Ideologię definiuje się najczęściej, jako system poglądów stworzony w oparciu o świadome dążenie do realizacji konkretnego interesu określonej grupy. Na jego podstawie kształtuje się światopogląd i postawy. To odróżnia ją od nauki i filozofii, których celem jest poznawanie świata za pomocą odpowiednio badań oraz umysłu. Jak pokazuje historia, ideologie są zazwyczaj niebezpiecznym, ale chętnie wykorzystywanym narzędziem osiągania różnych przyziemnych celów. Wiele ze współczesnych i historycznych ideologii bierze swoje źródło z rewolucji protestanckiej, która sama w sobie nosi wyraźne znamiona ideologii.
Ostatnie październikowe popołudnie roku 1517 po Chrystusie powoli przechodziło w chłodny wieczór, gdy młody augustianin z Wittenbergi zakończył formułowanie dokumentu złożonego z 95 punktów stanowiących, jego zdaniem, niezbędne kroki w reformie Kościoła Katolickiego. Zakonnik sporządził kilka kopii swojej listy i rozesłał je do miejscowych hierarchów kościelnych, a także swojego przełożonego w zakonie. Późniejsza legenda przypisze mu dodatkowo przybicie jednego z egzemplarzy do drzwi wittenberskiego kościoła, co jednak najprawdopodobniej nie miało miejsca. Pewne jest natomiast, że ogłoszenie 95 tez Marcina Lutra – bo o nim mowa –przyniosło znacznie poważniejsze skutki, niż ktokolwiek z jemu współczesnych się spodziewał i stało się jednym z przełomowych momentów historii świata. Dnia 31 października 1517 r. rozpoczęła się bowiem tzw. „reformacja”, która doprowadziła do odłączenia sporych grup wyznawców Chrystusa od Kościoła Świętego, a w szerszej perspektywie wywarła przemożny wpływ na duchowość i umysłowość mieszkańców Europy. Wpływ ten, jak się wkrótce przekonamy, jest widoczny w najważniejszych momentach historii ostatnich pięciuset lat i trwa po dziś dzień.
Reformacja bez reformy
Podstawowy problem Marcina Lutra oraz pozostałych inicjatorów „reformacji” stanowił brak pokory. Samo zwrócenie uwagi na występujące wśród duchowieństwa katolickiego nadużycia nie było niczym złym, a potencjalnym owocem takiego wystąpienia mogło być uzdrowienie Kościoła z pewnych rozpowszechnionych zachowań. Lutrowi zabrakło jednak rozwagi oraz opamiętania, skutkiem czego, górę nad troską o dobro Kościoła wzięły negatywne emocje i ambicja stania się przywódcą religijnym. Wittenberski augustianin popełnił przy tym dwa podstawowe błędy: zaczął szukać sojuszników w swojej walce przeciw Kościołowi wśród przedstawicieli władz świeckich oraz przeszedł od piętnowania nadużyć duchowieństwa do atakowania doktryny Kościoła Katolickiego. Od tego momentu w zasadzie nie powinno się mówić o „reformacji”, ale odłączeniu. Luter, Kalwin, Zwingli ani inni „reformatorzy” nie wzięli bowiem udziału w procesie potrzebnej wówczas reformy Kościoła – tego dokonał dopiero sobór trydencki i następujący po nim papieże, szczególnie św. Pius V.
Szukanie świeckiego wsparcia w wewnątrzkościelnych sporach nigdy nie było i nie będzie dobrym pomysłem. Nie jest tajemnicą, że interesy różnych grup wpływu rzadko kiedy są zgodne z troską o zbawienie dusz i głoszeniem prawdy o Bogu. Co więcej, historia pokazuje, że najbardziej chętni do mieszania się w wewnętrzne sprawy Kościoła są zwykle ci, którym najmniej zależy na Jego dobru, nawet jeśli głoszą przy tym wzniosłe hasła. Interwencja takich osób prowadzi zawsze do eskalacji sporu, a w konsekwencji do osłabienia ziemskiej siły Kościoła. Takie były przyczyny m.in. IV-wiecznego kryzysu związanego z arianizmem, schizmy wschodniej i zachodniej, a także współczesnego kryzysu Kościoła w wielu krajach będącego – co pokażemy później – pochodną „reformacji”. Luter i Melanchton byli protegowanymi elektora saskiego Fryderyka III Wettyna, bez opieki którego prawdopodobnie nie odważyliby się zerwać z Kościołem. W dalszej kolejności „reformację” poparło wielu władców i książąt, w dużej mierze chętnych na zawłaszczenie kościelnych majątków czy wzmocnienie swojej pozycji kosztem Kościoła. Warto przypomnieć również Henryka VIII, który w szale „reformacji” utworzył własne wyznanie po to, żeby móc „legalnie” zmienić żonę.
