adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Wiara w dniach, które nadejdą

magazine cover

Stanisław Lem, odchodząc z tego świata, prawdopodobnie do końca konsekwentnie twierdził, że po śmierci nie ma już nic. Jednak kwestie dotyczące Boga a także rzeczy ostatecznych zajmowały jego umysł, czemu daje wyraz w swojej twórczości. Ten wybitny pisarz zostawia ludzkości dzieła, w których kryją się pytania, na które ludzie wierzący powinni spróbować odpowiedzieć. Być może Lem wiedział o człowieku coś, o czym na co dzień rzadko myślimy.

Czasem słyszymy, że kwestią czasu jest obalenie dogmatów przez naukę. Dogmaty nie są przecież jakąś przeszkodą na drodze czynienia sobie ziemi poddaną. Wydaje się, że to bardziej człowiek chce udowodnić sobie, że jest w stanie panować nad wszystkim, co go otacza i przekraczać kolejne bariery. Tak jak w leśmianowskiej balladzie Dziewczyna, nie istnieje nic, co by mogło zatrzymać jego wysiłki. Nawet śmierć.

Podczas swej dwudziestej pierwszej podróży Ijon Tichy ląduje na planecie Dychtonii. Na planecie tej, zgodnie z wiedzą Tichego, miały żyć istoty łudząco podobne do ludzi. Po wylądowaniu na powierzchni planety okazuje się jednak, że wiedza, którą posiadał na temat tamtejszej cywilizacji, jest już mocno nieaktualna. Postęp naukowy pozwolił Dychtończykom na osiągnięcie rzeczy w pojęciu ziemian niewyobrażalnych. Hodowla mebli metodami przypominającymi uprawę roślin spośród wszystkich tych wynalazków brzmi najbardziej prawdopodobnie, gdzie zaraz po tym mowa jest o unieśmiertelnianiu, odwracaniu procesu rozwoju osobniczego, hibernacji itd.

Tichy trafia w ręce tajemniczych zakonników, którzy żyją na uboczu i niejako w konspiracji. Później okazuje się, że owi zakonnicy są robotami i pełnią na tej planecie służbę kustoszów historii. Z bogatego (choć nielegalnego) księgozbioru Tichy zgłębia historię dziejów Dychtonii. Mieszkańcy owej planety w swych religijnych wierzeniach do pewnego stopnia przypominają chrześcijan, jednak religia dychtończyków (zwana duizmem) przypomina bardziej pewien sposób tłumaczenia zjawisk niejasnych, których nauka (jeszcze) nie potrafi wyjaśnić.

Świat według wybitnego krakowianina

Pisarstwo Lema to jeden wielki palimpsest. Ma w sobie wiele warstw znaczeniowych, do których dokopywać się należy przez sterty alegorii i plątaninę specyficznego lemowskiego języka. Autor stworzył pewien unikalny sposób umieszczania naprawdę ważnych treści w tej z pozoru nie do końca poważnej formie. Zapewne gdyby dać do przeczytania jedno z dzieł Lema dwóm osobom pochodzącym z innych pokoleń, okazałoby się, że zupełnie co innego wyniosłyby one z lektury. Lem przecież w swoim życiu widział naprawdę wiele. Był w końcu świadkiem niemieckiej okupacji Lwowa, z którego pochodził, a także, będąc już dorosłym człowiekiem, obserwował na własne oczy rzeczywistość PRL-u. Często przemycał w swoich dziełach ostrą satyrę na rzeczywistość zastaną po 1945 roku.

Wróćmy jednak do Ijona Tichego i jego podróży. Okazuje się, że dychtończycy osiągnęli tak wielką biegłość we władaniu naturą, że zdolni byli do manipulowania właściwie każdym aspektem swojego bytu. Co ciekawe to właśnie dogmaty duizmu popchnęły Dychtończyków do poszukiwań i późniejszych odkryć. Nieskrępowane możliwości modyfikacji swych ciał i możliwości intelektualnych będąc początkowo wielkim tryumfem nad wszelkimi ograniczeniami stały się ostatecznie przyczyną upadku i popadnięcia w niewolę.

