd jest za swój grzech i wciąż szuka dla siebie usprawiedliwienia, lecz nie potrafi odnaleźć czegoś, co by ją mogło wreszcie uspokoić; ciało zaś panicznie lęka się obumarcia, pozbawienia go własnych sił, a w ostateczności pogrążenia się w otchłani niebytu. My wciąż i wciąż nie dość sobie uświadamiamy, że Jezus rzeczywiście „umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem; i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu” (1 Kor 15, 3-4). Obawiamy się, czując pustkę i strach przed odejściem z tego świata, którego tak ciągle kurczowo się trzymamy, a święto zaduszne znajdujące się pomiędzy dwoma wielkimi wydarzeniami – prawdami świetnie nas z tym wszystkim konfrontuje. Wcielenie dokonane podczas Zwiastowania oraz Śmierć wraz z misterium Odkupienia i Zmartwychwstania (nie wolno tychże wydarzeń nigdy rozdzielać, ponieważ tylko jedność tych zdarzeń i ich odczytanie jako jednego zdarzenia może dać pełen wyraz wiary katolickiej) wypośrodkowują się w jakiś dziwny sposób w nas w tym listopadowym czasie, bo przy wspomnianym wyżej grobie spotykają się śmierć, życie, ciało, dusza, pytania, wątpliwości, nadzieja, Chrystus i my.
Skandaliczne czy doceniające Wcielenie?
Wcielenie Chrystusa, Jego przyjście na świat jest niczym innym w tym kontekście, jak pokazaniem człowiekowi, jak wiele wart jest on sam, że i dusza i ludzkie ciało są w Jego oczach cenne. Chrystus przyszedł na świat, przyoblekł swą duchową istotę w naturę ludzkiego ciała i dotykał nas fizycznie, przebywał z nami nie jako duch, lecz jak dobry, bliski przyjaciel. Ukazywał nam głębię człowieczeństwa. Obraz Chrystusa jest odbiciem nas samych, ale w wersji odkupionej, najdoskonalszej i pełnej. Niedomaganie człowieka wynikające z jego zranionej natury, jego kruchość spotkała się z mocą Bożą, która się wcieliła. Ukazała się w tymże ludzkim obliczu, które tak często wydaje się nam nieznośne. Chrystus przyjął ludzką naturę, w tym wszelaką osobliwość ludzkiego ciała wraz z fizjologią, która nas samych obrzydza i zawstydza. Wstydzimy się naszej słabości, a ułomność chorego i starego budzi w nas nie zawsze pożądaną litość i współczucie, a raczej wstręt wobec tej rażącej niesprawności, której wolimy za każdą cenę uniknąć. W tym obrazie choroby i starości ginie piękno naszego istnienia, którego stale, choć zwykle nieświadomie, się domagamy. A Jezus jadł i pił, choć trzeba zaznaczyć, że boska natura musiała w wydatny sposób dochodzić w Nim do głosu przez to, że obdarzała ludzkie popędy niebiańską harmonią, nie ma więc mowy, by Jezus pożądał kobiet czy ulegał obżarstwu i pijaństwu, co nie przeszkadzało mu w tym, że posiadał emocje jak każdy – płakał, gniewał się, bał, bawił i cieszył. Spędzał chwile u boku Świętej Rodziny, gdzie z pewnością doświadczał ojcowskiej i matczynej czułości, przebywał z rówieśnikami, z Apostołami, przyjaciółmi, miał okazje, by budować relacje, lecz także podkreślić dobro ludzkiego życia i cielesnej obecności przy drugim człowieku. Co więcej, tak jak ciało po upadku pierwszych rodziców stało się nośnikiem grzechu pierworodnego i całego skażenia, jakie z nim płynie, tak też ciało Chrystusa narodziło się w przeczystym łonie i z Ducha Świętego, by stało się poprzez Jego mękę i śmierć oraz zmartwychwstanie nośnikiem zbawienia dla wiernych. Chrystus przerwał na drzewie krzyża ciążącą więź grzechu, choć póki my żyjemy tym starym życiem, jesteśmy wciąż mu poddani w ciele. Ciało jest podstawą zbawienia, jak mówi Tertulian, bo to Ono zawisło na krzyżu, Ono stało się ofiarą doskonałą, a Bóg stał się tak rozrzutny, że dał samego siebie pod postacią swego Syna, by połączyć się na nowo z człowiekiem w przymierzu. Źródłem tego mostu stało się nic innego jak ciało. Ciało Chrystusa stało się „medium”, nośnikiem tych wydarzeń, które nam przyniosły udział w zbawieniu. Ciało Chrystusa stało się Kościołem oraz Eucharystią; tak też Jezus podkreślił ważność płodności i fizycznego kontaktu. Kościół porównywany do Matki rodzi Bogu wiernych na sposób duchowy, ale wyraża to poprzez cechę fizyczną. Chrystus w Komunii Świętej przychodzi do nas także jako Ciało, choć inne. Posiadanie przez nas ciało zrodziło nam tę nieogarnioną możliwość spotkania się z Bogiem, nie duchowo jak było to dotychczas, ale namacalnie, co było jednorazowym wydarzeniem w całej historii świata. Życie Chrystusa w Kościele jest źródłem ciągłej kontemplacji, ale nie zapominajmy o tym, że przez tę cielesność do dziś pozostał z nami, choć w ukryciu.