Rozwój konfliktu z Kościołem, rozgrzewany udziałem ważnych sił politycznych XVI-wiecznej Europy musiał doprowadzić do odrzucenia przez „reformatorów” przynajmniej części Jego nauki i przedstawienia w zamian własnych przekonań. Marcin Luter, a za nim Zwingli, Kalwin, Henryk VIII i reszta „reformatorów” stworzyli własny system poglądów religijnych, odpowiadający interesom możnych protektorów i wymierzony w Kościół. W ten sposób protestantyzm stał się ideologią – został środkiem do realizacji interesów konkretnej grupy wpływu, w opozycji do nauczania Kościoła mającego na celu doprowadzanie dusz do zbawienia. Podstawą protestantyzmu zostało odrzucenie Kościoła katolickiego, jako strażnika prawdy o Bogu, co zostało wyrażone w zasadzie „sola scriptura” – tylko Pismo. Dla protestantów podstawową wykładnią wiary była samodzielna interpretacja Pisma Świętego, co musiało doprowadzić do pogłębiania różnic doktrynalnych i powstawania mnogości odłamów. Nieuznawanie nauczycielskiego urzędu Kościoła było też jednoznaczne z odrzuceniem zwierzchności papieża. W wizji protestantów nie znalazło się miejsce na silny, instytucjonalny Kościół stojący na straży wiary i moralności, co było naturalnie wygodne dla przynajmniej części władców europejskich. Kolejny relatywistyczny postulat został zawarty w hasłach „sola fide” i „sola gratia” (tylko wiara, tylko łaska). Według protestantów zbawienie jest tylko i wyłącznie skutkiem Bożej łaski, a usprawiedliwienie przynosi sama wiara – żadnego znaczenia nie mają uczynki, można więc robić, co się chce. Z kolei wiara na mocy „sola scriptura” jest kwestią indywidualną, więc tak naprawdę człowiek nie ma wpływu na swoje zbawienie. Co więcej, według protestantów ludzie są z natury źli i jeśli pełnią dobre uczynki, to tylko dzięki wierze (przypomnijmy – niezdefiniowanej).
Konkretny interes określonej grupy
Dlaczego – i czy w ogóle – można uznać protestantyzm za ideologię? Jak pokazaliśmy wyżej, ruch „reformacyjny” był wielokrotnie wykorzystywany przez polityków różnych epok do uzyskania wymiernych korzyści, idących w parze z osłabieniem potęgi Kościoła Katolickiego. Rozwój kryzysu spowodowanego „reformacją” nie byłby możliwy bez poparcia konkretnych grup wpływu, co z kolei jest możliwe dzięki przewartościowaniu, jakiego dokonał protestantyzm. Teologia protestancka stawiała w centrum człowieka, a nie – jak filozofia katolicka – Boga. To człowiek, w myśl zasady „sola scriptura”, miał ustalać – według własnych upodobań i interpretacji – prawdy wiary oraz zasady moralne. Prowadziło to oczywiście do relatywizmu – w protestantyzmie nie ma miejsca na obiektywną prawdę o Bogu, gdyż dla każdego jest ona czym innym. Protestantyzm jako taki nie tworzy, więc systemu filozoficznego ani religii – nie zawiera bowiem jednolitej, całościowej wizji świata.
