Świat nie chce się nawracać. I nie tylko nie chce się nawracać, ale również odwodzi nas od nawrócenia. Ma kilka sprawdzonych sposobów, za pomocą których oddziałuje i próbuje pokrzyżować nam plany. Spróbujmy zidentyfikować te sposoby, abyśmy wiedzieli, jak stawić im czoła.
Świat rozdarty na pół
Rozdarcie. W świadomości bardzo wielu ludzi, których ze względu na wyznawany sposób myślenia i postrzegania świata należałoby określić mianem dzieci naszych czasów, istnieje potężne wewnętrzne rozdarcie. Rozdarcie wynikające przede wszystkim z natury naszych czasów i głęboko w nich osadzone. Z jednej strony na wszystkich frontach zmasowanego ataku dokonała filozofia „akceptacji i przyzwolenia”. Świat odrzuca tradycyjnie pojmowaną moralność i pod sztandarem sztucznie rozdmuchanej tolerancji, przymyka oko na zło i zepsucie w nadziei, że dzięki temu uda się zbudować nowy porządek. Z drugiej strony konsumpcjonizm wylewający się z telewizorów, gazet, stron internetowych, sieje w nas powoli fałszywe przekonanie, że nasze szczęście (a poniekąd nawet nasze człowieczeństwo) zależy od tego, co posiadamy. W ten sposób żyzna gleba duszy, na którą winno padać Słowo Boże i wydawać obfite owoce, zostaje zachwaszczona przez szkodliwe idee, dające człowiekowi jedynie chwilowe złudzenie szczęścia i spełnienia. Być może gdzieś w nich, w pewnym momencie zrodzi się to przekonanie, że prawdziwym źródłem szczęścia jest Bóg i może nawet po omacku zaczną Go szukać. Problem jednak w tym, że odnalezienie Go wymaga odchwaszczenia i oczyszczenia duszy, umysłu, serca. Dla wielu okazuje się to niestety, bariera nie do przekroczenia.
Zanim jednak dokładniej przyjrzymy się temu fenomenowi wewnętrznego zamykania się na łaskę nawrócenia, chciałbym zatrzymać się na chwilę przy samym pojęciu nawrócenia i jego etymologii. Sięgnąwszy do oryginalnych tekstów biblijnych (w tym wypadku do septuaginty), dowiadujemy się, że termin nawrócenie – metanoia – oznacza tyle, co zmiana myślenia, przemiana umysłu. W kontekście dzisiejszego kojarzenia tego pojęcia z rozmaitymi emocjonalnymi przeżyciami i doświadczeniami (które ze swej natury nie muszą być wcale złe, powinny jednak za sobą nieść konkretne postanowienia), warto mieć to na uwadze, np. podczas osobistego rachunku sumienia i rozważań nad własnym wzrostem duchowym.
Niewygoda, lenistwo i samowystarczalność
Dlaczego ludzie nie chcą się nawracać? W moim odczuciu istnieje jedna konkretna przyczyna, stara jak świat, ewoluująca wraz z pojawianiem się kolejnych epok i sprytnie wykorzystująca różne prądy filozoficzne, tendencje, mody, by prowadzić dusze ku zatraceniu. Chodzi o ludzkie przekonanie o samowystarczalności. To ono towarzyszyło i gubiło Izraelitów przez wieki ich istnienia. Na sztandarach nieśli je francuscy rewolucjoniści. To ono stało się zalążkiem chorych ideologii dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Czuć w tym gorzką ironię: ludzkość nie zdołała wykorzenić tej myśli i raz na jakiś czas do niej powraca, by po raz kolejny uderzyć głową w mur i nabić sobie guza.
W naszej epoce ta samowystarczalność przejawia się na różne sposoby – ja postanowiłem wybrać dwa z nich i omówić bardziej szczegółowo. Sądzę, że dość charakterystyczne i wszystkim znane, więc spojrzenie na nie w tym świetle może okazać się odkrywcze i zaskakujące.