Problem z tym, co cielesne
Ciało, które zmarło, zmartwychwstało i wprawiło w osłupienie każdego. Bliscy Chrystusa nie rozpoznali Go, wątpili w ogóle w to, że mogliby nawet jeszcze kiedykolwiek ujrzeć Go żywego, a tym bardziej w ludzkim ciele. Rozpoznawali, że to On dopiero po znakach charakterystycznych dla Niego, uwierzyli w Niego dopiero, gdy usiadł z nimi do stołu i jadł oraz pił i kiedy dawał się dotykać. Choć Jego ciało po zmartwychwstaniu było inne, zachowało jedność z tym, które zmarło w formie możliwej do odczytania. To Jezus pokonawszy śmierć, pokonał materialne ograniczenie ciała, w sposób, jaki nam się nie śniło. Osobiście uważam też, że ciało, które dostępuje uwielbienia i zmartwychwstania powraca do stanu podobnego temu, który posiadało w Raju, to jest powraca do pełnej harmonii cielesnych popędów. Człowiek uwielbiony ma pełną władzę nad nimi, tak że nie mogą mu już nic narzucić i nie musi ich zaspokajać pod groźbą śmierci i poważnych konsekwencji, a ponadto jest w stanie przekroczyć także jego fizyczne aspekty. Materia nie jest w stanie stworzyć dla niego już żadnych barier. Trzeba też w tym miejscu powiedzieć, że ciało jest też tym, co oddziela nas od drugiego człowieka, co nie pozwala nam w niego wniknąć, ciało odgradza nas od drugiego tak mocno, że nawet podczas współżycia nie jesteśmy w stanie osiągnąć tej najpełniejszej jedności, jaką posiada Trójca Święta.
Ciało nas dzieli i dlatego jest tak wiele zachodu wokół niego. Ciało ma płeć, ciało więzi duszę, ciało gnije i umiera. To i jeszcze kilka aspektów obrzydza je nam i powoduje całe mnóstwo problemów. Ludzie nie uważają ciała za coś wartościowego, zaś Bóg zdaje się wyraźnie uważać inaczej, choćby przez sam fakt Wcielenia. Dla nas ciało pozostaje jedynie źródłem grzechu, cierpienia i przykrości, a sama przyjemność nosi głównie znamiona czegoś grzesznego przez to, że jest głównie spowinowacona z nim. Przyjmując taką optykę popełniamy powszechny błąd mylenia przyczyny ze skutkiem, bo to grzech zrodził przywary ciała, których nie znosimy, a nie na odwrót. Grzech ponadto nie zniszczył wyłącznie samej harmonii ciała, on uderzył przede wszystkim prosto w duszę, która z własnej pychy wiele swych własnych ułomności nie uznaje i za swój błąd obwinia ciało, zrzucając na niego całą odpowiedzialność, a ciało czując rażącą niesprawiedliwość oraz winę również i duszy odmawia posłuszeństwa – analogicznie do nieposłuszeństwa, jakie ona okazała Bogu. Grzeszna i nieopanowana dusza walczy z ciałem, by odwrócić uwagę od siebie, zamiast dążyć do harmonii. Ono zachwiane wyrywa się jej i dąży we własną stronę, tam, gdzie niosą go jego niepohamowane popędy. Ziemskim zadaniem dla katolika jest próba przywrócenia, choć namiastki tejże harmonii, której człowiek doświadczał w Raju. Ten zaś był przecież na Ziemi.