Niekonstruktywność protestantyzmu jest zresztą konsekwencją jego założeń początkowych. Idee „reformacyjne” nie powstawały wszak jako nowa, kompletna wizja świata, ale w opozycji do zasad Kościoła. Budowanie na sprzeciwie to czynnik wspólny większości ideologii. Społeczny kapitał, uzyskany dzięki publicznemu zwróceniu uwagi na faktyczne błędy i nadużycia, bywa często wykorzystany w nieodpowiedzialny sposób – do stworzenia siły rewolucyjnej, niszczącej wraz z wspomnianymi niedostatkami również mocne strony istniejącego porządku. W połączeniu z ustawieniem człowieka w centrum uwagi doprowadziło to do eskalacji wrogości na linii protestanci-Kościół. Kościół Katolicki za swojego jedynego wroga uznaje szatana, podczas gdy wszyscy ludzie są godni szacunku z racji posiadania godności dziecka Bożego, stworzonego na Jego obraz i podobieństwo. Miłość do drugiego człowieka polega na pomaganiu mu w dotarciu do Boga poprzez Kościół posiadający pełnię prawdy o Nim. „Miłować bliźniego, nienawidzić jego błędu” – to zasada św. Augustyna, będąca istotnym punktem nauczania Kościoła katolickiego, nawet jeśli wiele spośród jego synów i córek ma problem z jej przestrzeganiem. Doktryna protestancka, budowana na sprzeciwie wobec Kościoła, siłą rzeczy uznaje katolików za wrogów. Ta niechęć stała się przyczyną wielu krwawych wojen religijnych.
Budowa w oparciu o sprzeciw prowadzi do jeszcze jednego zachowania charakterystycznego dla ideologii – dopasowywania faktów do nauczania zamiast nauczania do faktów. Kościół Katolicki tworzył i tworzy swoją doktrynę w oparciu o dogłębną analizę Bożego Objawienia – Pisma Świętego i otaczającego świata – oraz badania filozoficzno-logiczne. Poszczególne punkty doktryny protestanckiej (a właściwie wielu różnych doktryn) powstawały w opozycji do punktów nauczania Kościoła. Nie jest również tajemnicą, że uzyskanie pozornej spójności doktryny wymagało jej sztucznego naginania. Najlepszym przykładem jest uszczuplenie przez Lutra kanonu Pisma Świętego o księgi negujące… zasadę „sola scriptura”. Niespójność protestantyzmu prowadziła nie tylko do powstania jego licznych odłamów, ale także – o czym rzadko się wspomina – znacznie częstszych i brutalniejszych przejawów fanatyzmu, niż miało to miejsce wśród katolików. We wspólnotach protestanckich brakowało instytucji na wzór katolickiej Inkwizycji, zapewniającej innowiercom ochronę przed samosądami, toteż znacznie częściej dochodziło w nich do palenia „czarownic” na stosie czy innych form linczu. Na rozwój zjawiska wpływał również fakt istnienia wielu odmiennych doktryn protestanckich, chociaż nie da się ukryć, że największą niechęcią protestanci różnych odłamów darzyli zazwyczaj Kościół Katolicki.
500 lat ciężkiej historii
Protestantyzm odrywał ludzi od Kościoła, nie proponując im niczego w zamian. Wierni wspólnot protestanckich nie mieli ani przekonania o słuszności wyznawanej wiary – ponieważ każdy mógł wierzyć w co innego – ani kontaktu z rzeczywistością nadprzyrodzoną poprzez mszę świętą, ani mocy zawartej w sakramentach, ani wreszcie pośredników przed Bogiem, czyli świętych, na czele z Matką Bożą. Powodowało to stopniowy spadek zaufania wobec reformacyjnej teologii oraz erozję religijności po epoce wojen religijnych w krajach zachodniej Europy. W ten sposób powstał grunt pod rozwój oświeceniowych teorii odrzucających lub podających w wątpliwość samo istnienie Boga – agnostycyzm, deizm, ateizm itp. Co ciekawe, oświeceniowi filozofowie (jak np. Kant, Voltaire, Hume, Locke) znacznie częściej i zajadlej atakowali nauczanie Kościoła Katolickiego niż protestantyzm, pomimo iż z pozycji wyznawanych przez nich poglądów znacznie łatwiej było skrytykować światopogląd protestancki. Jest to dowód na antyklerykalizm głównych przedstawicieli filozofii oświeceniowej, który znalazł swój tragiczny finał w rewolucji francuskiej. Część antykatolickich działań rewolucjonistów – takich jak podporządkowanie Kościoła państwu poprzez konieczność składania przysięgi na konstytucję czy odbieranie Kościołowi dóbr ziemskich – była zresztą tożsama z postulatami pionierów „reformacji”.