Wielką i nieprzeniknioną tajemnicą pozostawały dla mnie do niedawna rzesze osób (reprezentacji większości grup wiekowych), które gotowe były przyznać wprost, że nie jest im do końca dobrze z tym, jak żyją, że chciałyby może coś zmienić, że czegoś im brakuje, coś nie gra, ale… I to „ale” jest tu kluczowe, bo zaraz po nim pojawiają się kolejne wymówki, niekiedy nawet przekonujące. Wystarczy jednak poznać takie osoby bliżej, porozmawiać z nimi dłużej, może spróbować delikatnie zacząć ewangelizować, aby przekonać się, że im w gruncie rzeczy jest wygodnie w tym, w czym się znajdują. I można próbować otwierać im oczy, przekonywać, podsuwać argumenty, lecz to nie będzie do nich docierało, a nawet jeśli dotrze, zostanie najpewniej zignorowane. Dochodzi tu do okropnego wyparcia faktu własnej grzeszności, do zgnuśnienia. Świadomość grzechu, konieczność nawrócenia staje się swego rodzaju zadrą. Takie osoby nie tylko boją się, ale bywa, że nie widzą nawet powodu, by cokolwiek z tym robić. Nie widzą nic złego w swoim położeniu. Mają swoją bańkę, gdzie jest im wygodnie, Pana Boga nie wpuszczają, a jeżeli wpuszczają, to wygładzonego i przepuszczonego przez sito ich własnych oczekiwań. Nie odczuwają potrzeby nawrócenia – perspektywa nawrócenia wzbudza w nich wstręt i przerażenie. Wymaga wysiłku i zrezygnowania, poświęcenia pewnej części swojego świata, życia, siebie.
Po drugiej stronie mamy natomiast współczesną filozofię sukcesu, pozornie całkowicie odmienną od wyżej opisanej postawy. W praktyce jednak, przyjrzawszy się uważniej jej założeniom, dojdziemy do wniosku, że prowadzi ku temu samemu – ku negacji i odrzuceniu przekonania o naszej grzeszności. W tym, co proponują nam dziś rozmaici „coache” i „specjaliści od rozwoju osobistego” tkwi gigantyczne nieporozumienie: zamiast budować swoje życie na Bogu, budujemy je na sobie, zamiast troszczyć się o życie wieczne, troszczymy się o nasze życie doczesne, o to jak będziemy postrzegani przez ludzi. Wchodząc na taką drogę, skazujemy się na długie i wyczerpujące szarpanie się z przeciwnościami losu dla kilku chwil poklasku i uznania ze strony świata. Wspięcie się na szczyt, nie pozwoli nam osiągnąć pokoju serca – wpadniemy jedynie w błędne koło ambicji i uganiania się za króciutkimi chwilami iluzorycznego spełnienia.
Źródło nawrócenia
Gdzie zatem zaczyna się nawrócenie? W prawdzie. Musimy stanąć w prawdzie o nas samych. O grzechu w nas tkwiącym. Bez usprawiedliwiania się, ale i bez cierpiętnictwa. Musimy uznać, że bez Boga nic z nas nie będzie. To jest właśnie ta metanoia, zmiana myślenia. Trzeba odchwaścić własną duszę z fałszywych przekonań, zaakceptować i uznać istnienie w nas słabości, wołać do Pana o miłosierdzie, a współpracując z Jego łaską, każdego dnia nawracać się, każdego dnia rodzić się dla Nieba. Tak, by jak rzekł apostoł Paweł, „żył w nas Chrystus” (Ga 2,20).
Jest jeszcze jedna kwestia, o której nie powinniśmy zapominać. Nawrócenie w pewnym sensie zawsze pozostanie tajemnicą – tak jak i tajemnicą jest każde spotkanie Boga z człowiekiem. Możemy analizować różne czynniki i postawy składające się na nie, jednakże w ostatecznym rozrachunku pewnych postanowień i wyroków Bożej Opatrzności, nigdy nie zdołamy przeniknąć i zrozumieć. I nie ma większego sensu się z tym kłócić. Bądźmy pokorni, nawracajmy się, módlmy się o nawrócenie tych, którzy tego potrzebują. Niech nie zwiedzie nas przewrotny duch czasów! Nie pozwólmy, by cokolwiek odłączyło nas od miłości Chrystusowej: ani fałszywe idee, ani nasza własna pycha.
„Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu.” (Iz 55, 6-7)