Wiara, którą kultywowały roboty-zakonnicy to wiara naga, pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Jak sami twierdzą, nic co jest jej przedmiotem nie jest określone i opracowane raz na zawsze. Dotychczasowe pewniki takie jak nieśmiertelna dusza upadły pod ogniem odkryć naukowych. Wiara stała się jedynie manifestacją wolnej woli, która to w totalitarnym państwie nie może zostać pozostawiona sama sobie. Wydaje się, że na Dychtonii jedyne istoty, które w czymkolwiek przypominają ludzi to właśnie roboty. Człowiek oddawszy się obłędowi przekształcania natury zgodnie z własnymi pragnieniami, stał się odrażającym tworem, który trwa zupełnie bez celu, skoro nauka pokonała śmierć.

I wtedy wchodzi on, cały na czarno

Lem, prowadząc czytelnika przez te nieprzyjemne obrazy, stawia pytania o kres człowieczeństwa. W końcu do tego prowadzi historia dychtończyków. Czy zatem taki los spotkać może i to w co wierzą wyznawcy Chrystusa? Jak wyglądać będzie Kościół w przyszłości?

Na to pytanie już wiele lat temu padła odpowiedź. Udzielił jej prawdziwy tytan ducha i intelektu jakim jest Joseph Ratzinger, obecnie papież emeryt Benedykt XVI. W latach 1969–1970 wygłosił on serię odczytów na falach różnych rozgłośni w Watykanie oraz w RFN. Zostały one ostatecznie spisane i wydane w małym tomie pod tytułem Wiara i przyszłość (Glaube und Zukunft). Przyszły biskup, a jeszcze później kardynał i papież w odczycie wygłoszonym w lutym z 1970 w Radiu Watykańskim (polskie wydanie z 1975 nadaje mu tytuł Przyszłość świata przez nadzieję człowieka) porusza temat kondycji człowieka w świecie współczesnym, jego ideałów, marzeń i nadziei z jaką patrzy on w przyszłość. Uwadze Ratzingera nie umknęły współczesne mu dokonania człowieka w osiąganiu wcześniej niedostępnych miejsc czy odkrywaniu coraz to nowych możliwości ujarzmiania świata. Widzi on, że na sztandarach człowiek nosi raczej hasło „postęp” niż „tradycja” czy „wiara”. Oczekuje się nadejścia nie Królestwa Bożego, lecz raczej Królestwa Człowieka, kiedy to zbudowane zostanie ono przez wysiłek ludzki a nie przez udzieloną łaskę.

I co dalej?

Utarło się, że wiara i technika to rzeczy wobec siebie wrogie. Stereotypowy człowiek wiary winien odrzucić technikę i być wobec niej maksymalnie nieufny. Zapewne nie brakuje takich osób, które spoglądają na rozwój techniczny, marząc o przedtechnicznej idylli. Ratzinger jednak trzeźwo stawia sprawę: nie trzeba być wobec postępowi nieufnym. Wszystko przecież zależy od tego, w jaki sposób zostaną wykorzystane owoce rozwoju techniki. Źródłem zagłady nie jest sama technika. To my nosimy jej zalążki tej zagłady w sobie. Tak też i Chrystus, przychodząc na świat, nie zrobił tego, by poprawiać dzieła ludzi, lecz przemieniać ich od wewnątrz. Bóg nie jest wziętym z tragedii greckiej „deus ex machina”, chociaż często takie myślenie wśród wierzących panuje i zapominają o tym, że to od nich samych należy zacząć poprawianie świata. W innym odczycie Ratzinger stwierdził, że rolą teologa nie jest paranie się przewidywaniem przyszłości. W pewnym stopniu futurologia i teologia mogą iść ramię w ramię i próbować obliczyć pewne następstwa teraźniejszości, lecz czy tak naprawdę da się stworzyć ogólny wzór ludzkich zachowań i wyborów?

Kultura popularna raz po raz produkuje kolejne wizje przyszłości, które nie zawsze wyglądają optymistycznie. Często przecież pokazywane są następstwa kataklizmów wywołanych przez człowieka, nierzadko przez technologię, która wymknęła się spod kontroli. Obaj autorzy żyli w podobnych czasach i przyglądali się tym samym zjawiskom. Tam, gdzie Lem widzi logiczne konsekwencje pewnych działań, brakuje gotowych remediów na takie zjawiska. Lemowskie pytania zostają pozostawione czytelnikowi do samodzielnej refleksji. Ratzinger wpasowuje się w ten dramat i daje krzepiące odpowiedzi. Naszą nadzieją pozostaje jednak to, że tak jak Ijon Tichy opuścimy pewnego dnia ten świat, tak jak on odleciał z Dychtonii. Miejmy jednak wiarę w to, że nie pozostawimy tego wszystkiego za plecami w podobnym stanie.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.