Po rewolucji francuskiej „nowoczesny”, laicko-liberalny porządek zapanował właściwie niepodzielnie w całej zachodniej Europie. Pogłębiło to intelektualną erozję i umożliwiło rozwój szkodliwych prądów, takich jak libertynizm, utylitaryzm czy egalitaryzm. Szczególnie „protestancki” charakter miał ten ostatni, dążący do zrównania wszystkich ludzi i zniesienia wszelkich form hierarchii. Grunt pod rozwój egalitaryzmu położył rzecz jasna Luter, stawiając człowieka w miejscu Boga i negując rolę autorytetu. Jest szczególnie znamienne, że najgroźniejsza pochodna egalitaryzmu – socjalizm, który wkrótce ewoluował w komunizm – powstała w tym samym kraju, w którym ponad 300 lat wcześniej działał Marcin Luter – w Niemczech. Popularność, jaką koncepcje Marksa i Engelsa zdobyły w ojczyźnie Lutra dobitnie pokazuje, do jakiego upadku intelektualno-duchowego dochodziło w narodach, które gremialnie odrzucały więź z Kościołem. Zrównanie wszystkich ludzi pod względem ekonomicznym (czytaj: okradanie bogatszych, bardziej zaradnych obywateli), przedstawianie dziejów ludzkości jako walki klas czy nacjonalizacja wszystkiego, co się da – te skrajne koncepcje nie przebiłyby się, gdyby nie odrzucenie błogosławionej roztropności Kościoła wskutek „reformacji”. Nie jest zresztą przypadkiem, że XVI-wieczne powstanie chłopskie pod dowództwem gorącego zwolennika Lutra, Thomasa Müntzera, było często przywoływane jako przykład w pracach Marksa i Engelsa.
Pisząc o socjalizmie, szczególnie w Niemczech, nie sposób nie wspomnieć o jego najbardziej zbrodniczej formie – narodowym socjalizmie, „wzbogaconym” niemieckim szowinizmem narodowym, a wręcz rasizmem. Podstawą pseudonaukowych koncepcji o wyższości rasy niemieckiej była protestancka teoria predestynacji, przekształcona następnie w volkizm, głoszący istnienie duszy człowieka jako części większej duszy narodu, kształtowanej przez okoliczności historyczne. Różne cechy dusz poszczególnych narodów miały skutkować wyższością jednych nad innymi, przy czym rasą panów byli Niemcy, a gorszym gatunkiem ludzi m.in. Żydzi oraz Słowianie. Związek volkizmu z protestantyzmem jest zresztą głębszy niż się to może wydawać, gdyż – jak powszechnie wiadomo – sam Marcin Luter był antysemitą (zachęcał m.in. do palenia synagog i nakładania na Żydów przymusowej pracy – czy to nie brzmi znajomo?), a Słowian uważał za najgorszy ze wszystkich ludów. W XIX wieku niemiecki volkizm zaczął się przeradzać w otwarty rasizm, który w połączeniu z koncepcjami socjalizmu stał się podwaliną nazizmu. Tym torem poszła również część ideologów protestantyzmu, jak Ernst Bergmann, według którego Jezus był w rzeczywistości Aryjczykiem, a nowym mesjaszem był Adolf Hitler. Rzut oka na mapę wyborczą przedwojennych Niemiec pozwala stwierdzić, że NSDAP została wybrana głównie głosami z ziem zamieszkiwanych przez większość protestancką, podczas gdy w rejonach bardziej katolickich otrzymała znikome poparcie. W tym kontekście nie dziwi postawa luterańskiego duchowieństwa, którego kilka tysięcy przedstawicieli należało do organizacji pronazistowskich, takich jak „Chrześcijanie Niemieccy”. Nie trzeba chyba dodawać, że grupą szczególnie – obok Żydów – prześladowaną przez Niemców w czasach III Rzeszy byli katolicy, a zwłaszcza osoby duchowne.
Quo vadis, Europo?