Manichejska walka i kwestia estetyki
Dusza nie potrafi zobaczyć w ciele czegoś dobrego, zazwyczaj szuka złego, zapominając, że także ciało, w którym tkwi, zostało stworzone jako dobre. Kompleksy nie wynikają z takiego, a nie innego spojrzenia ciała na siebie, ale właśnie z tego sposobu, w jaki patrzymy na nie naszą duszą. Ona ocenia i wyznacza standardy. To jakby taki duchowy kompleks niższości pod przykrywką kompleksu wyższości. Dusza, która z powodu grzechu nie potrafi już sama dostrzec swojej wartości, czuje to pęknięcie pomiędzy nią, a Bogiem, wiedząc, że jest nieśmiertelną, że jej byt bliski jest Bogu i aniołowi. W efekcie gardzi ciałem, które niszczeje, próchnieje, rozkłada się, które przede wszystkim stało się jej nieposłuszne, a wszystko to w końcu stało się także przez nią samą. Myślę, że stąd poniekąd biorą się nasze różne problemy z ciałem. Zobaczmy, jak bardzo dziś dbamy o nasze ciało, jak usilnie chcemy powstrzymać jego umieranie – ten widoczny efekt grzechu. Nie poddajemy się w stosowaniu różnych kosmetyków, diet, zabiegów medycznych. Wszystko po to, by utrzymać ciało w jak najlepszej kondycji tak, żeby żyło jak najdłużej, bo gdy umrze okaże się, że coś jest nie tak – przecież miało żyć wiecznie. Nie przyjmujemy tego, że tak musi być aż do Paruzji, chcemy żyć tak jakby nie było kary za grzech, jakby było idealnie. Ciało przestało tak pięknie jak kiedyś odbijać obraz Boży, dlatego przeszkadza nam krzywy nos, za szerokie biodra, zbyt niski wzrost, za tęga postura. Przeszkadza nam też nowe ciało w łonie matki. Ciało dziecka nie jest traktowane jako odrębne życie, które przecież samo w sobie jest wielką wartością – ono stało się niepotrzebną tkanką albo co gorsza – implantem, którego trzeba się pozbyć jak zmarszczki. Za zjawiskiem aborcji kryje się, poza ogólnym zaprzeczeniem wartości człowieka, które jest już niestety obligatoryjnie wpisane w naszą kulturę, przekonanie, że, to kruche ciałko stanie się źródłem cierpienia i dla dziecka, które jeszcze nie wie, co je czeka na tym podłym świecie, i dla jego matki, której jego ciało i egzystencja również przyniesie cierpienie. Przypomni jej przecież, że ona sama już nie jest młoda, że przyjemność może zrodzić nie tylko doznania, ale także obowiązek. Takie odczłowieczone ciało zostaje wystawione na pastwę wszelkiej maści ludzi. Od polityków do tych określających się słowami z przedrostkiem „trans-”, a najgorsi z nich są chyba transhumaniści, którzy marzą o totalnej likwidacji ciała przez zadomowienie się duszy w maszynie. Przy takiej postawie wobec ludzkiej cielesności trudno się dziwić zarówno dzikiej eksploatacji ciała, jak i traktowaniu go z pogardą. Ciało odczłowieczone może być jednie mięsem lub narzędziem. Rodzajem żywego wibratora, mięsem armatnim, zbędnym implantem, zachlanym truchłem, wołem, ale na pewno nie przystoi mu być wzniosłym człowiekiem, nie przystoi mu być zbawionym i nie przystoi mu zmartwychwstać. Po co wielbić ciało, gdy jest przedmiotem odrazy, pędzącym za jedzeniem, piciem i seksem, a jednocześnie tak bardzo spragnionym szacunku i dotyku.
Ostatnio chodząc ulicami Krakowa bardzo mocno rozważam to, co widzę, czyli tłum kolorowych, wytatuowanych, obkolczykowanych ludzi. Zdaje mi się, że może być to ich próba ucieczki od wydumanej brzydoty ich ciała. Myślę, że opisać to myślenie można w ten sposób, że według takich osób ich ciało samo w sobie nie jest piękne, więc to, co z nim zrobią, ta jego swoista personalizacja, uwydatni osobistą, ludzką wyjątkowość i uczyni ich ciało czymś, co może powiedzieć coś dobrego o nich samych, pokazać to, jak bardzo potrzebują dowiedzieć się, że są piękni i dobrzy, że nie muszą uciekać od ciała, a tym bardziej wyżywać się na nim. Bo czym innym może być fakt, że cała skóra jest nasączona atramentem tak, że jej nie widać, jak nie chęcią ukarania i ukrycia prawdziwego ciała? Ono samo nie wystarczy, by powiedzieć o pięknie. Estetyka jest kwestią harmonii; czy to, o czym mówię, jest harmonią?
Ono też Go spotkało
Ciało w całej tej zarysowanej sytuacji, której doświadcza, krzyczy ku duszy, by ta wreszcie się ocknęła, bo ciało, choć miotane popędami i często im ulegające, skosztowało także i Bożej, mistycznej obecności w fizycznym spotkaniu z Chrystusem. Ono patrzyło w Jego oczy, samo zbliżyło się do Jego ran, razem z nim doświadczało piękna otaczającej rzeczywistości – nie może przystać teraz na taką niesprawiedliwość wobec siebie. Chrystus zmartwychwstał nie pozbywając się ludzkiej natury, ukazał się jako człowiek i my możemy mieć nadzieję na to, że i my w pełni zjednoczeni wewnętrznie będziemy mogli w nowy sposób obcować z Bogiem, być z nim tak jak byliśmy ze zmarłymi bliskimi, których Kościół już pożegnał i wypuścił ich w kierunku domu Ojca. Lecz trzeba nam już trwać w tym zbawieniu, trzeba nam nauczyć się szanować i opanowywać ciało tak, żeby pomogło nam dojść do zbawienia. Musimy nauczyć się z nim żyć, ale przede wszystkim odzyskać wiarę w to, że zostało stworzone jako dobre, nie możemy dać sobie zasłonić oczu szatańską perspektywą grzechu, lecz pamiętając o Dzieciątku z betlejemskiego żłobka i o tym świętym Ciele, które zawisło na krzyżu, może warto uśmiechnąć się rano do pozornych niedociągnięć naszych ciał przeznaczonych do świętości.