Destrukcyjny wpływ protestantyzmu na duchowość i umysłowość zachodu nie ustał ani w momencie zakończenia II wojny światowej, ani upadku żelaznej kurtyny. Po epoce ideologii jawnie zbrodniczych przyszedł czas ideologii opartych o te same podstawy intelektualne, ale ukrywających niesione ze sobą zagrożenia pod płaszczykiem pojęć budzących pozytywne skojarzenia – nowoczesności, postępu, tolerancji, równości etc. Wciąż żywy libertynizm przyniósł w latach 60′ XX w. rewolucję obyczajową, która umożliwiła rozwój ideologii gender promującej różnorodne dewiacje w imię źle pojętej „wolności” i „tolerancji”. Rozwiązłość obyczajowa stworzyła grunt pod rozwój zupełnie nielogicznych ideologii feminizmu, ekologizmu czy kolejnych form darwinizmu społecznego, w którym miejsce Żydów i Słowian – jako podludzi zasługujących na śmierć – zajęły nienarodzone dzieci oraz osoby obłożnie chore. Zachód, który wskutek odejścia od Kościoła oddalił się również od Boga, przyjął w Jego miejsce inne „bożki” – poprawność polityczną, demokrację czy „tolerancję” (czytaj: obojętność). Wywodząca się z protestantyzmu neutralność światopoglądowa przerodziła się w postawę akceptowania dowolnej skrajności przy jednoczesnym bezwzględnym zwalczaniu sprzeciwiających się temu konserwatystów. Pogrążona w szaleństwie przyzwolenia na wszystko Europa otwarła się w końcu na zagrożenie, które już kilkukrotnie w historii niemal doprowadziło do jej zniszczenia – islam. Szczególnie smutnym faktem jest protestantyzacja niektórych środowisk wewnątrz Kościoła Katolickiego, czego skutkiem są m.in. modernistyczne tendencje, obecne nawet wśród wysoko postawionych hierarchów i powodująca zamęt wśród wiernych oraz relatywizowanie podstawowych prawd wiary.
Na obecnym etapie tej trudnej, pięćsetletniej historii można zadać sobie pytanie: jak wyglądałaby współczesna Europa i świat, gdyby nie wystąpienie Marcina Lutra z 1517 r.? Czy oderwanie sporej części wiernych od Kościoła dokonałoby się tak czy inaczej, czy może Winnica Pańska byłaby dziś znacznie liczniejsza i, w sensie doczesnym, potężniejsza? Czy rozwój intelektualny ludzkości poszedłby innymi torami, prowadząc do dominacji moralności chrześcijańskiej promującej pokorę, miłość bliźniego i prawdę? Czy wreszcie nie doczekalibyśmy się rozwoju szkodliwych ideologii, koszmaru wojen religijnych, holocaustu i komunistycznego reżimu? Tego nie wie nikt – „reformacja” nie była wszakże jedynym kryzysem Kościoła w trwającej od dwudziestu wieków historii jego istnienia. Stała się jednak wydarzeniem o szczególnym znaczeniu, co łatwo dostrzec przy całościowym spojrzeniu na historię ataków na Kościół, jako procesu, a nie serii niezwiązanych incydentów. Zauważymy wówczas, że protestantyzm sporo czerpał z herezji czasów starożytnych (w tym szczególnie groźnego arianizmu) oraz był sygnalizowany przez ruchy prereformacyjne (albigensi, waldensi, husytyzm, Wicliff). Jednak dopiero „reformacja” zdołała zniszczyć średniowieczną europejską „Christianitas”, cywilizację budowaną w oparciu o zasady Ewangelii i mozolnie – choć nie bez potknięć – rozwijaną w oparciu o zasady katolickie. Jej obalenie spowodowało nieopanowany po dziś dzień zamęt – zarówno intelektualny, jak i moralny – w którego odmętach zrodziły się zbrodnicze ideologie, a do głosu doszła obłuda i relatywizm.
Siłą rzeczy przedstawione lub zasygnalizowane w niniejszym tekście relacje nie są wyjaśnione dogłębnie. Ukazanie ich ze szczegółami, na odpowiednio szerokim tle historycznym byłoby niemożliwe nawet w dziesięciokrotnie dłuższym artykule, dlatego autor gorąco zachęca czytelników do poszerzenia wiedzy w oparciu o bardziej profesjonalne źródła. Jeszcze bardziej nawołuje jednak do modlitwy – za Kościół Święty, papieża i duchowieństwo, a także osoby pozostające w odłączeniu od Kościoła lub wręcz go zwalczające. Modlitwa oraz postawa szacunku i miłości wobec bliźniego – przy jednoczesnym braku akceptacji wobec błędów i zła – to droga, którą wszyscy powinniśmy podążać w myśl zawołania św. Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rz 12,21). Troska o dobro Kościoła powinna być wolna od rozpaczy. Kościół Katolicki nie upadnie, jak to zapowiedział sam Jezus w słowach: „Na tej skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18). Niech słowa naszego Zbawiciela umacniają nas w wierze, że Kościół Katolicki przetrwa również obecny – nie pierwszy przecież w swojej historii – kryzys i wyjdzie z niego jeszcze silniejszy i bardziej zjednoczony niż przedtem.
